Zaloguj się do konta

Smoczyca

Smoczyca, czyli jak stać się bohaterem własnych marzeń.

Z zamiarem opisania tych przeżyć nosiłem się już długo, ale ciężko mi było, bo ciągle stałem na filozoficznym rozdrożu, w rozkroku niemocy, z potęgującą ciasnotą umysłu w tle. Wreszcie, poczułem długo wyczekiwane ukłucie z tyłu głowy i osiągnąłem upragnioną, znaczną intensywność myślenia. Jak na mnie, oczywiście. Za dużo myślę, to niebezpieczne. Ale. Przecież rozmowa o problemie, to jak lewatywa dla duszy.
Wszystko zaczęło się jakieś 20 lat temu, kiedy zacząłem budowę stawu i jego zarybianie. Latami wpuszczałem różne ryby i marzyłem, aby wyhodować coś, co mnie zaskoczy. Sadzawkę często powiększałem, by pomieściła rosnące ciągle ryby, których nie ubywało, bo większość wypuszczam. Ostatniej jesieni, w tajemnicy przed żoną przerzuciłem dalej kabel elektryczny, który mnie ograniczał i pociągnąłem już tak, do końca. Działki, znaczy. Pół hektara wody robi już wrażenie, nawet na takim nienasyconym zwyrodnialcu, jak ja. Marzenie się ziściło i ryby porosły. Więcej. Coś, co urosło, to wzięło, i mnie przerosło.
Wapnowanie.
Parę lat temu wypłynąłem łódeczką, by rozrzucić wapno. Sypię dwa razy, na lód i w lipcu. Kręciłem się po całym stawie, aby równomiernie wysycić wodę i ciskałem łopatą, jak najdalej, z wiatrem. Właśnie zdryfowałem w kierunku wpływu wody i rzuciłem za siebie solidną pecynę. Wtedy stało się coś, co przyprawiło mnie niemal o zawał serca! Zakotłowało tak, jakby dorosły chłop wpadł do wody. Przerażony rozejrzałem się wkoło. Żona, na szczęście siedziała tam, gdzie ją widziałem ostatnio, czyli na werandzie. Pies był przy niej. Nie było innego wytłumaczenia - w naszej sadzawce zagnieździło się spore stworzenie. Opowiedziałem o tym zajściu sąsiadowi, który się szczerze uśmiechnął i przypomniał, że od pewnego już czasu próbuje mi to właśnie uświadomić. Parokrotnie już był świadkiem spektakularnego żerowania dużego drapieżnika w moim stawie. Kolejne dowody bytności "potwora" zaczęły dawać coraz to wyraźniejszy obraz tego zagadkowego bohatera.
Duszone ryby i szczęki.
Od początku wiedziałem, że szkoda zostawiać ryby w siatce na noc, bo słabo przeżywają, nawet w głębszej wodzie. Potem zaobserwowałem, że bywają one pozbawiane łuski. Dopiero później załapałem, że są najnormalniej w świecie duszone przez wąsatego jegomościa. Przed rokiem, na okazowej płoci pozostawionej na noc odkryłem odcisk podkowy o promieniu mocno pobudzającym wyobraźnię.
Boże Ciało i kaczuszki.
Przyjechaliśmy całą rodzinką na zasłużony wypoczynek. Słoneczko, woda, piękna pogoda, świergot ptaszków, dookoła piękna zieleń – po prostu pysznie. Wszyscy zdrowi i radośni. Przed nami dwa dni relaksu, z dala od hałasów metropolii, z perspektywą wędkowania, grill, ognisko, pieczone kartofle. Bajka.
Wzięliśmy się z wnusiem za rączki i poszliśmy zobaczyć obiecane kaczuszki, które już od tygodnia śmigają po stawie. To miło, że brzdąc garnie się do natury, że ojciec jest autorytetem, że dziadek jest w stanie zainteresować i to nie smartfonem, którego na szczęście nie posiada. Tłumaczyłem małemu, że prowadząc te obserwacje i nakładając je w głowie, jedne na drugie, wypracowuje się obraz bogatszy niż zwykły pogląd reporterski. Trzylatek przytakiwał ze zrozumieniem i ciągnął spowolniałego dziada, zniecierpliwiony.
Na wysokości wyspy zobaczyliśmy wreszcie kaczuchy, dwa maluchy żwawo pedałowały za mamuśką. Gdzie reszta rodzinki? Jajek naliczyłem przecież 12.
- Pewnie marudzą po drugiej stronie w zaroślach - pomyślałem.
Niekompletna rodzinka ruszyła w kierunku grążeliska, a my z Kubusiem do tamy, w odwiedziny do pana bobra. Stamtąd jest lepsza perspektywa i mamy też ławeczkę.
- Bo widzisz, chłopaku, obserwacja zewnętrzności, naskórka znaczy, to jedno. A głębia ... - nie dokończyłem.
Strumień świadomości skierowałem na kaczki i zobaczyłem na otwartej wodzie starą z jednym już tylko dzieciorkiem. (?!) Podążały w kierunku kępy dorodnych, białych nenufarów. Nagle, dorosła kaczka zaczęła podskakiwać, trzepotać skrzydłami i przeraźliwie kwakać! Po chwili poderwała się i odfrunęła.
