Zaloguj się do konta

Sumy z Warty

Trzy nadwarciańskie, lipcowe poranki
Końcówka czerwca i praktycznie połowa lipca, z wędkarskiego punktu widzenia, nie należały do zbyt obfitych w połowy. Pomimo kilku prób na różnych akwenach, ryby odmawiały współpracy. Nocka nad zalewem poprzedzona kilkudniowym nęceniem, chyba zawiodła najbardziej. Dwudniowa próba nad jeziorem, pomimo solidnego przygotowania i wielu godzin spędzonych bezpośrednio nad wędkami, nie była nic lepsza. W świetle tych mizernych wyników, na dodatek krótki, tygodniowy urlop zbliżał się nieubłaganie.
Stanąłem więc przed małym dylematem. Jak się ustawić, aby w miarę efektywnie wykorzystać wolny czas, w części przeznaczony na wędkowanie?
Wówczas z pomocą przyszedł niezawodny Przyjaciel, będący w końcowej fazie swojego wypoczynku. Po krótkiej analizie i rozpatrzeniu wszystkich za i przeciw postanowiliśmy, że zorganizujemy sobie poranne, kilkugodzinne wypady nad naszą, coraz ciekawszą rzekę z cichą nadzieją na sumy z Warty.
W poniedziałek Ryszard miał jeszcze osobiste sprawy do załatwienia, więc postanowiłem ruszyć samodzielnie na poranny rekonesans łowiska ze spinningiem w ręku. Do torby wędkarskiej wrzuciłem pudełka z małymi kleniowymi woblerkami i kilka niedawno pozyskanych boleniowych cacek.
Pierwszy poranek.
Nad wodą zameldowałem się w początkowej fazie świtania. Po uprzednim wyjęciu sprzętu, delikatnie zamknąłem drzwi auta i wsłuchałem się w odgłosy dochodzące znad położonej kilkanaście metrów poniżej rzeki. Pierwszy odgłos dochodzący z za pokrytej lekką mgiełką bony, przypominał dosłownie zdarzenie, jakby ktoś wrzucił potężny głaz do wody. Za chwilę z prawej, z rejonu osłoniętego drzewami kolejny, przypominający uderzenie o lustro wody z całej siły potężną łopatą. Kolejne uderzenie pochodzi gdzieś z rejonu przeciwległego stromego brzegu. Przyglądam się uważniej temu miejscu i widzę, że stanowi go kamienista opaska. Nagle traaaaach! Uderzenie następuje dosłownie niespełna metr od kamieni i po krótkiej chwili, na gładko płynącej wodzie pojawia się potężny wir. Oznaczać to tylko może jedno. Żerują bolenie, a może nawet i sandacze. Miejscami pod wpływem uderzenia, drobnica dosłownie wyskakuje nad powierzchnię wody opadając na kamienie opaski. Jednak to nie koniec zabawy z drapieżnikiem. Wiedziona instynktem drobna rybka, podbijając się ogonkiem, ponownie stara się dostać z kamienistej rafy do wody. Na ten moment czekają „rzeczni delfini”. Jak tylko kolejna rybka dotyka lustra wody następuje ponowienie uderzenia. Nie ma litości dla bezbronnej uklei, krąpików i innej drobnicy, która walcząc z prądem i innymi przeciwnościami rzeki, zostaje wypłoszona ze swoich tymczasowych kryjówek tylko po to, aby paść łupem swojego oprawcy. „Rzeczni delfini”, ależ oczywiście tak. Ilekroć to na stronach TV, w przyrodniczych programach mogliśmy zaobserwować właśnie takie zjawiska, kiedy to stada delfinów lub ich pojedyncze osobniki, wręcz wyrzucały na brzeg swoje przyszłe ofiary, które następnie bezbronne i rozproszone dosłownie dziesiątkowały, podnosząc je nawet bezpośrednio z linii brzegowej.
Na widok tak intensywnego żerowania drapieżnika robi mi się ciepło i zauroczony szybkimi zjawiskami na wodzie, czuję szybsze bicie serca oraz wypieki na twarzy. Podchodzę na skraj skarpy i w dole moim oczom ukazuje się piaszczysta, przybrzeżna ławica. Przypominana ona swoim kształtem jakby czapkę smerfa, czy też połowę solidnego rogala. Na jej cyplu, co chwilę pojawiają się niewielkie kółeczka. Naraz drobnica rozpierzcha się na wszystkie strony, a jej szaleńczej ucieczce towarzyszy kilka zdecydowanych, aczkolwiek delikatniejszych od poprzednich uderzeń drapieżnika. Czyżby klenie?
Montuję do końca zestaw i decyduję się obłowić w pierwszej kolejności z ukrycia, które daje mi wysoka trawa, przybrzeżną ławicę. Drobniutkie woblerki Salmo i Hornety wydawały się być jak najbardziej odpowiednią przynętą. Próby prowadzenia przynęty z prawej lub lewej strony, odpowiednio pod prąd lub z prądem, w różnym tempie nie dają jednak efektu. Zakładam boleniowe, wręcz urocze woblerki Jaxona i nadal cisza. Co tu jeszcze można wymyślić. Mam w zapasie kilka niewielkich kogucików, pozyskanych od naszego Kolegi Sandacz z nad Bytynia. Zakładam więc, ulubionego pod kątem zestawienia kolorów „czarnego puchacza” z żółtym ogonkiem i posyłam go poza szczyt główki na godzinę jedenastą. Pozwalam mu przez chwilę