Szczęście niepojęte czyli wędkarski fart

/ 6 komentarzy / 7 zdjęć


Kiedy wybierałem się dzisiaj na ryby, tak trochę z nudów, trochę po to, aby wyrzucić zło ze środka, aby zrobić miejsce i po to, aby przewietrzyć psa, nie spodziewałem się, że przeżyję tak wspaniałą przygodę. Ze szczęścia zawirowało mi w głowie i czuję w środku ciepło. Do tej pory mnie trzyma.

Tak z dziesięć lat, nie temu, ale przed stanem wojennym (?!) poszedłem do parku „na butelki”. Potrzebowałem pieniędzy, żeby odkupić sobie na najbliższym targu „czubek” leszczynowy, bo poprzedni połamał się, kiedy wciskałem swoją jedyną wędkę do piwnicy. Przy pierwszej ławce szurnąłem nogą po liściach i … omal nie zemdlałem! Odsłoniłem Kopernika, dziesięć złotych znaczy, czyli wielką miedzianą monetę. Rzadki widok. Jak dla mnie, oczywiście. Od razu usiadłem i rozejrzałem się wokół konspiracyjnie. Nikogo na szczęście nie było, więc udając, że sznuruję tenisówki schowałem znalezisko w skarpetę.

- O Boże, żeby tylko nikogo nie spotkać, toć to więcej niż potrzebuję: leszczynówka 3 złote, metr tęczówki (żyłki znaczy) w sportowym 1,40, to jeszcze ze dwa haczyki sobie kupię – zacząłem rachować. Wyrównałem oddech i ruszyłem nieśmiało. Za mniejsze pieniądze gitowcy zęby wybijali, a to właśnie ich rewir. Ta dycha, to przecież równowartość dziesięciu „winówek”. Nigdy w życiu tylu na raz nie znalazłem.

Zataczając się ze szczęścia omal nie potknąłem się o dropsy. Całe, nie napoczęte! Nadepnąłem na tutkę i chwilę tak postałem. O dziwo nikt nie pociągnął za nitkę, żeby ze mnie zadrwić i cukierki mi odebrać. Te schowałem już do kieszeni i skierowałem się w kierunku drugiej ławki. Usiadłem. 

- Co się dzieje? Czy ktoś mnie podpuszcza, bawi się mną? Przecież, to nie może być przypadek. Tyle szczęścia jednego dnia, to niepojęte - zagotowało się w mej nieobciążonej geniuszem czaszce.

Spuściłem wzrok i obserwowałem "spodełba" okolicę. Park był pusty. I cisza. Żadnych głosów, nawoływań, tylko świergolenie ptaków i bulgotanie w mojej głowie. To ganiały się myśli. Już miałem podnieść wzrok i uciekać ze skarbami do chałupy, kiedy zobaczyłem coś, czego zobaczyć już nie chciałem. Następny skarb! Tuż przy nodze ławki leżała piękna, połyskująca wszystkimi kolorami tęczy zapalniczka. Benzynówka. Widziałem kiedyś taką u jednego zagraniczniaka na ulicy. To było moje marzenie na dorosłe lata i jeszcze tatuaż na przedramieniu. Taka piękna, goła baba, jak u tego faceta. Z tatuażem, to byłby problem, bo co by rodzice powiedzieli, kiedy bym poszedł do więzienia? A tylko tam mogłem go zdobyć.

Delikatnie przesunąłem zapalniczkę nogą, żeby sprawdzić, czy nie ma przymocowanej nitki i …. zacisnąłem ją mocno w dłoni, tak do bólu i uciekłem w kierunku domu. Po drodze musiałem się zatrzymać, bo złapała mnie „kolka”. Przykucnąłem i wbiłem pięść w bolące miejsce. Pozycja wymusiła, że spojrzenie miałem skierowane pod rozłożysty krzaczor, a pod nim … ujrzałem „winówkę”. Podniosłem butelkę, a zza niej wyłonił się przepiękny scyzoryk …. Długo dochodziłem do siebie. Wystraszyłem się wtedy nie na żarty. Doświadczyłem przecież siły sprawczej marzeń, tak namacalnej!

Minęło wiele lat od tamtego dnia. Pomny niepojętego szczęścia, tak skumulowanego, stałem się w marzeniach ostrożniejszy. Cieszę się bardzo, że cieszę się z małych rzeczy. Jest fajnie. Jest bezpieczniej.
Po dotarciu na łowisko zakręciłem cygareta, wyodrębniłem odpowiednią przynętę i rozpocząłem metodyczne wyłuszczanie argumentów rybom, które mnie interesowały. Nie licząc zbytnio na szczęście postanowiłem, jak poprzednio w tym miejscu, że ilością rzutów wygeneruję sukces. Dwa tygodnie temu złapałem tu przecież wymizerowanego okonia. Jest więc okazja, aby się kunsztem wykazać i dopaść lepiej odkarmionego. 

Dopadły mnie znowu egzystencjalne myślówki: - Jesteś sam, więc nie dotknie cię instynkt stadny. Będziesz grał własnymi kartami, według własnych reguł, ale do k.rwy nędzy przełam wreszcie te stereotypy, własne stereotypy. Przecież trzeba kombinować, odkrywać, próbować. Myślałem, że będę twardy. Nie byłem. Nie byłem w stanie zrewolucjonizować dokumentnie swojego rozumowania. Pogmerałem w pudełku, pomajstrowałem przy wędce, odchudziłem i „uelastyczniłem” zestaw. Zamieniłem szpule. Rzuciłem w kierunku przeciwległego brzegu, w pas spokojnej wody. Z jednej i z drugiej strony płynęły bystrza i po kilku metrach łączyły się w jeden nurt.

