Spinningowanie na Bugu - Szczupaki z końca świata

/ 10 komentarzy / 20 zdjęć


Od wtorku, codziennie rano i wieczorem, mój tato (gruntowiec z krwi i kości) nękał mnie telefonami; pastwił się nade mną pracującym w biurokratycznym transie, informując mnie o kolejnych kilku szczupakach czy okoniach wyciągniętych z wody i to o dziwo na spinning - pierwszą tego typu wędkę, którą dostał od nas niedawno w prezencie. Szczerze? Myślałem, że nigdy jej nie użyje, bo jak sam mawiał: Bez robaka na haku ryby nie wyciągniesz. A tu proszę dzwoni i z radością małego dziecka w głosie oznajmia, że holuje jednego drapieżnika za drugim. Nie mogłem już tego wytrzymać. Gdzieś w środku mojej głowy narastało napięcie wywołane nieodpartą pokusą wyjazdu już dziś, a to dopiero w piątek miałem dojechać wraz ze swoją rodziną na weekend do rodziców spędzających urlop w miejscowości Niemirów licząc tym samym na spinningowanie na Bugu. Zastanawiacie się pewnie gdzie to jest? To wioska na końcu świata.

W planach mieliśmy zasiadkę na suma, ale tygodniowy pobyt i sumiennie zdawane relacje taty szybko dały do zrozumienia, że z tego nici. Do tego wszystkiego biała ryba nie brała wcale, więc o relaksującym podziwianiu widoków z fotela wędkarskiego mogliśmy zapomnieć. Mimo wszystko zabrałem ze sobą glinę i klej do zanęt, dwa pudełka rosówek i duże haki, których jak się później okazało nawet nie tknąłem.

Wiedziałem, że na wędkowanie w piątek nie będzie czasu, gdyż w podróż mieliśmy wyruszyć dopiero po pracy. Mobilizacja była tak wielka, że punkt 16 siedzieliśmy we trójkę w samochodzie i ruszyliśmy w 120 kilometrową podróż. Kiedy przyjechaliśmy na miejsce niebo szarzało, a po wypakowaniu bagaży było już prawie ciemno. W międzyczasie rzuciłem okiem w stronę rzeki, ostatni raz byłem tu dwa lata temu, a po takim czasie znane miejsca potrafią się mocno zmienić. Po głowie od czasu do czasu przemykała figlarna myśl, że gdybyśmy się uparli to nasze feedery moglibyśmy zarzucić sprzed domku. Szybko jednak ganiłem sam siebie za takie pomysły trzeźwo stwierdzając, że przy takim sposobie i rozeznaniu terenu wyrobiłbym sobie więcej krzywdy niż miałbym z tego wszystkiego zabawy. Podczas kolacji, popijając gorącą herbatę stwierdziłem jednak, że przejdę się brzegiem Bugu blisko domku ze spinningiem. Tato również nie odpuścił i we dwójkę z jedną latarką czołówką wyszliśmy nad wodę, żeby zaspokoić moje rozgorzałe wędkarskie pragnienie.

Bug szybko zweryfikował moją decyzję o pospiesznym wyjściu nad wodę. Prąd okazał się zbyt duży niż ten, na który tego wieczoru się nastawiłem, brzeg zastawił na mnie dużo nowych pułapek, a dno usłało się w innych miejscach niż poprzednio konarami i roślinnością. Nie żałuję jednak tego wyjścia. Specjalnie wygaszałem czołówkę, żeby poczuć i poznać to miejsce wszystkimi innymi zmysłami niż wzrok. To naprawdę świetne doświadczenie czuć w ręce wędkę oddającą każdą nierówność dna poprzez sondowanie przynętą. Daje to zupełnie inne wyobrażenie wszystkiego, co znajduje się w wodzie. Często kiedy przemierzam brzegi podczas kilku rzutów zamykam na chwilę oczy i obstukuję podłoże układając w głowie obraz dna. Tym razem zostałem jednak obnażony z moich umiejętności, wróciłem pokornie do domku i ułożyłem się do snu w oczekiwaniu na blady świt.