- A gdzie kacuska? - zapytał drżącym głosem przerażony Kubuś, wpatrując się z ufnością w dziadka, że coś zaradzi, że "kacuska" wróci.
No, to zadałem małemu przyrodnikowi muchomora.
- Widzisz, nygusie, są emocje wymyślone i świat realny. Ja, wzruszam się nieustannie pięknem przyrody. - wymądrzyłem się.
- ???
Następnego dnia z wielkim trudem udało mi się namówić wnuka na kontynuację obserwacji przyrody. W końcu usiedliśmy na ławeczce przy tamie, by patrząc w przestrzeń dokonywać retrospekcji. Na pergolę, na wyspie przyleciał czatować zimorodek, bardzo wysoko w górze, w kominie termicznym kołowały dwa bociany. W lasku u sąsiada przeraźliwie hałasowały sójki, tak alarmowały towarzystwo o kręcącym się niebezpiecznie blisko jastrzębiu gołębiarzu. Cała okolica kipiała wręcz życiem. Ciężko było usłyszeć własne myśli pośród tych treli, świstów, gwizdów, kumkania, plusków i innych przedziwnych odgłosów. Ruch, panie, jak dworcu w Bangkoku. Tyle życia, szczęścia, dramatów i to wszystko na powierzchni niecałego hektara. Cudo. Jak na Discovery u Dawida Attenborough. W pewnym momencie mój towarzysz tak się odchylił, chcąc dostrzec parę kruków uczących potomka latać, że spadł z ławki. Natura nas wręcz porywa.
Wylądowała na stawie wczorajsza kaczka, w towarzystwie koleżanki i obie przeciskając się przez przybrzeżne zarośla smutno i niepewnie nawoływały, prawdopodobnie szukały dzieciaków. Zrobiło mi się jakoś dziwnie.
Zabrałem i ja swojego dzieciaka, żeby nie zobaczył, broń Boże, jak smoczyca pożera zrozpaczoną kaczuchę. Dusza się z zawiasów wyrywa. Natura mnie wręcz porywa i wzruszam się nieustannie pięknem przyrody.
- Ty wiedźmo ospowata! - pobłogosławiłem cholerę i postanowiłem, że to koniec naszej fatalistycznej przyjaźni. Jak nic, ciśnie się na myśl porównanie do szorstkiej, początkowo miłości osiołka i pewnej wyrośniętej damy w Shreku. Trzeba będzie jednak naszą damesę wyeliminować. Nie będzie mi tu cholera jedna wnuczka stresować.
Opisywanie czegoś ze współczesnej perspektywy nie oddaje stanu ówczesnej wiedzy. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, ale szperając w starych pismach wędkarskich, w poszukiwaniu skutecznego sposobu na wyrośniętego suma znalazłem wiele przydatnych informacji. Przez lata zachodziłem w głowę, czemu nie mogę złapać choćby jednego sumika karłowatego? Przecież wpuściłem ich kilkadziesiąt. Ludzie pukali się w czoło, że to szkodniki, że zachwaszczę staw, że zdominują wszystko, powyżerają ikrę i narybek. Nic takiego się nie stało. Sumiki zniknęły. Wyjaśniło się: tylko dorodna samica europejskiego kuzyna wyjada te smaczne rybki.
Niecodzienne przyłowy.
Przed pamiętnym Bożym Ciałem, w każde wakacje zasadzałem się na suma. Złapałem kilka wymiarowych, także dwa metrowe, ale odpuściłem sobie te połowy. Z miłości do drapieżników. I to niekoniecznie sumów. Pierwszy, prawie metrowy szczupak złapany w nocy, z gruntu na martwą, wielką wzdręgę bardzo mnie zdziwił, ale dwa kolejne i to zbliżone wielkością, zmieniły moje wyobrażenia o zachowaniu tych ryb.
Dwa z nich wypuściłem w dobrej kondycji, ale żaden z tych trzech nie przeżył. Straciłem też pięknego, zarodowego sandacza. Nie chcąc kaleczyć bez sensu ryb odpuściłem tę metodę, poświęcając się jedynie spinningowi. Jak widać, smoczyca poczuła się bezkarna.
Kret.
Zbliżały się wakacje, przyjadą goście, będą dzieci, a ja mam zagwozdkę. Jak im powiedzieć, żeby odpuścili kąpiele? Że co, że w stawie żyje paskuda? Przecież mnie wyśmieją. Najlepiej będzie zrobić sobie dyspensę i skrócić okres ochronny na wąsatego. Ludzie i tak śmieją się ze mnie i tych moich przepisów wewnętrznych.
Uznałem, że parę nocnych zasiadek załatwi sprawę i będzie po problemie. Jakże się myliłem. Ludzie patrzyli na mnie z politowaniem: co z niego za leszcz, że nie może złapać suma we własnym stawie?
Tak mi skurczybyk zalazł za skórę, że temat jego odłowienia stał się moją obsesją. W poszukiwaniu sposobu na potężnego suma rozpytywałem bardziej doświadczonych, grzebałem w starych gazetach dla wędkarzy, ale przede wszystkim dużo eksperymentowałem.
