Szczupakowe eldorado
Mirosław Klimczak (Zander51)
2012-04-14
Od czego by tu zacząć....Łowię długo na Łynie. Może już ponad 35 lat. Z przerwami oczywiście. Często wracam pamięcią do pięknych chwil, niezapomnianych emocji, które towarzyszyły mojej wędkarskiej edukacji. Kiedy spotkamy się w gronie kolegów nad wodą wracamy pamięcią do tamtych wspomnień, niezapomnianych potyczek z wielkimi rybami, czy rewelacyjnymi połowami. A trzeba wiedzieć, że 20 lat temu sprzętu wędkarskiego praktycznie nie było w sklepach. Jako pierwszy łowiłem gumkami, bo nie miałem innego wyjścia...No i ciekawość nowej przynęty. Były to 7-9 cm twisterki Manns, ale główki do nich były zdecydowanie za lekkie. Łyna na odcinku przygranicznym jest dosyć głęboka. Są doły do 8 m i uciąg wody spory. Z konieczności łowiłem w pasie przy brzegowym nieduże szczupaki. Z zazdrością patrzyłem na wyniki kolegów łowiących na klepane przez siebie blachy. Były duże i ciężkie ( na wzór Algi i Gnoma ) i swobodnie penetrowały okolice dna rzeki. No i łowili koledzy ładne szczupaki. Siadały też piękne okonie. Mnie udało się złowić szczupaka 3,20 kg na wiśniowego twisterka na główce 6g i uważałem go za sporą zdobycz. Tym bardziej, że stosowałem żyłkę 0,18 mm o wytrzymałości zbliżonej do 2,5 - 3 kg .
Początek lat 90-tych przyniósł nie tylko zmiany polityczne w naszym kraju. Bardzo istotne dla naszego społeczeństwa oczywiście. I dla nas wędkarzy nastały lepsze czasy. Otworzyły się granice, zachodnie akcesoria wędkarskie i sprzęt stał się dla wędkarzy dostępny. Oczywiście nie był to sprzęt tani, ale już był do kupienia w sklepach a nie tylko w Pewexie za bony. My z racji bliskości i otwarcia granicy z Rosją dostaliśmy możliwość zaopatrywania się w ich akcesoria . Oczywiście ich jakość nie równała się z wyrobami zachodnimi , czy choćby naszymi. Ale blachy były dostępne w dużych ilościach i były śmiesznie tanie. A mormyszki czy świdry do lodu były wtedy dostępne tylko w Kaliningradzie, albo u nas na bazarze w Bartoszycach. A poziom rosyjskiego wędkarstwa podlodowego był doceniany w całym świecie.
I tak w naszych torbach wędkarskich pojawiły się już nie tylko twisterki, ale także i rosyjskie błystki wahadłowe i zachodnie obrotówki ( Meppsy i Effzety ). Obrotówkami lubiłem łowić szczególnie. Fascynowała mnie ich kolorystyka, różnorodność no i efekty. Dochodziły do dna i pracowały dużo lepiej i efektywniej od twisterków na lekkich główkach. Skuteczne też były na jeziorowe okonie. Szczególnie Mepps Aglia 1,2 (srebrna paletka w niebieskie kropki ). Ale jak to przynęty 'lubiły' się zaczepiać w konarach zatopionych drzew i szanse ich odczepienia były zerowe. To było niestety kosztowne wędkowanie .
Niemieckie Effzety, które pojawiły się w sklepach były tańsze od Meppsów i ratowały moją kieszeń. Testowałem ich wielkości i wzory, ich pracę. Uczyłem się je prowadzić, nimi łowić. Koledzy z uśmiechem kwitowali moje próby łowienia obrotówkami. Wszak były dużo lżejsze od wahadłówek i w dość silnym prądzie szybko unosiły się znad dna. Ale doczekałem się. Doczekałem się takiego dnia, który będę pamiętał do końca życia...
To niezwykłe miejsce na naszej rzece. Dostępne tylko nielicznym , którzy odważyli się tam dopłynąć. To miejsce to granica państwa. Kiedyś , w czasach dosyć odległych, ale nie aż tak bym tego nie pamiętał i gdy nasz północny sąsiad był nam 'bratem i sojusznikiem', często przekraczaliśmy pas wyciętej zieleni. Najodważniejsi pływali aż do wiszącego mostu. I nigdy nie spotkały nas nieprzyjemności ze strony pilnujących swojej granicy Rosjan.
Często zapraszali na brzeg, mówili ,,drug, dawaj pakurim, pagawalim...”. Ale ja albo to nie miałem papierosów za dużo, albo nie pamiętałem już dobrze tego języka.... w każdym razie na brzeg nie wychodziłem. Za to ile sił w rękach machałem wiosłami , by być tam jak najszybciej. Dobrą godzinę trzeba było płynąć. Jednak albo to nie zdążyłem na poranne żerowanie o wschodzie słońca, albo to tak opadałem z sił po dopłynięciu na miejsce, że nie chciało mi się już machać spinningiem. Potem zostawałem na nocne leszcze i sandacze na martwą rybkę , by być na łowisku skoro świt. Bo płynięcie ciemną nocą ponad godzinę nie było najprzyjemniejszym zajęciem.