Co z tego, że budzik nastawiłem na 4:30, pomyślałem zerkając na zegarek pokazujący 3. Z podekscytowania nie mogłem wyleżeć w łóżku. Na siłę poleżałem do czasu, kiedy usłyszałem szmery z drugiego pokoju oznajmiające, że tato wstał. Od razu przywdzialiśmy wędkarskie ciuchy, wypiliśmy gorącą herbatę i wyszliśmy na zewnątrz. Przywitał nas niezbyt pogodny, szary i mglisty świt. Pospiesznie zawiązaliśmy zestawy na spinningu i ruszyliśmy brzegiem Bugu. Na płytkim próbowałem lżejszych i mniejszych przynęt. Niestety na twisterki i małe wirujące ogonki nie miałem nawet puknięcia, za to tata katujący 30 letnią obrotówkę w rozmiarze 4 miał już za sobą dwa okonki. Szczęście uczniaka pomyślałem, ale moje zdanie zmieniało się z każdą wyciągniętą przez niego rybą. Początkowo brzeg był płaski, a dostęp do wody dosyć trudny, ale dzięki prawie 3 metrowemu wędzisku dawałem radę. Później wyszliśmy na nadbrzeżną skarpę, z której dużo wygodniej jest wędkować. Do przejścia w tę stronę mieliśmy około 500 m, gdyż dalej Bug przechodzi we władanie Łukaszenki. Mimo to miejsc było tak dużo, że na przejście tego odcinka musieliśmy poświęcić trochę czasu. Poznając od nowa wodę musiałem trochę poeksperymentować z przynętami i wydawać by się mogło, że mam ułatwione zadanie mogąc podpatrzeć na co trafia ryby mój tata. Nic bardziej mylnego żadna z moich wirówek nie przypominała wyglądem tej, którą On obławiał, o pracy przynęty nie wspominając. Kiedy ja przeszedłem do swoich wahadłówek, tato holował kolejnego szczupaka. Po chwili na moją ciężką, 18 gramową wahadłówkę, między powalonymi drzewami połakomił się pierwszy szczupaczek. Kołowrotek zaczął nareszcie terkotać, a wyraz mojej twarzy z pewnością opromieniał. Pogoda z każdą minutą pogarszała się, aż zaczęło mżyć. Byliśmy już praktycznie przy samej granicy, wiedzeni potężnymi pluśnięciami ryb zajęliśmy ciekawe miejscówki i rozpoczęliśmy poszukiwania kolejnych drapieżników. Niestety dla mnie to wyjście nie było zbyt szczęśliwe, ale z przyjemnością oglądałem jak tato z jednej jamki wyciąga jeden po drugim 5 szczupaków. Około południa wróciliśmy do domku na późne śniadanie i do wieczora poświęcaliśmy czas rodzinie.

Postanowiliśmy wyjść jeszcze raz nad wodę i tradycyjnie już przyglądałem się wyczynom mojego kompana, który nie pozostawił dla mnie ani jednej ryby do wyholowania. Nie udało mi się zaciąć niczego, choć kilka pobić wyraźnie poczułem; pozostało mi zapolować z aparatem na piękne krajobrazy.

Sytuację z tego dnia próbowałem sobie wytłumaczyć różnicą w sprzęcie: tato w porównaniu do mojej Catany łowił dużo bardziej finezyjnym Feelingiem, który jest bardziej lejący i lepiej przenosi pracę przynęty do dolnika, ale jak to mówią złej baletnicy przeszkadza nawet rąbek u spódnicy. Jutro będzie lepiej, pomyślałem i poszedłem spać. Tym razem spałem dużo bardziej spokojnie niż poprzedniej nocy. Rankiem zgodnie stwierdziliśmy, że nie ma sensu tracić czasu na płytkim i zaczęliśmy naszą wędrówkę od końca, czyli od granicy. Tym razem postawiłem na gumy i nie musiałem długo czekać. Po kilku zmianach przynęt, pierwszy pistolet zameldował się na brzegu z Reno Killerem w pysku, kolejny większy z pomarańczowym kopytem Relaxa. Niestety 12 gramowe główki plus przynęta to było stanowczo za mało, żeby obłowić miejscówkę podręcznikowym wachlarzem. Rzucając na wprost, po dwóch stuknięciach w dno przynęta spychana była do brzegu i pozostawało obstukiwanie wzdłuż niego. Mimo to podczas jednego ze spływów przynęty w stronę brzegu, po zetknięciu się główki z dnem poczułem przyblokowanie. Myśląc, że to zaczep delikatnie podbiłem kijek, żeby uwolnić gumę; w tej samej chwili szczytówka wędki znalazła się przy kołowrotku, hamulec rozegrał się w swoim cudownym terkocie, a plecionka odjechała z zatrważającą prędkością w prawo, a następnie w lewo. Popatrzyliśmy z tatą ze zdumieniem na siebie i wyraźnie słychać było bicie naszych serc. Niestety nie zdążyłem dociąć, kiedy to coś zrobiło potężny obrót i wypięło gumę pozostawiając po sobie tylko wspomnienie. Możecie sobie tylko wyobrazić moje rozczarowanie i słowa je wyrażające, które z pewnością zakłóciły spokojny niedzielny poranek. Nawet się nie pokazała, nie miałem nawet szans ocenić co to było i jak duże, ale po rękach czułem, że może to być ryba życia. Albo sum, albo zębaty w rozmiarze XXL. Z resztą, jak by na to nie spojrzeć jeszcze na długo zostanie w opowieściach rzecznym potworem. Rozczarowanie było ogromne, choć tego dnia nie mogłem narzekać. Co kilka rzutów mogłem poczuć uderzenie drapieżnika i cieszyć się holem pięćdziesiątaków. Dziś tato mógł przyglądać się mnie, choć nie powiem okonia wyciągnął, a raz trafił nam się dublet.