swobodnie opaść w początkowy rejon rynny, u podstawy warkocza. Pierwszy opad i cisza, drugi opad i następuje przytrzymanie. Szybkie, wręcz emocjonalne zacięcie i czuję jak ryba zdecydowanie odchodzi z prądem, wzdłuż warkocza. Pompuję i wybieram luz, drugi raz i ryba muruje do dna. W końcu trafiłem, mówię sobie sam do siebie. Kolejne podniesienie i ryba daje się wprowadzić w trochę wolniejszy prąd okalający ławicę od strony brzegu. Po chwili, po kolejnym podniesieniu wędziska zauważam dziwną płetwę. Raczej nie przypomina mi ona płetwy drapieżnika. Jakimś to dziwnym sposobem, na kogucika, zapiąłem za płetwę grzbietową, zapewne spokojnie sobie żerującego w rejonie głęboczka, niczego niewinnego leszcza. Piękny hol silnej ryby po raz kolejny udowodnił, że stary spinning Jaxon Futura pro Jig i znacznie młodszy kołowrotek Jaxon Monolioth XTF potwierdziły swoją uniwersalność i zarazem niezawodność, a dobra kilówka leszcza na okrasę dostarczyła sporo niespodziewanych wrażeń.
Drugi poranek.
Wyruszamy przed świtem ze zgoła odmiennym nastawieniem. U Ryszarda jest przygotowana bolonka do przepływanki, zaś u mnie feeder nastawiony na poszukiwanie większych leszczy. Na drapieżniki, które dały taki pokaz poprzedniego dnia zapolujemy jeszcze innym razem. Ja z feederem zajmuję stanowisko u podstawy bony i zamierzam obławiać rynnę w poszukiwaniu leszczy, zaś Kolega wpada na pomysł obławiania płytszej rynny po stronie przybrzeżnej ławicy. Krótko po piątej, szczytówka mojego feedera solidnie zapracowała. Wystarczyło lekko podnieść wędzisko, aby poczuć rybę silnie pulsującą w nurcie rzeki. Po krótki, dynamicznym holu, w podbieraku ląduje słusznych rozmiarów krąp. Między czasie Ryszard co chwilę podnosi na swoją bolonkę jakąś drobną rybkę. W pewnym momencie woła podniesionym głosem. Mam coś ciekawego! Musisz to zobaczyć! Podbiegam do Kolegi i oczom nie wierzę. Na haku Ryszarda zapiął się kiełb i to chyba kiełb białopłetwy. Rybkę taką widziałem już dawno, w młodości wędkując leszczynową wędką, ze spławikiem wykonanym ze stosiny bocianiego pióra. Główna przynętę stanowił wówczas złapany na pobliskiej łące konik polny. Ależ radość zobaczyć taki okaz, coś pięknego. Szybkie dwie fotki i z wielką pieczołowitością, piękna rybka zostaje wypuszczona do wody.
Krótko przed ósmą rano, zajęty przez pewien czas rozmową związaną z podziwianiem wyczynów Kolegi, kątem oka widzę silną pracę szczytówki swojego wędziska. Jakby od niechcenia, znudzony uprzednim poskubywaniem drobnicy podnoszę wędkę i w tym momencie następuje wielkie otrzeźwienie. Feeder 140 cw. pięknie się wygina i tajemnicza ryba daje się prowadzić jedynie blisko dna. Cóż to takiego o tej godzinie połakomiło się na dwie dendrobeny nr 4? Czyżby duży leszcz? Wędzisko jednak pracuje całkiem inaczej, a ryba stara się odchodzić w kierunku rynny pod wsteczny prąd. Z chwilą osiągnięcia wysokości szczytu piaskowej łachy, szybko zawraca do lewej z prądem, jednocześnie usilnie dołując w kierunku głęboczka u podstawy bony. Jeszcze kilka podniesień i po chwili nad powierzchnią wody ukazują się szeroka paszcza sumika, ze zdziwionymi małymi ślipkami i dwa długie na dwadzieścia centymetrów wąsiska. Ale numer krzyczę do Ryszarda. Jakaż to piękna niespodzianka, w postaci drobniutkiej co prawda sześćdziesiątki na zakończenie porannego wędkowania!
Poranek trzeci.
Poranek tego dnia jest pogodowo nad wyraz piękny. Byliśmy przygotowani wyśmienicie, nawet na sumy z Warty. Zanęta rzeczna wręcz wymarzona. Dociążona gliną, a na haczykach dendrobena i kukurydza na zmianę. Ryszarda, już od samego początku wędkowania ćwiczyły drobne leszczyki i krąpiki, natomiast u mnie skończyło się jedynie na delikatnych podskubiwaniach niemożliwych do zacięcia. Ożywiły się za to na przeciwległej, kamiennej opasce bolenie. Ich akrobatyczne wyczyny zapierały dech
w piersiach. Kończąc wędkowanie, już podczas pakowania sprzętu do samochodu zauważyłem jak jeden z „cwaniaków” uderzył na szczycie główki z prądem, szorując prawie brzuchem po kamieniach, aby w następnej chwili zawrócić i ponowić atak na totalnie zdezorientowaną drobnicę pod prąd.
Pora wracać. Rybek dzisiaj nie połapaliśmy, jednak czarodziejskiego widoku poranka i nieprzewidywalnych ataków boleni długo nie zapomnimy.
Zauroczeni po raz kolejny rzeką, następnym razem decydujemy się zorganizować typową, nocną sumową zasiadkę. Innym razem przyjdzie też pora i na bolenie.