Co ja się do szamba, śmierdzącej i silnie już nagazowanej wątroby nawyrzucałem, ile żywców, raków, pijawek i innych stworzeń uśmierciłem, pelletów nakupowałem. Po stawie nie można było swobodnie łódką popływać, bo poprzecinany był cięciwami linek i żyłek, po których kursowały przeróżne żywce na zrywkach. Sadzawka wyglądała niczym globus Warszawy z siatką kartograficzną. Zmuszony też byłem przekalibrować swój kompas moralny i w desperacji zacząłem stosować nie do końca etyczne metody połowu, z których do końca dumny nie jestem.
- Pięć baniek po płynie do spryskiwacza powinno sprawę załatwić. Trafi się wcześniej, czy później - doradził mi zaprzyjaźniony strażak który, jak widać, nie tylko pożary gasi. Niestety, przez prawie 3 miesiące nie załatwiło. Wszystko na nic i zaczynałem już wątpić, czy aby potwór nie jest tylko wytworem mojej wyobraźni, gazem bagiennym odbijającym światło z Wenus.
Minęły wakacje, dzieci się nie pokąpały, a ja zblokowałem się i przestałem napierać. Już Ludwik XIV odkrył, że niecierpliwość jest przyczyną klęski. Owszem, bohater opowieści powinien być trochę tajemniczy, ale mój stawał się jak potwór z Loch Ness - nikt go nie widział, tylko ja o nim ciągle gadałem.
Któregoś dnia olśniła mnie złota myśl innego klasyka: "ważne jest czytanie wody". Zacząłem więc czytać. Wodę. Postanowiłem też stępić czujność przeciwnika. Na pytania o suma odpowiadałem szczerze, że mi się nie śpieszy, bo najpierw muszę wybudować dla niego wędzarnię, że nie mam miejsca w zamrażarce, a poza tym jestem permanentnie zmęczony. A to po nocy, a to przed dyżurem, nigdy nie była odpowiednia pora. Do takiej potyczki muszę być przecież świeży i wypoczęty.
Pod koniec września przyjechałem na działkę, po nocnym dyżurze. Pół dnia przesiedziałem na werandzie czytając. Wodę, oczywiście. Niewiele z tej lektury pamiętam, bo musiałem się zdrzemnąć. Poderwałem się i żeby nie zmarnować dnia postanowiłem dokończyć szlifowanie łódki. Przechodząc koło fundamentów pod wędzarnię potknąłem się o pułapkę na kreta. Siedział. Każdy przechytrzony skurczybyk mnie cieszy. Już miałem go rzucić do wody, ale się powstrzymałem. Przypomniałem sobie, jak w opowiadaniu z wyprawy na Syberię autor, z braku przynęt, bo wszystko pourywał, założył jakiegoś mongolskiego świstaka, czy coś w podobie i złapał okazowego tajmienia. Dosyć więc, myślę nęcenia myszkami i futrzakami. Zasadziłem cwaniaka na solidny hak Saengera pancernej sumówki Byrona, z multiplikatorem i plecionką grubości palca noworodka. Rzuciłem na spadzie, gdzie przed momentem wsypałem sagan gotowanej kukurydzy, obsadziłem wędę w solidnej, wiślanej podpórce, zluzowałem hamulec i poszedłem do zajęć. Przy robocie, to czas leci nie wiadomo kiedy. Zanim się obejrzałem, zaszło słońce i zrobiło się rześko. Nad stawem przeleciała spóźniona kaczka, a za chwilę pojawiły się dwa gacki. Poszedłem zwinąć wędkę i ... i dopadł mnie incydent defekacyjny. Kiedy już wróciłem po zabiegu, to zdałem sobie sprawę, jak trafna to była decyzja, że nie zwlekałem. Zestaw był jakieś dwadzieścia metrów w prawo. Dzień był bezwietrzny, a kret martwy - o żesz ty! Podszedłem wolno, jak waran i cichutko, jak kot do ptaka. Zwolniłem terkotkę i wysnułem metr plecionki, podniosłem delikatnie wędkę, opuściłem szczytówkę nad wodę i wolniuteńko zwijałem. Tak, do lekkiego oporu. Czułem, jak pulsują mi uszy, zrobiło mi się gorąco i miałem trudności w przełykaniu. Śliny, oczywiście. Lewą ręką przekręciłem korbą, błyskawicznie opuściłem ją na dolnik i wtedy oburącz, jak nie za.ebię! Jakbym przywalił w ścianę, tylko gruntówa delikatnie zamortyzowała uderzenie. Stałem tak z dolnikiem wbitym w pachwinę i ciągnąłem z całych sił. Czekałem na jego ruch. Ani drgnie. Z każdą chwilą słabłem, a po drugiej stronie żadnej reakcji. Odpuściłem więc hamulec na chwilę i wstawiłem Byrona w rurę, ponownie go zablokowałem i zacząłem ciągnąć, trzymając wędkę w połowie. Zwolniła mi się lewa ręka, więc wyjąłem komórkę, żeby wezwać posiłki, bo wiedziałem już, że sam nie podołam.
