Spinningowe Mistrzostwa okiem Janka Gąsienicy-Samka

/ 2 komentarzy

Relacja autorstwa Jana Gąsienicy-Samka ze Spinningowych Mistrzostw Koła które odbyły się 11.05.2014r. na Zalewie Zegrzyńskim w Serocku.


W tym roku termin majowych spinningowych mistrzostw wypadał w niedzielę. Miejsce to samo co w ubiegłym roku, czyli Zalew Zegrzyński w okolicy Serocka. Jeszcze w tym roku nie znalazłem chwili czasu aby odpocząć z wędką nad wodą, będzie to dla mnie początek sezonu. W poniedziałek sprawdzam tygodniową prognozę pogody. Znów zapowiadają deszcz. Myślami wracam do ubiegłorocznych zmagań. Pogoda wtedy prawie do końca zawodów była ustalona, pada lub lało na przemian. Ale spotkanie przy grillu było już bez deszczu i można było spokojnie porozmawiać i podsumować deszczowe spinningowanie. Tym razem decyduję się na niedzielę pozbawić małżonkę samochodu. Proszę ją także, aby zapisała mnie na listę startową u Michała. W czwartek szykuję sprzęt i już z niecierpliwością oglądam wieczorną prognozę pogody na niedzielę. Na pewno ma być suszej niż rok temu.

W niedzielę o czwartej rano budzik radośnie przypomina o zawodach. Wstaję, ubieram się. Za oknem szarówka, ale nie ma deszczu. Sprawdzam temperaturę, około 15 stopni. Jest nieźle, tylko te kołyszące się korony drzew sugerują wiejący wiatr. Zbiórka na przystani wędkarskiej w Serocku wyznaczona na 5:30, wiec koło 4:30 trzeba wyjeżdżać z domu.Po śniadaniu zabieram prowiant, sprzęt i zdejmuje z wieszaka moją ulubioną wiosenną wiatrówkę. Jednak żona kategorycznie nie zgadza się na taki ubiór. Ustępuję i biorę ciepła kurtkę. Gdy zamykam drzwi samochodu na przedniej szybie pojawią się krople deszczu. Zaczyna się – pomyślałem z żalem. Odpalam pojazd i radośnie włączam się w poranny ruch samochodowy. Jestem lekko zdziwiony, ale Warszawa o tej porze a w każdym bądź razie, jej duża część już nie śpi. Na Ursynowie przed światłami do skrętu w ulicę Rosoła, stoję razem z pięcioma inny samochodami. Gdy skręcam w Rzymowskiego jadę wśród innych pędzących samochodów. Gdy mijam ulicę Sobieskiego zauważam w audi obok mnie pokrowce na wędki. Uśmiecham się do siebie, oni tez pewnie jadą nad Zalew. Gdy mijam Wisłostradę, przede mną rozpościera się piękny widok, Wisłą i za nią korony drzew. A nad nimi w pięknej różowej poświacie pojawia się wschodzące słońce. Tak to jest widok, który napawa serca większości braci wędkarskiej. Jest nadzieja, że ten dzień będzie wspaniały i obędzie się bez deszczu. Teraz już staram się utrzymać za „moim przewodnikiem” w audi. Coraz lepszy dojazd, a do tego przed Zielonką widać, że trwają prace nad poszerzeniem drogi. Po chwili już widać most kolejowy w Białobrzegach. Tutaj mój przewodnik skręca w prawo na Rynię, a ja w lewo na Nieporęt. Mijam Zegrze i po chwili skręcam z dwupasmówki do Serocka. Zwalniam i przez rynek zjeżdżam w dół nad wodę. Trzy minuty przez wyznaczonym czasem wjeżdżam przez otwartą bramę na teren przystani. Ponieważ nie jestem pierwszy, szukam miejsca na zaparkowanie. Wychodzę z samochodu, witam się z kolegami. Większość organizatorów spędziła tę noc już w domkach ośrodka. Rozglądam się po kolegach, bo trzeba znaleźć partnera do łódki. Odprawa trwa krótko, przypomnienie zasad oraz czasu rozgrywania zawodów. Wędkujemy od 7 do 14. Wypływamy wcześniej. Na powrót i zdanie ryb i kart startowych mamy po zakończeniu wędkowania pół godziny.