- Gdybym był rybą, drapieżnikiem, to właśnie tu czatowałbym na swoje ofiary – pomyślałem przebiegle. Przynęta opadła. - Spoko. Nie podrywaj – musiałem powtarzać, aby nie zrobić tego odruchowo. Poleżało, i co? Dyg, dyg i zacięcie. „Feeling” pięknie podjął walkę, a ryba ruszyła w nurt, który był moim sprzymierzeńcem. – Niech sobie pohasa – pomyślałem, bo hol na tej wędeczce, to sama przyjemność.

Że okoń, to wiedziałem od początku i że spory, jak na mnie, ale dopiero, jak wyprowadziłem go z nurtu, z mojego sprzymierzeńca, znaczy i zaczął dygać już tak konkretnie, to zapragnąłem go chociaż zobaczyć. W wielkim skupieniu, tudzież podnieceniu podprowadziłem garbelana do brzegu i wziąłem do ręki. Piękny, konkretny i dobrze odkarmiony osobnik. Drugą ręką wyjąłem aparat i statyw z chlebaka i jedną (!) kończyną zmontowałem zestaw. Dostałem wypieków i poczułem błogie, wewnętrzne ciepło, a gęba wykrzywiła mi się w banana. Pstryk, pstryk i do wody. Kolejny rzut w to samo miejsce i powtórka. Podniósł z dna i kolejne dyganie, ale po chwili luz. 

- Nic nie szkodzi, bo i tak jestem przeszczęśliwy, takiego okonia dawno nie widziałem – mamrotałem do siebie wyrównując narastające tachypnoe. Modyfikowałem prowadzenie przynęty, bo wbiłem sobie do głowy uwagę wyczytaną na portalu: „okoń nie lubi jednostajności”. Kolejne rzuty dawały kolejne ryby: na przemian szczupaki i okonie, a moje wypieki przechodziły w pąsy, wewnętrzne ciepło w gorąco, oddech stale przyspieszał i poczułem początek hercklekotów. Zakręciło mi się w głowie.  

- Dosyć – pomyślałem, kiedy pompowałem przed wypuszczeniem wzdętą mamuśkę. 

- Muszę to zakończyć zanim mnie całkiem odetnie, bo przecież jeszcze jedna ryba i osunę się ze szczęścia (niepojętego) do wody i wezmę utonę – zreflektowałem się w porę. Przecież może mnie ktoś namierzyć i miejscówka pójdzie się j...ać, a tego bym chyba nie przeżył. A tak w ogóle, to rano idę do pracy i muszę dojść do siebie, żeby jakiegoś nieszczęścia nie narobić. Nie wiem, czy usnę, ale przynajmniej poleżę. Pomarzę, porozpamiętuję. Odgryzłem żyłkę powyżej przyponu, schowałem przynętę do kieszeni, żeby po drodze nikt nie podpatrzył i … chwiejnym krokiem ruszyłem do samochodu. Jak psy zatrzymają, to bankowo będę dmuchał.

Coś tam, w końcu zreformowałem. Odkryłem (tak dla siebie) elastyczny opad i balansowałem kolorami, co mi się rzadko zdarza. Prawie wcale, bo jak coś uwiążę, to staram się z tego wypracować kilera. Brań miałem, w sumie kilkanaście i w niecałą godzinę złapałem sześć okoni i trzy szczupaki.

Wszystkie wypuściłem. Szczęście niepojęte. 


wędkarskie opowieści

 


5
Oceń
(25 głosów)

 

Szczęście niepojęte czyli wędkarski fart - opinie i komentarze

PimikPimik
0
Tylko pozazdrościć. I tego przed laty i tego teraz szczęścia. Liczę że i do mnie się w końcu uśmiechnie choć w maju z garbusami powalczyłem w jeden dzień a i sandacz się zapiął;) (2014-12-18 17:37)
StachuStachu
0
Ameryki nie odkryję, kiedy powiem, że nad wodą trzeba bywać możliwie najczęściej. Jak w totku: nie wygra ten, który nie zagra. pozdro (2014-12-18 22:00)
vmaxervmaxer
0
Ot dokładnie, im częściej tym lepiej :) Większa szansa trafić na ten jeden jedyny dzień w roku kiedy rybki żrą wszystko co popadnie. (2014-12-18 22:19)
korczenskiskorczenskis
0
Fajnie się czytało, szczęście jest potrzebne :)Oby więcej takich szczęśliwych dni zarówno w życiu jak i nad wodą.Pozdrawiam (2014-12-20 09:37)
krisbeerkrisbeer
0
Czytając zastanawiałem się czy tekst opisuje fakty (są zdjęcia), czy jest też literacką wizją autora. Bardzo fajnie napisane. Masz chłopie :) rękę do pióra. pozdrawiam i oczywiście ***** (2014-12-20 17:41)
StachuStachu
0
Dzięki za miłe słowa. Opisałem najszczerszą prawdę i wszystkie te brania i hole przeżyłem w niecałą godzinę. Po niezbyt udanym sezonie, to dla mnie taki zastrzyk optymizmu na nadchodzący rok. Wam też życzę wielu "nieobliczalnych" i szczęśliwych wypadów, w naszych ogólnie bezrybnych czasach. pozdrawiam (2014-12-20 18:57)

skomentuj ten artykuł