Braciak wypity, więc nie przyjedzie, a zaufany kolega rano na dyżur. Kicha, zostałem sam. Zrobiło się ciemno, a ja coraz słabszy i bez pomysłu. Spojrzałem za siebie. Pod domkiem stała stara, wielka lodówa. Odpuściłem z hamulca, wycofałem się i zablokowałem wędzisko pomiędzy lodówką, a schodami, potem naprężyłem zestaw do granic wytrzymałości, co było porównywalne do naciągnięcia kuszy. Oczywiście bez korby. Żeby kutafon nie odpoczął! Potem zwilżyłem usta, ukręciłem kilka cygaretów i usiadłem, żeby zebrać myśli. Wtedy, wtedy dopadł mnie nagły incydent mikcyjny. W moim wieku, jak się zachce, to musisz się odlać od razu. Poleciałem za chałupę i wtedy zadzwonił Mieto. Doradził mi, i słusznie, żebym się nie szarpał, tylko odpuścił hamulec i poszedł spać, bo i tak nic nie wskuram. Bestia nigdzie nie ucieknie, a za dnia, to zawsze inaczej. Wróciłem, żeby przeinstalować wędkę na powrót do podpórki i myślałem, że zemdleję. Ten skurczybyk przeparkował się o jakieś 10 metrów w prawo. Poszarpałem jeszcze z 15 minut i odpuściłem. Wlazłem na górę i padłem.
Poderwałem się o 10 tej. Głowę miałem świeżą, ale cały byłem obolały. Od tej wczorajszej szarpaczki bolał mnie kark, bicepsy, przedramiona i uda. Zgramoliłem się po drabinie i szybkim krokiem poszedłem do wędki. O dziwo, plecionka wchodziła do wody w tym samym miejscu, co wczoraj. Ogarnąłem spojrzeniem staw - po wodzie dryfowało mnóstwo liści i korzeni grążeli, niektóre balasy były wielkości ludzkiej nogi.
- Ładnieśmy wczoraj, po ciemku dno poorali - pomyślałem i nieśmiało wyjąłem kij z podpórki. Zacząłem napinać, a potem ciągnąłem z całych, zregenerowanych sił. Żadnego życia, ruchu, pulsowania nie czułem, ale zobaczyłem coś, czego wczoraj nie widziałem. W wodzie coś się kotłowało, a wyglądało to tak, jakby w tym miejscu zebrało się kilka dużych ryb. Za każdym moim pociągnięciem, po drugiej stronie zestawu ryba reagowała symetrycznie. Stało się jasne, że jest w zaczepie. Odstawiłem na powrót gruntówkę, napiąłem możliwie mocno i poszedłem wokół stawu. Przechodząc na wysokości zaczepu, to jakieś 8-10 metrów od brzegu, wyzwoliłem kolejne zamieszanie w wodzie, takie, jak przy szarpaniu zestawem. Odszedłem, żeby bestii nie drażnić i zadzwoniłem do Pawła, to sąsiad, który ma staw obok. Czemu nie wczoraj? Bo, to miły chłopak, ale ma blade pojęcie o wędkowaniu. Zresztą, jak każdy chłoporobotnik kładzie się z kurami, więc pewnie już spał. Musiałem poczekać do 17 tej. Tu zawsze mam co robić, więc zbytnio mi się nie dłużyło. Unikałem tylko chodzenia w tamtym sektorze, żeby nie wkurzać smoczycy. Miałem nadzieję, że z pomocą sąsiada uwolnię ją z zaczepu i podejmę regularną walkę, face to face, znaczy.
Ubrałem spodniobuty, wziąłem bosak na 4 metrowym drzewcu, ustawiłem Pawła na brzegu z wędką i wlazłem do wody. Kiedy już byłem po pachy, włożyłem bosak pod powierzchnię i prowadziłem w kierunku, gdzie znikała linka. Nagle, jak się k.rwa zakotłowało! W naturalnym odruchu możliwie szybko zacząłem odwrót, ale zanim zrobiłem zwrot, to kątem oka, wiem, wiem, że nie ma czegoś takiego, zobaczyłem jak Pawłem i wędą rzuca na brzegu.
- Jest, jest ryba!!! - wrzeszczał odkrywca. Już wiecie dlaczego po niego wczoraj nie dzwoniłem.
Wygramoliłem się z wody, zabrałem Pawłowi wędkę, wstawiłem na miejsce i kotłowanie ustało. Chwilę postałem, żeby ochłonąć i poczekać na "pridumku". Długo nie czekałem, bo eksplozja geniuszu wystrzeliła niczym wulkan. Poleciałem do domku i przyniosłem wspaniały amerykański wynalazek, czyli srebrną taśmę. Połączyłem nią stojące przy taczce dwie pary grabi do trawy, przekazałem chłopakowi na powrót Byrona, a sam udając spokojnego wszedłem do wody. Hamulec poluzowałem na pół gwizdka, żeby mi sąsiada nie wciągnęło. Opuszczałem grabie wolno po plecionce i w pewnym momencie na powierzchni ukazał się jej koniec. Kiszka, znaczy. Stolcowa. Z grubości palca noworodka wypracowana była do kalibru takiej, jaką stosuję na okonie. Miałem wielkie obawy, czy aby potwór nie został w zaczepie, więc poszliśmy z Pawłem po jego łódkę. Pływadło to stworzyli z blachy okrętowej jeszcze z nieboszczykiem Tadeuszem, ojcem. Waży to od cholery i jest dla mnie zagadką fizyczną, że nie tonie?