Losujemy łódki. Ja dostaję nr 3. Od bosmana pobieram wiosła, dwie kamizelki pływające, rzutkę ratowniczą oraz ciężarek na lince. Nie mam jeszcze partnera, ale spokojnie czekam aż Darek z Michałem kogoś do mnie dokooptują. Tym razem będę wpływać razem ze Zbyszkiem „Maradoną”. Jak się dowiaduję, na łódce będziemy mieli silnik elektryczny. Wybieram wodę z łódki. Idziemy po silnik i akumulator. Wkładamy sprzęt, mocujemy silnik do burty. Jeszcze podłączyć akumulator, tutaj korzystamy z pomocy Sylwka. Jesteśmy gotowi do wypłynięcia. Jeszcze słyszę retoryczne pytanie Michała, czy nie mamy dwóch echosond. Jednak uśmiech zamiast odpowiedzi jest jednoznaczny, nie mamy także i tej pierwszej. Akwen znamy, ale czasami ten metr w lewo lub w prawo, który skoryguje się w wyniku obserwacji dna, pozwoli zająć lepszą miejscówkę i wygrać zawody. Nastawiam alarmy w komórce na 7 i 14 i odpinamy kłódkę. Maradona, jako kapitan, siedzi z tyłu przy silniku, a ja na dziobie obok ciężarka. Podstawowe pytanie, gdzie płyniemy? Maradona proponuje – najpierw na drugą stronę potem za most i dalej wracamy w stronę przystani. Taki plan to powtórka z poprzednich zawodów, które przyniosły satysfakcję Maradonie. Zgadzam się i ruszamy na drugą stronę Zalewu. Po drodze składam dwie wędki. Cięższą uzbrajam w żółtego okoniowego woblera z duża płetwą. Lżejszą w agresywną obrotówkę w kolorach ciemno niebieskich. Gdy dopływamy pod drugi brzeg zaczyna kropić deszcz. Zatrzymujemy łódkę i wypuszczam ciężarek do wody. Z kieszeni dobiega sygnał alarmu komórki. Siódma. Czas zacząć. Maradona na swoją wysłużoną Germinę zakłada ciężką gumę. Pierwsze rzuty bez rezultatu. Za trzecim rzutem, gdy wobler jest już przy burcie łódki, następuje okoniowi atak. Ryba zawisła na kotwiczce, machnęła ogonem po wodzie i wpadał do wody. Właściwie niewiele można było zrobić, bo zacięcie w powietrzu jest bardzo problematyczne. Trudno, trzeba pogodzić się ta porażką, przecież przed nami jeszcze prawie siedem godzin wędkowania. Deszcz przestaje kropić, ale wiatr jest dokuczliwy. Po paru minutach ruszamy na kolejne miejsce. Zbliżamy się do mostu. Po pół godzinie wędkowania przepływamy pod mostem i kierujemy się w stronę Łachy. Na łódce obok na plecach „Dzika” widać żółtą kamizelkę, czyli znak dla sędziego, że jest ryba do mierzenia. Po krótkiej rozmowie wiemy, że jest to okoń. Gdy rok temu pływałem z Dzikiem po jeziorze Zyzdrój, też stosunkowo szybko miał szczupaka. Pewnie to taka jego tradycja. U nas nic, mimo, że pracujemy bez zbędnych przerw. Ponieważ nie mamy kontaktu z rybami po tej stronie, powoli przepływamy pod drugi brzeg. Efektu nie ma, ale w pobliżu głównego nurtu, nasza łódka zaczyna robić dziwne rzeczy. Wszyscy, którzy stoją obok nas, po jakimś czasie stają tak, że łódka ustawia się wzdłuż nurtu. A nasza wybiera położenie w poprzek nurtu. Śmiejemy się z Maradoną, bo wiatr i nurt rzeki oraz fale powinny nie robić wyjątku, ale nasza łódka jest inna. Próbujemy pod drugim brzegiem. Szukamy miejsca w nurcie, oraz przy brzegu. Szukamy drapieżników przy trzcinie czy też koło wychylających się z wody grążeli. W końcu wracamy pod most. Podpływamy do śniadaniowego kręgu kilku naszych łódek. Chwila rozmowy, na razie nie ma wielkich sukcesów, trochę okoni, ale bardzo niewiele nadających się do pokazania sędziemu (minimum 18 cm). Czas na dalsze wędkowanie. Ruszamy spokojnie w stronę głównego nurtu. Tutaj wydarzyła się sytuacja, której w czasie zawodów nie zauważyliśmy. Śruba naszego silnika, złapała plecionkę kolegi z drugiej łódki. Na szczęście, przy którymś obrocie, napięta plecionka, został zerwana. Ponieważ, na łódce nie zauważyliśmy tej groźne sytuacji, mogło dojść do zniszczenia całej plecionki, czy też utopienia spinningu. Po zawodach, mogliśmy tylko powiedzieć przepraszam. Przy nurcie znajdujemy głębsze miejsca, ale są też rejony wody, gdzie pod powierzchnią pływały zielone rośliny („kapusta”, wodorosty czy grążele). Na takich miejscach nie stoimy zbyt długo. Czas płynie, pogoda trochę się poprawia. Czasami nawet przez chwilę wygląda słońce. Jednak wiatr wieje i fala na wodzie nie zmniejsza się. Zjadamy przygotowane kanapki. Po kolejnym podniesieniu ciężarka, oglądam się, bo z końca łódki dochodzi dziwny odgłos. Partner w dziwnej pozycji trzyma silnik. Po chwili sytuacja wraca do normy. Jak się okazało, po opuszczeniu silnika, uchwyty zamocowane na blasze straciły przyczepności i silnik chciał wpaść do wody. Ale Maradona zdążył go złapać. Chwila na ponowne umocowanie silnika. Ruszamy dalej. Po wodzie rozlega się głos kościelnego dzwonu. 