Opinie (12)

slawekkiel17

Mila" lektura", fajnie sie czyta !!!. Zwlaszcza jesli sie ma od czterech tygodni unieruchomione przedramie, a o wyjsciu na ryby mozna tylko pomarzyc. Pozdrawiam i zycze udanych wedkarskich wypraw. *****5-ka Slawek [2014-08-05 11:57]

janglazik1947

Jak zawsze Marek to umie napisać !!!!! Powodzenia w przyszłości. [2014-08-05 13:25]

karwos33

Panie Marku, świetny artykuł! Też często łowię na Warcie w Poznaniu, i choć dotychczas myślałem, że nasza kochana rzeka lata świetności ma już za sobą, to jednak co jakiś czas każe mi wręcz jeszcze w siebie wierzyć i napawa nadzieją na złowienie ładnej ryby. Oczywiście *****, Pozdrawiam [2014-08-06 18:16]

WarlordThorvald

Super sumik ;) W moim regionie Warta to dosłownie "Siurek", woda po kostki, wąska... nie ma jak na niej łowić. [2014-08-07 11:14]

blutu

Gratuluję pięknej ryby . Z kolegą planujemy trzecią noc, żeby złowić tego wielkiego suma co rwie wędkarzom plecionki.***** [2014-08-07 19:40]

marek-debicki

Januszu! Trzymam kciuki za udaną wyprawę. Myślę, że właśnie w tym roku uda mi się także sfinalizować "Tajemny Sumowy Plan". [2014-08-07 20:18]

zurawinowy

W tytule sum z Warty, w opisie wielki leszcz a na zdjęciach kijanka i kiełbik? [2014-08-07 21:21]