Sąsiad wymyślił, że na skróty, przez siatkę. Zmęczony już byłem, jak dociągnęliśmy ją do wału, a tu jeszcze trzeba to podnieść na metr sześćdziesiąt. Przecież słabości nie okażę. Za cholerę. Z gałami na wierzchu przerzuciliśmy ją na drugą stronę. Pawłowi było łatwiej, bo na co dzień pracuje w ciastkarni, betoniarni znaczy, a poza tym jest ode mnie o 20 lat młodszy. Do tej pory czuję tę łódkę, a minęło już sporo czasu. Potem musieliśmy ją jeszcze odnieść z powrotem. Napłynąłem nad to miejsce i badałem bosaczkiem. Smoczycy nie było, za to wypukałem coś bardzo ciekawego. To resztki starej, drewnianej łódki, odwróconej dnem do góry, z powybijanymi po bokach dziurami, którą z bratem Mieczysławem zatopiliśmy jakieś 18 lat temu, jako schronienie dla sumików. Sporo ich wtedy wpuściliśmy.
Węgierski żuraw.
Czytałem dalej, i wodę, i literaturę fachową. Natknąłem się wreszcie na wywiad z panem Bieganem, który od wielu już lat dzierży rekordy kraju za monstrualnego szczupaka i gigantycznego sandacza. Podziwiam tego wędkarza i to nie tylko za wyczyn, którego dokonał, ale za determinację i wytrwanie w dążeniu do celu. Za szczupakiem, którego w końcu dopadł chodził aż cztery lata! Swój zachwyt dla nieustępliwego pana Wacława wyraziłem w obecności żony, a ta opuszczając głowę przyśrubowała mnie jadowitym spojrzeniem znad okularów i wypaliła z pogardliwie obojętną miną : - "A ty ile się już z tym swoim sumem pierdzielisz!".
Pan Wacek za uwielbienie, jakim go obdarzyłem pozwolił mi stanąć koło swojego ciała astralnego, czy odwrotnie i przyglądając mi się ze współczuciem doradził: - "Stachu, wycisz ego, a uzyskasz moc". O matko mistrz do mnie przemówił! Wzruszyłem się okrutnie. W mig zrozumiałem też przesłanie: wszystko rozgrywa się w głowie, należy więc poszerzać umysł, pogłębiać ducha i umiejętnie połączyć upór z arogancją. Muszę, więc znaleźć nowy sens.(?!) Kolejna porażka ma wzmagać głód zwycięstwa. W obawie, żeby mi te mądrości nie uleciały, szybko je wynotowałem. Potem wyszedłem ciałem astralnym poza materialne i przyjrzałem się swoim poczynaniom. Faktycznie, czeka mnie sporo pracy, bo dużo jest do poprawienia.
Jestem tym gadem szczerze już umęczony, a natura potrafi być okrutna. W tym samym numerze WW znalazłem przepis na wynalazek o nazwie węgierski żuraw. Byłem pod wrażeniem, bo to rozwiązanie o niebo lepsze od moich kombinowanych zrywek mocowanych do przybrzeżnej roślinności, czy porozciąganych pomiędzy brzegami linek. Dobry żywiec na tym kiju potrafi cały dzień pluskać się i hałasować. Zanim zmontowałem prawilnego żurawia, po stawie chodziły bańki na uwięzi, a ja czytałem i czytałem. I znowu, co było jasne zmętniało. Coraz częściej pozostawiałem zestawy bez kontroli, traciłem zapał, potrafiłem przysypiać podczas czytania wody.
- Rutyna, to zguba, zatraca myślenie. A martwią się martwi - wymądrzył się wreszcie mój przyjaciel Wacek i wtedy zadziały się jeden po drugim dwa incydenty, które nie pozwoliły mi na powrót popaść w marazm i podejrzewam, że zapobiegły zatwardzeniu mózgu. Na moich oczach zerwało bańkę ze sporą płocią, którą po chwili zluzowało, ale przynęta już nie wypłynęła. Wyjaśnię, może mój patent sprzed żurawia. Podczas czytania wody typuję sektor. Biorę dwa pręty i dwie szpule po żyłce, cięciwą przecinam wybrany obszar stawu. Wygląda to tak, jak wieszanie prania przez krzykliwe, grube Włoszki nad głowami przechodniów, które rozciągają podwójny sznurek pomiędzy dwoma budynkami. Żywca mocuję na metrowym przyponie do pięciolitrowej bańki po płynie do spryskiwacza, która robi za spławik. Tę zaś, cienką żyłką do krętlika przywiązanego na stałe do jednej z linek cięciwy i naprowadzam ten zestaw w wytypowane miejsce. Konkretny, morski krętlik łączy przypon z grubą, jak palec noworodka plecionką główną. Wędkę ustawiam w solidnej, wiślanej podpórce prostopadle do cięciwy, z multiplikatorem na zluzowanym hamulcu, ale na terkotce. Opór bańki powinien zaciąć rybę, a krótki, metrowy grunt nie pozwoli jej wejść w zaczep. Teraz stosuję bańkę 20 litrową, a dolnik Byrona zwieńczyłem metalową rurką.
