Świat Wikingów

/ 8 komentarzy / 3 zdjęć


Dość! Dość! Obłowiłem się drapieżników w szwedzkich klimatach do „bólu.” Dzięki przyjaciołom poznałem kilkanaście płynąco-stojących łowisk, łącznie z reklamowanym jeziorem Asnen. Moim skromnym zdaniem – przereklamowanym. Uszkodziłem spinning, wykończyłem dwa kołowrotki, zdarłem prawie wszystkie skuteczne gumy i wytłukłem do spodu „Salmiaki” Pepe Piskorskiego. Ale opłaciło się! Poznałem wiele tajemnic tutejszych specjalistów. Zaowocowało to niesamowitymi przygodami. Kilkadziesiąt medalowych szczupaków, okoni i sandaczy pozowało do zdjęć, podało mi płetwę i wróciło do wody. Ponieważ jak wspomniałem mój sprzęt był w opłakanym stanie, postanowiłem przerzucić się na ryby „spokojnie” żerujące. 

Najpierw wędkarski sklep w Malmo. Rozglądam się po sklepie. Zainteresowało mnie kilka przynęt nieznanych na polskim rynku, ale tutaj przykra niespodzianka. Zabroniono mi robić zdjęcia?! Z czymś takim dotąd się nie spotkałem! Trudno! Może moja zarośnięta gęba nie budziła zaufania? Duży wybór sprzętu dla karpiarzy i spinningistów, ale to nic z ofertą dla puszkarzy i wędkarzy morskich. Jest wszystko i dużo więcej! Tylko komponenty do much, pióra i takie tam zajmują dwie ściany. Szukam działu dla spławikowców. Nie uwierzycie! NIC, kompletnie nic! Brak nie tylko wędki czy kołowrotka, ba, nie ma nawet spławika czy haczyka. Zgroza! Wychodzę. Drugi sklep jest dużo bardziej przyjazny. Pozwalają bez problemu robić zdjęcia, posiadają też wprawdzie ubogą, ale jednak, ofertę dla spławikowców. Mają też żywe przynęty. Maleńkie pudełeczko „białych” czy dendroben kosztuje 80 koron, czyli jakieś…35 złotych. Drogo! 

Spotykam Polaków. Podpowiadają, że zaopatrują się na targu – wyprzedaży, tzw. loopisie. Oczywiście towarem wędkarskim handlują także Polacy. Głównie taniochą, z co najmniej dwukrotnym przebiciem. Rynek wędkarski strasznie mnie rozczarował. Dobrze, że przywiozłem z kraju mocny komplet, match i kołowrotek Imperial Kongera. Na przynętę rosówki wytropione na trawniku pod tutejszym kościołem i kukurydza. Problem zanęty rozwiązał mi kumpel, który przeszmuglował mi przez Bałtyk do Szwecji 20 kg zanęty na karpie i liny, od Piotrka Lorenca „Lorpio.” Pora poszukać łowiska. Mój szwedzki przyjaciel Alf Nelhof zebrał na obrady swoją „Wielką Radę, „ jak nazwałem ich w duchu. Padło kilka propozycji. Chcę połowić na jeziorze Snogeholm, ale „Wielka Rada” ostrzega, że tam dzicz, brak ludzi i pomostów, chaszcze jak nad Amazonką. Polecają niewielkie 60 hektarowe jezioro, jak na szwedzkie realia niedaleko, Lomme. Karpie, liny, płocie, karasie i wzdręgi są podobno gigantyczne. Super! Chłopaki wykupują mi za 2 koronowe stówy pozwolenie na cały rok kalendarzowy. 

Ruszamy z Alfem na rekonesans. Do wody od parkingu jakieś 200 m. Jezioro jest w niecce. Siadam sobie na stoku i obserwuję wodę. Dość szybko grube ryby dają znać o sobie. Wśród przybrzeżnych zarośli zauważam cienie kilku dużych ryb. Tu i tam potężne rybie „wiosło” rysuje powierzchnię wody. Niestety wypatrzone miejscówki bardzo ograniczają wędkowanie. Nie ma żadnego pomostu, z którego mógłbym łowić za pasem trzcin. Alf sugeruje okolice wysuniętego cypla. To dobry pomysł. Nie mniej czuję się tak pod względem warunków łowienia, jakbym przesiadł się z wygodnego Mercedesa, do ciasnego Fiacika. Organizuję się na miejscówce jak mogę. Trochę fryzjerskich korekt w trzcinach i krzaczorach. Nie jest źle. Miejscówka całkiem, całkiem, tak na dwa kije. Dupsko też można posadzić w miarę wygodnie. Przede mną dwa ciekawe spore „oczka” wśród rzadkiej roślinności. Stanowi ją głównie strzałka wodna i trochę grążeli. 

