Szkieletor


    Na ostatnie w sezonie zawody i prawdopodobne zakończenie tegorocznej rywalizacji wybraliśmy żwirownię Gnojno - spinning z brzegu z możliwością brodzenia. Spotkanie ustaliliśmy na 7:00 w niedzielę 19-go listopada. Mamy jeszcze w harmonogramie grudniowe łapanie z lodu, ale doskonale zdajemy sobie  sprawę, że to wielka niewiadoma. Klimat zmienia się na naszych oczach i wymaganych warunków pogodowych nie możemy być pewni.
Druga połowa listopada, to czas na zbilansowanie kolejnego półrocza i przyjrzenie się osiągnięciom dobrej, dojnej zmiany. Z demokracji przechodzimy już bardzo wyraźnie w demokraturę. Nowy, jedynie słuszny układ umacnia się coraz bardziej i za nic ma protesty społeczeństwa. Podporządkowali sobie policję i nimi się wysługują. Niewdzięcznicy, kanalie, komuniści i złodzieje niewiele już mogą. Są kneblowani. Coraz wyraźniej już widać, jak władza deprawuje: nepotyzm i kolesiostwo sięgają granic niewyobrażalnych. Bujający w obłokach superwicepremier wybiera się w kosmos. (…??!!).
     Minąłem Pułtusk i po paru kilometrach zjechałem na Gnojno. Za kościołem skręciłem w prawo i już byłem na miejscu zbiórki. Wyszło półtorej godziny nie nerwowej jazdy. Stało tu już parę samochodów od nas i kilka obcych pojazdów z przyczepkami na łódki. Przywitałem się z kolegami i rozejrzałem po wodzie. Cztery łódki, ponton i mały rib. Za chwilę dojechały jeszcze dwa samochody z łódkami. Takie zgrupowanie miejscowych zwiastowało dobre brania. To tak, jak lata temu pod zaporą na Dębe z miętusami - jak brzeg był obstawiony tak, że miałeś problem z wciśnięciem się z podpórką do gruntówki, to brały, jak szalone, a jak było pusto, to wcale nie brały. Wszyscy byli zgodni, że łatwo nie będzie, bo stan wody jest bardzo wysoki i przez to ciężko się będzie do ryb dobrać. Ja, zdania na ten temat nie miałem, bo bywam tu rzadko, a tak naprawdę, to jestem po raz trzeci, z czego dwa poprzednie byłem na lodzie. Z pewnością łatwiej będzie tym z łódek, chociaż, na wodzie bardziej piździ. Moje obawy skupiały się bardziej na stanie pogody, a nie wody. Przenikająca wilgoć i duże zachmurzenie nie pozwalały mi na optymistyczne podejście do tematu. Zabrałem spodniobuty, zestaw polarków i pelerynkę przeciwdeszczową, bo wiem doskonale, że jak nie ma komfortu termicznego, to satysfakcja jest wątpliwa. Zresztą, nigdy tu nic nie złapałem i jakoś mnie ten zbiornik nie przekonuje. Znielubiłem Gnojno, zanim poznałem. Po trosze z zazdrości, po trosze z niemocy. Myślę, że przez tych wyżeraczy okazowych okoni,  którzy wyłapują je bez opamiętania z pierwszego lodu. Całymi wiadrami…
    Koniec czerwca i kolejne starcia KODu z bojówkami pryszczatych małolatów z legionów brunatnych koszul, a my spokojnie szykujemy się do mistrzostw koła w wędkarstwie gruntowym. Ni to pseudokibice, ni to narodowcy, którzy za przyzwoleniem, żeby nie powiedzieć z pomocą policji demolują witryny sklepowe wymachując poświęconymi na Jasnej Górze maczetami i transparentami z niepokojącymi normalnych ludzi hasłami.  
„Dziku”, nasz kołowy wymyślacz łowisk skierował nas tym razem trasą S8 w kierunku wschodnim. Niedaleko Długosiodła, w gminie Brańszczyk znajduje się otoczone lasami przeogromne łowisko specjalne Jegiel. Nawet na tych, którzy nie są zwolennikami komercyjnego wędkowania robi ono duże wrażenie: stuhektarowy zespół stawów osadzony w puszczy, towarzystwo ptaków i innych zwierząt, wielka przyrodnicza przestrzeń i wszechobecna cisza.
Pięknie, to było do czasu losowania stanowisk. Kiedy ruszyliśmy samochodami po grząskiej łące na wyznaczone pozycje, to nagle zagrzmiało, błysnęło i się zaczęło. Chmura, która zawisła nad nami wzięła i się urwała. Wiatru nie było, więc nie było jej, komu przepchnąć, a i nadzieje, że tak intensywny opad nie może trwać długo, z każdą godziną się rozwiewały. Szkoda, że nie ta cholerna, monstrualna chmura.