Dlaczego to miejsce tak mnie ciągnęło ?. Ano chyba dlatego, że sądziłem iż drapieżniki z ,,tamtej ’’ strony nie znają naszych przynęt , lepiej na nie będą reagować i są mniej pokłute. Bo po tamtej stronie praktycznie nikt nie łowił. Ale teraz myślę, że to wyobraźnia pchała mnie w tamte okolice. Tuż za pasem granicznym, na zakręcie rzeki obsunął się bardzo stromy brzeg i kilka potężnych drzew wpadło do wody. Woda tam głęboka na 7-8 m. Kapitalne miejsce na siedlisko potężnych drapieżników. I wyobraźnia podpowiadała mi, że tam jest moja ryba życia... Dlatego mimo wrodzonej ostrożności pływałem tam z kolegami. Najwięcej szczupaków łowili bracia Zbyszek i Mirek Sz. Eksperymentowali z gumkami, kupowali ich duże ilości i rywalizowali między sobą.
Któregoś razu popłynąłem za nimi. Byli już po ,,tamtej ’’stronie. Z daleka Zbyszek krzyknął, że szczupak bierze jak głupi. Biczowałem wodę z pół godziny i nawet puknięcia nie miałem. Zmieniałem obrotówki na gumki, gumki na wahadłówki i nic. Tylko słyszałem jak Zbyszek z Mirkiem głośno wyliczają bilans tego sezonu; 125 ,121,126,122...Zrezygnowany zacumowałem na środku rzeki przy wystającej z wody gałęzi. To potężne drzewo ( jak widać na fotce ) leży tam do dziś... Byłem zmęczony psychicznie i fizycznie. Ze złości chciałem ugryźć wiosło...
Założyłem na hak krąpia. Był dużo za duży na żywca, ale co tam i tak pewnie nic dzisiaj nie dane mi jest złowić. Po 5 min spławik ożywił się. Zataczał kółka, chował się pod wodę i wypływał na powierzchnię. Wkrótce zniknął na dobre. Pomyślałem, że zaraz wypłynie i ledwie żywy krąp odzyska wolność, ale spławik ciągle tkwił pod wodą. Naprężyłem żyłkę i delikatnie pociągnąłem do siebie. Odpowiedzą było mocne targnięcie wędką. A więc nie jest to mały szczupak i nadal trzyma krąpia w pysku. Trzeba było cierpliwie czekać. Ale mnie można było wszystko zarzucić , ale nie to , że byłem wtedy cierpliwy.....
Nie wytrzymałem tego napięcia i zaciąłem mocno... Poczułem taki opór jakbym o pień drzewa zahaczył. Żyłka gwałtownie uciekała ze szpuli. Dokręciłem hamulec na ,,maksa’’, bo drapieżnik parł prosto w podwodne zawady. I nagle luz... spławik wypłynął. Obejrzałem krąpia. Tuż za głową miał dziurę, jakby ją ktoś papierosem wypalił. Łuski miał prawie nie naruszone. To musiała być potężna ryba. Widocznie to nie był mój dzień i jakoś ta kolejna porażka z rybą nie zrobiła na mnie przygnębiającego wrażenia. Wiedziałem już, że mam po co tu płynąć, że wynik naszej konfrontacji jeszcze nie rozstrzygnięty. Dopóki błystka w wodzie...
Okazja do rewanżu nadarzyła się po kilku dniach . Kolejna nocna zasiadka była przeciętnie udana, ale brania zaczęły się skoro świt nastał. Brania płoci i krąpi na tyle zaabsorbowały moją uwagę, że nie dałem się namówić Zbyszkowi i Markowi K. na wycieczkę zagraniczną.
Było już koło południa. Nie wytrzymałem tego siedzenia w jednym miejscu. Koledzy nie wracali. Z ciekawości raczej chciałem zobaczyć jak im idzie, bo po nieprzespanej nocy i straconym czasie na mało atrakcyjnej zabawie z drobnicą postanowiłem wracać do domu. Dopłynąłem do Zbyszka. Miał 4 kg szczupaka złowionego na żywca i masę brań na twistery, ale nic nie mógł przyciąć.
Pomyślałem...być w Rzymie i nie zobaczyć papieża... Pół godzinki rzutów i do domu. Stanąłem łodzią jak poprzednio na środku rzeki. Założyłem obrotówkę Black Furry nr 3. Rzuciłem w górę rzeki, pod łódkę Zbyszka. Gdy błystka podnosiła się od dna tuż przy mojej łodzi nastąpił atak . Po krótkiej walce szczupak 4,20 kg ląduje w dużym, swojskiej roboty podbieraku. Zmęczenie zniknęło momentalnie. Drugi rzut i w tym samym momencie, gdy podnosiłem błystkę z dna nastąpił kolejny atak. Ale tym razem ryba jak torpeda ruszyła w górę rzeki. Poluzowałem hamulec. Szła w dobrym kierunku, więc nie chciałem, żeby zmieniła swego planu ucieczki.
Miałem słońce prosto w oczy i nie bardzo kontrolowałem sytuację. Słyszałem tylko, jak Zbyszek kieruje holem ryby ,, przytrzymaj go, nie puszczaj w lewo, bo tam drzewo....’’. Po kilku minutach wypłynęła na powierzchnię. Marek stał w sitowiu, miał słońce za plecami. Nagle krzyknął, że ta bestia ma ogon jak pióro wiosła Zbyszka.
A Zbyszek miał pióro wiosła nie mniejsze od piekarskiej tacy do wyciągania chleba z pieca. Szczupak słabnął. Zwycięstwo było blisko. Pompowałem go i już powoli się poddawał. Jeszcze tylko minąć ostatnie zatopione drzewo.... Niestety, resztkami sił odjechał mi w te konary. Nie dokręciłem hamulca... Zamiast ryby życia i wielce łownej obrotówki , wyciągnąłem kłąb grubej żyłki z płaską błystką wahadłową.....ruską błystką wahadłową.....