Dno jest czyste z niewielką ilością mułu. Głębokość łowiska około trzech metrów. Kierunek łowienia –zachód. Następnego dnia zjawiamy się zaraz po obiedzie. Kleję duże kule z „Lorpio, „ mocno wzbogacone słodką kukurydzą. Plum, plum, plum. Osiem potężnych pocisków ląduje w wodzie. Znając siłę szwedzkich ryb rezygnuję z przyponu. Bezpośrednio do dwudziestki Flex Gamakatsu wiążę kuty złoty hak o pojemności 2-3 ziaren kukurydzy, albo połowy rosówki. Do tego niewielki wysmukły spławik. Alf preferuje plecionki i łowienie bez spławika. Sądzę, że w tej miejscówce, to kiepski pomysł. Pierwszy rzut na nowym łowisku. Zawsze ten dreszcz adrenaliny, co przyniesie nieznane. Przez pierwsza godzinę nic ciekawego się nie dzieje. Jakieś delikatne „puknięcia w spławik”. Tak między nami nie spodziewam się dzisiaj Bóg wie, czego. Nie mniej gdzieś w środku łowiecki instynkt napina emocje. Mijają kolejne godziny. Cisza. Sięgam po herbatę, gdy Alf puka mnie w bok. Na powierzchni spokojnej już wody pojawiły się spore bąble. Widać jakieś rybska zrobiły sobie biesiadkę. Ręka sama wędruje na dolnik Imperialka. Minuty, minuty, i nareszcie spławik zaczyna się wolno wynurzać. Nie wytrzymuję i zbyt wcześnie zacinam. Pudło. 

Alf śmieje się patrząc, jak wściekam się na siebie. Jednak krotko to trwa, bo spławika znów coraz więcej nad wodą. Potem na moment się zatrzymuje, aby po chwili wolno zniknąć w wodzie. Wędka po zacięciu odbija, co świadczy, że coś fajnego zaczepiłem. Kilka gwałtownych ucieczek i na powierzchni błyska srebrna płoć. Ale, jaka! Patronie wędkarzy, daj mi złowić w kraju przez cały sezon, chociaż dziesięć takich płotek! Płoć jest gruba, mierzy 35 cm i waży z pół kilograma. Drżącymi rękami zakładam kukurydzę. Pięć minut i kolejna ryba. Podobna. Sytuacja powtarza się jeszcze trzy razy i ryby gdzieś odpłynęły. Największa złowiona płotka mierzyła 37 cm. Słońce zaczyna nad horyzontem tracić ostrość. Wolno zbliża się wieczór. Jeszcze jakieś dwie godziny będzie widno. Spoglądam na wodę w momencie, gdy mój spławik wolno zaczyna odpływać w kierunku trzcin. Zacinam. Kij świetnie amortyzuje zrywy ryby. Cały czas trzyma się dna. Spodziewam się lina, może duży karaś? I nagle ryba kapituluje. Na powierzchnię wypływa… wzdręga! Wielka. Stare złoto z dodatkiem ciemnej zieleni i brązu. Do tego te krwisto-czerwone płetwy. Cudowna. Alf nadstawia podbierak. Przykładam miarkę; 39 cm długości i 20 cm szerokości. Waży chyba z kilogram, a może więcej. Mieni się barwami w słońcu, a my patrzymy się na nią jak urzeczeni. W końcu wraca do wody. Decydujemy się połowić jeszcze godzinkę, aby nie wracać po ciemku. Wyrzucam resztę zanęty. Trochę niewielkiego chlupotu. Przyjaciel ze śmiechem stwierdza, że następnym razem założy spławik. 

Mija kwadrans. Kilka grubych bąbli koło spławika. Nim pękł ostatni zaczyna się on wolno wynurzać. Centymetr po centymetrze jest go coraz więcej. Przypomina to zwolniony film. Apogeum. Wielkie klap na powierzchnię wody. Irracjonalnie wydaje się dziwne, że nie było słychać odgłosu tego upadku. Zacinam! Oj, to, co zasmakowało w mojej kukurydzy, to na pewno SZTUKA! Wolno odpływa w kierunku zachodzącego słońca. Mam wrażenie, że wędka trzaśnie, a żyłka pęknie jak nitka. Nic nie trzaska, nic nie pęka, tylko kołowrotek warczy zły na ciężar, któremu musi się przeciwstawić. Czy zwróciliście uwagę, że dźwięki hamulców różnią się jak dźwięki dzwoneczków? Na te fajne, i te nie fajne. Mój jest fajny. Dźwięczny. Ryba wpłynęła chyba w głębszy muł, bo trasę jej ucieczki znaczy szeroki pas bąbli, gdy szoruje brzuchem po dnie. Zastanawiam się, co powinienem zrobić? Na tym etapie, to chyba tylko „nasypać jej soli na ogon”, jak mówi porzekadło. Decyduję się jednak zwiększyć opór hamulca o jeden ząbek. Płetwal jest już ode mnie jakieś 50 metrów. Dobrze, że wybrał kurs na otwartą wodę, a nie w trzciny i podwodne krzaczyska. Oczami wyobraźni widzę w głębinie ogromnego karpia. Adrenalina wali w każdy nerw mojego ciała. To esencja wędkarstwa. Kto twierdzi inaczej, niech odda wędki i zacznie zbierać znaczki. W końcu ryba zaczyna wolno wytracać impet. Zwalnia. Jest jakieś 70 metrów od brzegu. Chciałbym, żeby właśnie tam straciła siłę. Pobudzam ją do agresywnych zachowań. 