Drugiego ataku nie widziałem, bo spałem. Zaraz po przebudzeniu wyjrzałem przez okno na poddaszu. Nie muszę wstawać, wystarczy że usiądę i już widzę praktycznie cały staw. Nie było bańki! Niby stary, nieruchawy, obolały, wiecznie zmęczony, ale z 3 metrowej drabiny zjechałem, jak strażak do pożaru i w gaciach, bez butów w kilkanaście sekund pokonałem 100 metrową odległość do wędki. Omiotłem sytuację wzrokiem i błyskawicznie, niczym Herkules Poirot, znalazłem rozwiązanie. Do łódki miałem po obwodzie ze 150 metrów. Kolejny rekord! Wiem doskonale, że metrowy sum takiej bańki nie zatapia. Doświadczenie z poprzedniego spotkania zaprocentowało. Żadnego srania po krzakach i przeciągania liny z brzegu. Najadę na gada i niech ciąga. Na łódce mam osękę i kuszę, więc to nie będzie jakiś tam spacerek, tylko męska rozgrywka. Podciągałem się na wędce i z każdą chwilą skracałem dystans. Znowu zaczęły mi pulsować uszy. Jak wtedy, ani drgnie, nie czuję żadnego życia, stoi na dębowo. Zobaczyłem bańkę, nie była głęboko, jakieś pół metra. Spróbowałem podnieść. Ciężko, ale szło. Zaczep, je.any zaczep. To ch.j niewdzięczny. Opuściłem karpę, zluzowałem hamulec i popłynąłem po bosak, bo osęką bym nie sięgnął. Mocuję na przyponie dwa haki, na jednym daję przynętę, a drugi zostawiam goły. Został ten na którym był żywiec, czyli był ładnie zacięty. Plułem sobie w brodę, bo może zamiast ruskiej żyłki grubości kabla od żelazka, powinienem był założyć gotowy zestaw Saengera na plecionce. Sam nie wiem. Cholera, nie chciałem przecież kaleczyć kolejnego szczupaka. Przememlał skurwiel taką żyłkę. Ja sobie spałem, a on memlał!
- Pamiętaj, Stachu, po każdej próbie on staje się ostrożniejszy, a determinacja w dążeniu do celu nie musi być agresywna, po co więc, chłopaku te brzydkie słowa? - dobijał mnie Wacek.
- Święty się ku.wa znalazł - tylko pomyślałem.
- No, no, bo przestanę cię lubić.
Gienio.
Zwróciłem się wreszcie o pomoc do mojego przyjaciela Gienia. To zacny człowiek, doświadczony i bardzo skuteczny wędkarz. Ciężko go wyprowadzić z równowagi, jest zawsze uśmiechnięty i zaraźliwie emanuje spokojem.
Okazowych ryb ma na koncie tyle, że mógłby nimi obdzielić kilku ambitnych łowców. Złapał też blisko dwumetrowego suma na Narwi, więc w odróżnieniu do mnie będzie wiedział, jak się zachować.
Umówiliśmy się na tygodniowe łowy, na początku sierpnia. Ja miałem urlop, a Gienio jako emeryt jest bardzo dyspozycyjny.
Zaczęliśmy, rzecz oczywista od kawy i ustalenia planu działania. Pokazałem też fachowcowi przypon z ruskiej żyłki grubości sznura od żelazka. Jak prawdziwy znawca tematu, wyjął Gienio swoją specjalistyczną lupkę i wypatrzył ewidentne ślady "memlania". Potem obeszliśmy staw, nakreśliłem koledze plan batymetryczny zbiornika, pokazałem miejsca potyczek i potencjalne "meliny" bohatera naszego spotkania. Żeby się nie ograniczać, postanowiliśmy spróbować wszystkimi dostępnymi metodami: grunt, żywcówka ze spławikiem, no i oczywiście nasz ulubiony spinning. Metodycznie, zaczęliśmy od gromadzenia zapasów żywca. Z początku brały płotki i wzdręgi, a potem podeszły leszcze i to w każdym rozmiarze. Zostawiliśmy tylko leszcze, a resztę wypuściliśmy. Największe, złote i czarne przeznaczyliśmy do wędzenia, a dłoniaki zostały w siatce. Ja zmontowałem dwie wędki: Byrona przezbroiłem na spławik z paternosterem, a z topornej dorszówki zrobiłem gruntówkę. Tu, jako przynętę podwiesiłem pod hakiem obważanek z nanizanego na cienkiej plecionce Frolica. To taka moja imitacja pelletu z psiej karmy. Jedyna, według mnie nadająca się, bo jest bardzo elastyczna, pracująca, ładnie pachnie i co najważniejsze, jest z dziurkami. Gienio uzbroił jedną, na żywca. Mój spławik był wielkości słoika po flakach zamojskich, kolegi ciut mniejszy. Leszczyki dzielnie pracowały do wieczora, Frolic skutecznie prowokował, bo karpiowy sygnalizator co jakiś czas dawał znać, że podszarpują go zainteresowane mniejsze ryby. Ja pilnowałem wędek, a Gienio poszedł ze spinnigiem i pudłem przynęt na obchód, chcąc jak mówił, po swojemu wysondować ukształtowanie dna. Był pod dużym wrażeniem ogromnego jego zróżnicowania oraz mnogości "ciekawych" pułapek. Pudło przyniósł sporo lżejsze. Wytłumaczyłem koledze, że wszystkie napotkane podczas kopania stawu karpy wracały do wody. Pogubiłem się już w ich lokalizacjach, więc ciężko mi byłoby nawet go ostrzec przed zaczepem. Pokazałem mu jedynie moją dumę - podwodną rafę wielkości samochodu osobowego, usypaną własnoręcznie z kamieni polnych i dębową perełkę. Karpę, nad karpami, którą przyciągnąłem kilka lat temu z sąsiedniej wsi na lince holowniczej.