To już południe. Zbliżamy się do naszej przystani. Teraz proponuje Maradonie, abyśmy podpłynęli w stronę kąpieliska. Tam pamiętam, że rok temu mieliśmy kilka pobić okoni. Gdy płyniemy bliżej wysokiego brzegu, wiatr trochę się zmniejsza. Szukamy swoich miejsc, ale dzisiaj ryby nie chcą z nami współpracować. W różnych miejscach widać, żółte kamizelki. Sędzia mija naszą łódkę i kieruje się w stronę ujścia Bugu. My próbujemy zmieniać nasze przynęty. Maradona próbuje różne kolory gumek, sprawdza wahadłówkę. Ja zmieniam obrotówkę na mniejszą. Potem zmieniam woblera na ciemniejszego i spokojniejszego w swoim ruchu. W końcówce zakładam żółta gumkę, a potem sprawdzam tradycyjnego gnoma. Sygnał z kieszeni kończy nasze dzisiejsze zmagania. Widać, że ten poranny okoń pokazał nam olimpijski gest, ale nie umieliśmy z tej podpowiedzi skorzystać. Dziękujemy sobie za wspólne wędkowanie. Przecież nie zawsze musimy coś złowić. Ale przez siedem godzin tworzyliśmy zgrany zespół, był czas na rozmowę, śmiech i miłe spędzenie czasu. Jednym z tematów rozmowy było nasze Walne Zebranie Koła. Tam frekwencja nie była duża 13-14 osób. Tu na mistrzostwach mamy ponad 40 osób. Dopływamy do przystani. Zdajemy puste karty startowe. Słuchamy relacji kolegów, tych którzy coś złowili i mogli pokazać to sędziemu. Wiem, że na 44 osoby został złowiony tylko jeden wymiarowy szczupak. Reszta to okonie. Ponad połowa zawodników zgłosiła ryby. Zdajemy łódki, kamizelki. Odnosimy sprzęt do samochodów. Już wokoło czuć zapach rozpalonego grilla. Tym razem mamy dwa rodzaje kiełbasy (w tym biała). Potem jeszcze „Słoniu” przynosi smaczny szaszłyk. Przy posiłku trwają rozmowy o rybach. Można usłyszeć o wielkim szczupaku – ponad metr – złowionym przez „Kosę” w tym roku na Zalewie. Ryba była piękna, ale obok wielkości imponowała obwodem. Inni opowiadają o swoich tegorocznych sukcesach. Jest też czas na uwagi o dzisiejszych zawodach. Wtedy też dowiadujemy się, o naszej przygodzie z wplataniem plecionki kolegów. Prosimy Sylwka, aby w domu obejrzał śrubę, czy nie ma nawiniętej plecionki, która może zablokować śrubę. Po pewnym czasie dołącza do nas sędzia Jurek. Już są wyniki. Wygrał, można powiedzieć tradycyjnie, Kosa. Dla Grzegorza - łowcy szczupaka (tylko drugie miejsce), jest dodatkowa nagroda za największą rybę zawodów. Ceremonia rozdania nagród tym razem w pośpiechu, bo nadciąga kolejna deszczowa chmura. Zdjęcie na pamiątkę. Gratulacje dla najlepszych. Prezes przypomina, że ruszają zapisy na czerwcowy wyjazd nad jezioro Zyzdrój. Będzie okazja do rewanżu. 

Dziękuję organizatorom za zawody i żegnam kolegów i koleżanki. Czas wracać do domu i przygotowywać się na kolejne zawody w Zyzdroju.

Jan Gąsienica-Samek, 18.05.2014 r.

GALERIA FOTOGRAFII ZE SPINNINGOWYCH MISTRZOSTW KOŁA

 


5
Oceń
(12 głosów)

 

Spinningowe Mistrzostwa okiem Janka Gąsienicy-Samka - opinie i komentarze

dlugi82dlugi82
0
Janek ja się nie gniewam przeprosiny przyjęte :) (2014-06-18 15:49)
StachuStachu
0
Relacja, jak to zwykle u Jaśka, na piątkę - dużo szczegółów i humoru. Nie wszyscy połapali, bo "łowić, to trzeba umić". Gratulacje dla zwycięzców, podziękowania dla organizatorów, sponsorów, sędziego i kolegów współuczestniczących w naszej imprezie. (2014-06-29 20:53)

skomentuj ten artykuł