Pojedynek z rybą trwa około już pół godziny. Gdzieś daleko na wodzie potężny wir i rozbryzg wody. Woda mieni się kolorami w świetle zachodzącego słońca. Za chwilę kolejny wir i następny. Przejmuję inicjatywę i zaczynam hol metodą pompowania. Mijają kolejne minuty, całe grupki minut. Ale doczekałem się. Ryba jest jakieś dziesięć metrów od brzegu. Wpatrujemy się obaj w ciemną wodę. Pokazał się stoper, a za chwilę spławik. Coś błysnęło złotem i znów odpłynęło w głębinę. Za moment jednak wróciło. Pod powierzchnią woda się burzy i nagle ryba wypływa. To nie karp, to ogromny lin. Lin marzenie każdego wędkarza. Gwiazdkowe marzenie. Cofam się z wędka od brzegu, a przyczajony Alf czeka, aż naprowadzę lina nad podbierak. Szybki ruch i jest nasz. Ledwo zmieścił się w podbieraku. Nie mamy czasu długo cieszyć się zdobyczą, bo słońce dotyka horyzontu. Szybko go mierzymy i ważymy. Lin ważył 5 kg 10 dkg, i mierzył 65 cm! Kładziemy go na wodzie. Malachitowy olbrzym na jasnym piasku tworzy niezapomniane wspomnienie, po kilku chwilach wolno odpływa. Gapimy się w miejsce gdzie zniknął chyba z minutę. Gdy piszę ten materiał, od przygody minęło kilka lat, nadal wszystko w mojej głowie jest tak wyraźne, że mogę odtworzyć ślady śluzu na rękach pozostawione przez olbrzyma. Nawet, za taki szczegół w pamięci kocham wędkowanie.

 


5
Oceń
(36 głosów)

 

Świat Wikingów - opinie i komentarze

damiano88damiano88
0
Piekne prosiaczki:) (2014-04-16 12:39)
WedkarstwomazowieckieWedkarstwomazowieckie
0
Co jak co ale jest pan moim ulubionym pisarzem w WW. Artykuł świetny jest co czytać,a o takich linach w polsce chyba nawet nie ma co marzyć,jak rekord polski to 4,5 kg (2014-04-16 14:07)
pawel75pawel75
0
Świetnie wszystko opisane, aż się zamyśliłem na dłuższą chwilkę po przeczytaniu i obejrzeniu tych okazów ! Rewelacja. Pozdrawiam ***** (2014-04-16 18:11)
Artur z KetrzynaArtur z Ketrzyna
0
O takich linach też było w Polsce mowa, mój największy miał 67 cm, teraz to trudno o 50 cm. I ciekaw jestem czy niedługo wogule będę łowił liny wymiarowe w swoim ulubionym łowisku linowym, nie za sprawą samych wędkarzy, ale za sprawą suma europejskiego zapuszczonego przez gospodarza wody.... Choć płocie takie 35cm, jeszcze się trafiają. No i nie wiem, czy moje ryby były takie chude, czy waga zepsuta. Choć kilo cukru ważyło kilo. Ale lin 67 cm raptem coś od 3 kg... (2014-04-16 18:49)
użytkownik168824użytkownik168824
0
Dobry wpis i oczywiście i gratulacje za złowienie takiego Lina.***** (2014-04-17 07:26)
nikodem12345678123nikodem12345678123
0
gratuluje lina***** (2014-04-17 20:18)
PanciOxDPanciOxD
0
Świetne ***** (2014-04-17 23:24)
piotr_bergerpiotr_berger
0
Mam nadzieję koledzy, że mój następny materiał, a właściwie cykl, który roboczo nazwałem "Ryby, a kolory" też się Wam spodoba. Dziękuję za oceny i czytanie mojego blogu. Napiszcie w komentarzach czy jest temat, który chcielibyście zobaczyć na moim blogu. Świątecznie wszystkich pozdrawiam. Aha, podpowiedzcie swoim paniom, aby do rybnej panierki dodały troszkę mielonej papryki. (2014-04-20 17:21)

skomentuj ten artykuł