Do wieczora nic się nie wydarzyło. Zamieniłem na gruncie pellet na ubitego leszczyka, a resztę wędek zwinęliśmy. Jeszcze dwie godziny przy ognisku i spać, bo jak mawia Gienio - trzeba wstać "skoroświt".
Przez cały tydzień nic szczególnego się nie wydarzyło, poza kilkoma szczupakami na spinning. Ale takie, bez rewelacji.
Żaden z nas nie uważa tego czasu za stracony, bo spędziliśmy go bardzo miło, wypoczęliśmy, nie nudziliśmy się, dużo rozmawialiśmy, a tematów nam nigdy nie brakuje. Kiedy chcieliśmy, to wspólnie pomilczeliśmy. Po prostu relaks. W przeddzień odjazdu byliśmy świadkami bardzo widowiskowego ataku suma pod nawisem traw, przy wyjściu z 3 metrowej rynny. Gienio ocenił go na półtora metra. Ja wiem, że to nie moja smoczyca. Umówiliśmy się na kolejny wypad za trzy dni, ale już tylko na jedną nockę.
Wypłynęliśmy łódeczką. Ja z karasiem na żywcówce, a Gienio z jakimiś kolorowymi frędzlami i kwokiem, którego zapomniał poprzednio. Uczciwie obłowiliśmy cały staw i nic. Potem poszliśmy ze spinningami i też nic. Że byłem po nocy, to poszliśmy wcześniej spać, żeby wstać "skoroświt". Nie poderwałem się tak, jak obiecałem i pospałbym pewnie jeszcze dłużej, gdyby nie kompan. Wpadł do domku jak piorun i cały roztrzęsiony krzyczał od progu:
-" Miałem go, miałem go, sku.wysyna". Po zacięciu, jak zeznawał, trwało to raptem kilka sekund. Błyskawiczny odjazd i lokomotywa. Bez szans na jakąkolwiek reakcję, czy inicjatywę. Dopiero wtedy mi się przyznał, że mocno powątpiewał w istnienie tak wielkiej ryby. Przypomniałem sobie, że mam monitoring, więc obejrzeliśmy sobie to zajście. Przyznam, że filmu by z tego nie nakręcił, bo widać tylko, jak Gienio pier.olnął wędką o glebę, podskoczył i wymachując rękami zaczął biec w kierunku domku. I to bardzo żwawo, jak na emeryta.
Sedes.
Za tydzień byłem sam. Poszedłem w to miejsce ze spinningiem, znaczy wędką dorszową z multiplikatorem. Rzucałem gumową imitacją pstrąga, jak żywy, pięknie wybarwiony potokowiec i wielkości prawie wymiarowego. To chyba wabik na głowacicę? Jak prowadziłem , to uświadomiłem sobie dopiero, że tor prowadzi przy rafie.(?!)
Drugi raz poprawiłem w to samo miejsce, ale prowadziłem ciut szybciej, żeby nie zaciągał farfocli. Zostało mi jeszcze ze dwa metry do brzegu i już podnosiłem kij do góry, kiedy zobaczyłem coś, co mnie przeraziło. Skojarzenie miałem jedno. Sedes! Widziałem tylko przeogromny łeb i nic więcej. Pół metra pod powierzchnią. Podniósł się nienerwowo, majestatycznie niczym wieloryb. Odprowadzał pstrąga wykonującego subtelne ruchy czerwono-czarnym ogonem, a paszczę od przynęty dzieliło jedynie kłapnięcie. Błyskawicznie przerzuciłem przynętę za siebie, w świerk, żeby broń Boże nie zaatakował. Nie byłem gotowy. Po chwili równie spokojnie opuścił się niżej i zniknął pod wodą. Skurwiel pokazał mi, że się niczego nie boi, że jest królem stawu.
Siata.