marek-debicki

Ta kijanka to także sum (sum, sumek, sumeczek, sumunio). Myślę, że będą także większe. [2014-08-08 08:40]

użytkownik

No właśnie, w tytule "Sumy..." w liczbie mnogiej a tu jedna kijaneczka. A jako że byłem ostatnio u portalowego Kolegi Tomka właśnie nad Wartą spodziewałem się porządnych wąchali których uderzenia sam miałem okazję słyszeć i widzieć. Tytuł mocno wprowadza w błąd. Oj Marku bym to natychmiast poprawił. Ale sam artykuł bardzo miły, fajny i okraszony bardzo dobrymi zdjęciami. PS. Warta poniżej Poznania, w okolicach Wronek przepiękna i rybna choć tamtejsze zedy chimeryczne:) [2014-08-08 15:19]

Tomekoo

Wpis fajny, suma ni ma Marku ;-) Sam ich kilka złowiłem ładnych choć nie gigantów do 160 cm , wiem że są i wiem też , że potrafią płatać figle wypinając się na wędkarzy choć je widać i słychać nie weźmie i koniec ... Taka Warta ;-) ***** [2014-08-08 16:37]

dendrobena

Ładnie napisane i nic więcej. Od 10 lat biorę udział w nocnych zawodach naszego koła na rz. Warce.w ok. Poznania. Ani razu nie złowiono okazałego suma. W zawodach brało udział średnio 20 zawodników. Był przypadek że podczas rozgrywania zawodów w Czerwonaku przyjechali wędkarze z miejscowości oddalonej od Poznania o 100 km. na zasiadkę na suma. Ktoś im namieszał w głowach że w tym miejscu biorą sumy. W nocy na 27 zawodników nie złowiono wymiarowego suma. Owszem ogólnie było 50 szt dzieciaków. Pozdrawiam. [2014-08-10 11:25]

marek-debicki

Droga Dendrobenko! Jak są liczne dzieciaki, będą i większe sumiki. [2014-08-10 13:12]

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za komentarze Internautów.

Czytaj więcej

Pierwsze spotkanie

Tekst dedykuję Panu Januszowi, cześć jego pamięci…Każdy w swoim…

Łowy na suma

Żadna z ryb słodkowodnych nie pobudza wyobraźni wędkarzy tak intensywni…

25 maja 2018 roku wchodzi w życie Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z 27 kwietnia 2016 roku tzw. RODO. Nowe prawo nakłada na nas obowiązek uzyskania Twojej zgody na przetwarzanie przez nas danych osobowych w plikach cookies



Oświadczam, iż zapoznałem sie z Polityką prywatności i zgadzam się na zapisywanie i przechowywanie w mojej przeglądarce internetowej tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie zaszyfrowanych w nich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania z innych stron internetowych, serwisów oraz parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych, w tym na profilowanie i w celach analitycznych przez wedkuje.pl, oraz ZAUFANYCH PARTNERÓW.

Administratorzy danych / Podmioty którym powierzenie przetwarzania powierzono

Hoblo Sp z o.o.,Warszawa 02-761, ul. Cypryjska 2G

Cele przetwarzania danych

1.marketing, w tym profilowanie i cele analityczne
2.świadczenie usług drogą elektroniczną
3.dopasowanie treści stron internetowych do preferencji i zainteresowań
4.wykrywanie botów i nadużyć w usługach
5.pomiary statystyczne i udoskonalenie usług (cele analityczne)


Podstawy prawne przetwarzania danych


1.marketing, w tym profilowanie oraz cele analityczne – zgoda
2.świadczenie usług drogą elektroniczną - niezbędność danych do świadczenia usługi
3.pozostałe cele - uzasadniony interes administratora danych


Odbiorcy danych

Podmioty przetwarzające dane na zlecenie administratora danych, w tym podmioty ZAUFANI PARTNERZY, agencje marketingowe oraz podmioty uprawnione do uzyskania danych na podstawie obowiązującego prawa.

Prawa osoby, której dane dotyczą

Prawo żądania sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania danych; prawo wycofania zgody na przetwarzanie danych osobowych. Inne prawa osoby, której dane dotyczą.

Informacje dodatkowe

Więcej o zasadach przetwarzania danych w „Polityce prywatności”

Ustawienia