Około południa zakończyliśmy swoją wędrówkę i wróciliśmy do domku. Dziadek z babcią postanowili nacieszyć się wnukiem, a my z żoną wybraliśmy się na wycieczkę rowerową podczas której mijaliśmy kilku wędkujących, oczekujących z płonną nadzieją na branie białej ryby. Po powrocie z rowerowych wojaży spakowaliśmy samochód, a ja zostawiłem tacie swoje przynęty, na które rano z powodzeniem wędkowałem. Do wtorku, kiedy kończyli swój pobyt wyciągnął na nie jeszcze parę sztuk. Koniec tego dobrego, ale nie mówię żegnaj tylko do widzenia.

W takich miejscach czas płynie bardzo szybko, za szybko. Miałem wrażenie że nurt Bugu kradnie mi minuty z każdą sekundą. W takich miejscach jest magicznie i wcale nie chce się z nich wyjeżdżać. Całe szczęście, że są jeszcze takie miejsca nad wodą w Polsce, w których widać, że czas, w wędkarskim pojęciu, zatrzymał się kilka dobrych lat temu...

 


4.9
Oceń
(35 głosów)

 

Spinningowanie na Bugu - Szczupaki z końca świata - opinie i komentarze

marek-debickimarek-debicki
0
Dobrze, że są jeszcze takie miejsca "na końcu , nie koniecznie świata, ale Polski", gdzie praktycznie wśród dzikiej przyrody można spokojnie powędkować i niejednokrotnie skusić do brania swoją życiówkę. Pogratulować więc tylko wypada ciekawej wyprawy. Pozdrawiam i *****pozostawiam. (2014-10-14 14:02)
barrakuda81barrakuda81
0
Piękne plenery dzikiej rzeki.Warto powędkować w takich okolicznościach przyrody.Świetny opis.*****.Pozdrawiam. (2014-10-14 19:47)
Thoma23Thoma23
0
To nie ta sama rzeka...Kłusole, ogromna presja robią swoje...i jeszcze przyducha bardzo przetrzebiła...Ale rzeka piękna (2014-10-15 11:45)
PanSayPanSay
0
Tylko pozazdrościć 120 km do takich miejsc , a za "lepienie" zdań 5x* ;-) (2014-10-15 15:12)
karwos33karwos33
0
Bardzo fajny artykuł - dobrze napisany, wyjątkowo gładko się go czytało :) Przepiękne widoki, świetnie z resztą uwiecznione na zdjęciach. Pozostaje tylko życzyć samych wędkarskich sukcesów na Bugu i trzymać kciuki za kolejne wyprawy :) Oczywiście *****, pozdrawiam (2014-10-15 21:26)
mirasqqmirasqq
0
Thoma23 zgadzam się z Tobą w 100 procentach. łowię po drugiej stronie rzeka czyli od strony gnojna i faktycznie jest tam bardzo duże kłusownictwo . niestety na zdjęciu jest jedna z łódek którymi widzieliśmy jak po zmierzchu wypływają kłusownicy stawiać sieci. a mają luz bo tam PSR nie ma ponieważ na tamtą stronę można dostać się jedynie promem który kursuje do godź 18. (2014-10-16 18:30)
antyquariatantyquariat
0
Kolego mirasqq bajki opowiadasz ;) Przecież do Niemirowa można spokojnie dojechać od strony Milelnika normalną drogą asfaltową. (2014-10-16 21:27)
mirasqqmirasqq
0
Można ale teren PSR kończy się przy trojanie w Zabużu i nie ma szans na dojechanie do wioski na końcu świata. Pozdrawiam (2014-10-18 08:30)
WedkarstwomazowieckieWedkarstwomazowieckie
0
Bug to piękna rzeka :) Bardzo malownicza (2014-12-13 09:28)
krisbeerkrisbeer
0
Rzeka oczywiście piękna, zgrabny wpis. Przy mojej poprzedniej wizycie w Gnojnie, przeprawę promem nawet braliśmy pod uwagę, ale ostatecznie nic z tego nie wyszło. A po to ,,coś'' musisz wrócić i tym razem na pewno będziesz miał więcej szczęścia. pozdrawiam (2014-12-17 09:04)

skomentuj ten artykuł