Teść z Ukrainy przywiózł koledze siatę, 50 metrową drgawicę. Paradoks polega na tym, że ów kolega, to komendant naszej straży wędkarskiej. Popijając wieczorem piwko nad stawem po sąsiedzku zapytali dla hecy, czy aby nie potrzebuję pomocy w rozprawieniu się z moim rozbójnikiem. Oczywiście podziękowałem, bo zarówno Tomek, jak i ja, mamy to samo podejście do siatek. Wiedziałem, że jak teść pojedzie, to drgawica pójdzie na przemiał razem z tymi zarekwirowanymi podczas kontroli. Z drugiej strony, pomyślałem, że ten jeden jedyny raz to można postawić. W słusznej sprawie przecież. Umówiłem się z chłopakami na jutro, na dziewiątą.
Tatko, to czerstwy, ogorzały chłop o pogodnej twarzy i dłoniach, jak bochny chleba. Kiedy wyjął tę siatkę z reklamówki, to omal nie pękłem ze śmiechu.
- Bratko, tą siateczką, to ty możesz ptice, czy baboczki łapać, a nie mojego holdegrona.
- Ty szto, nie wałnujsia szczas paprobujem. Papadziot, kak mucha w pajenczynu.
Kiwak się nie dotykał. My z teściem i Mietem rozciągnęliśmy siatę pomiędzy dwoma świerkami na prociwpałożnych brzegach, na trasie pomiędzy zatopioną łódką i rafą. Do wieczora wyjęliśmy z Mieczysławem dwa piękne liny. Zza miedzy dochodziły odgłosy solidnej libacji, więc im nie przeszkadzaliśmy i sami, bez specjalisty z południowego wschodu przestawiliśmy drgawicę do samej wyspy. Została na noc. Rano zaczęliśmy sprawdzać od strony Tomka działki, bo tam poruszały się bojki. Wyjęliśmy dwa średnie leszcze i płynęliśmy dalej w kierunku wyspy, gdzie siatka była dziwnie zanurzona. Jakieś dziesięć metrów przed jej końcem wyciągnęliśmy górny sznurek i dolny z przymocowaną solidną karpą. Środka nie było. Dalej był jeszcze kawałek nieuszkodzonej, ale suma sumarum , to brakowało sporo, bo kawałka wielkości wersalki. Zapakowałem do reklamówki zdewastowaną drgawicę, dwa leszcze i poszedłem do sąsiada.
- Nu, brat, nie powiezło. Ptica ubieżała. Spasiba bolszoje.
Trąba powietrzna.
Innym razem oddawałem się letargowi siedząc na werandzie i czytałem pobieżnie. W pewnym momencie usłyszałem dziwny szum, jakby wiatr. Spojrzałem po drzewach, ale stały nieruchomo. Na wodzie pojawiła się 30 cm fala, która sunęła po skosie w kierunku wpływu.
- O, mini trąbka - pomyślałem.
Za chwilę ucichło i woda się wygładziła. Minęło kilka minut, a ja dopiero zaskoczyłem. Prawdziwy ze mnie wolnomyśliciel. Przecież fala zaczęła się od zatopionej łódki, a skończyła się przy rafie.
Na koniec dwie uwagi: jedna przyrodnicza, a druga socjologiczna, żeby nie powiedzieć, polityczna.
Przyrodników, wielbicieli kretów reakcję uprzedzę. Myszkę można, a kreta nie? Dlatego, że ryje, to jest bardziej rozumny? Dyskutowałbym. Jakby co, to zapraszam. Można je bezstresowo odłowić i wypuścić u siebie w ogródku.
Wcale nie jesteśmy lepsi, my Polacy od etosu, któryśmy sami wytworzyli. Papież umarł, olaboga, jakie pojednanie, zasypane rowy nienawiści, nawet pomiędzy Wisłą i Cracovią. Ojoj, będziemy się tak już kochali i szanowali do końca świata. Ile to potrwało?
Teraz, oklaski na balkonach, wdzięczność niemożebna i inne pierdolety, by za parę dni wyganiać medyków widłami.
Kończę właśnie 14 dniową kwarantannę, tu w głuszy, na rancho i słysząc w radio takie newsy wyglądam przez okno, czy nie idą już prawdziwi Polacy z pochodniami, żeby mnie za.ebać, jak Frankensteina.
Życie mam ogólne fajne, ale mącą mi je przydupasy tego tłustego kota. Ich nieporadność połączona z niezaradnością, ignorancją i niebywałą arogancją wytwarza infantylną papkę, którą z szyderczą hipokryzją próbują wtłaczać nam codziennie do głów. Niech wreszcie odejdą i dadzą nam normalnie żyć! I wędkować.
Tego życzę nam wszystkim, nawet ich zwolennikom.

Opinie (2)

kaban

Czyli smoczyca nie złowiona ? [2020-05-10 10:05]

Stachu

Nie, ale jej dni są już policzone. Pozdro [2020-05-10 22:45]

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za komentarze Internautów.

Czytaj więcej

Maj z rodzicami.

Kiedy widzę małych chłopców nad naszymi wodami, zastanawiam się częst…