„ Piasek odpycha, a woda wodę przyciąga” – sprawdziło się stare indiańskie porzekadło. Masz tu swoje 100 hektarów!
Żaden z nas nie chciał wyjść przed kolegami na mięczaka, więc w strugach bardzo intensywnego deszczu zaczęliśmy wypakowywać klamoty i zbroić zestawy. Sięgnąłem do schowka nad kołem zapasowym, gdzie trzymam niebieskie zawiniątko z zestawem przeciwdeszczowym, tzn.: pelerynkę i gumowane spodnie z demobilu. Dupa. W zawiniątku znalazłem tylko zapasowy kocyk dla moich pupili. Też się przydał, bo owinąłem nim drżącą z zimna Bolę i zaniosłem do samochodu. Leon był twardy. Otrzepał sierść z wody i sam, po dobroci wskoczył do wozu. Przytulił się do rozdygotanej siostry. Z ich spojrzeń wyczytałem pytanie:
- Długo jeszcze? Kiedy pojedziemy do domu?
Byłem zgodny. To skrajna głupota i żadna atrakcja przemykać tak po kałużach i chować się przed ulewą. Przecież można sobie poleżeć w domu, w ciepełku i przez drzwi balkonowe poobserwować deszczową nawałnicę. Taka pogoda, to przecież uspokaja i pomaga zasnąć.
Że nie pośpię, to wiedziałem, bo zawody potrwają przecież do jutra, do południa.
Za siedzeniem pasażera, gdzie zawsze stoją gumowce, zastałem pustkę. Nie szkodzi, przecież czas spędzony na rybach wlicza się do niezapomnianych emocji. A druga prawda jest taka, że jak czujesz się dobrze, to czynisz dobrze. Chociaż było ciężko, to wmawiałem sobie, że jestem w komforcie i będzie dobrze.
Nic tak nie cieszy, jak nieszczęście sąsiada, więc widok Michała ze stanowiska obok, w rybaczkach, laczkach i z krótkim rękawkiem podniósł mnie bardzo na duchu. Tym bardziej, że samochód, który go dowiózł na miejsce oddalił się i zaparkował kilkadziesiąt metrów dalej. Bez czapki, której daszek osłoniłby, chociaż chłopakowi oczy przed deszczem, jedynie z plecaczkiem, podpórką do wędki i teleskopikiem stał tak biedny młodzian i rozglądał się wkoło, uświadamiając sobie groteskowość i beznadzieję sytuacji, w którą się raczył wpakować, decydując się na tę wyprawę. Mokro, zimno i do domu daleko. Koszmar. W takim położeniu można przecież odkryć nowe stany świadomości i pożyć biowitalnie, w bliskości z naturą. To prawdziwy, męski świat.
Przepełniony współczuciem wziąłem się za zbrojenie zestawów. Postanowiłem po raz pierwszy spróbować metodą „na metodę”. Sąsiad po prawej, Marek, też montował taki patent, bo nasłuchał się od syna Patryka o jego skuteczności. Że nie jest to takie proste, to przekonaliśmy się szybko, bo do foremki, to trzeba napakować towaru o odpowiedniej konsystencji. Za rzadki, źle i za gęsty, to też niedobrze. Z normalną sprężyną szło mi o wiele lepiej. Zarzuciłem w końcu wędkę możliwie najdalej, bo nasłuchałem się, że te największe, to chodzą daleko i usiadłem wreszcie pod klapą mojego kombi, żeby zebrać myśli i dostosować strategię do warunków. Bo, przecież jak zwykle muszę towarzystwo ograć. W założeniach i teoretycznie. A zresztą, grunt, to przecież najprostsza metoda, więc nawet taki nielot, jak ja sobie poradzi. Siedziałem tak i główkowałem, aż tu nagle poczułem mokro w gaciach. Podnoszę się i patrzę, a tu, cała woda z dachu i klapy znalazła sobie wejście, i trochę po uszczelce, trochę po podsufitce pakowała mi się do mojego azylu. Futrzaki, na których leżały dzieciaki ociekają już wodą, niczym niewyżęta gąbka. Powyciągałem wszystkie mokre, czyli wszystkie bambetle na zewnątrz, przekierowałem szczęśliwie odpływ deszczówki i cierpliwie czekałem do zapadnięcia zmroku. Było jeszcze trochę przede mną, bo to przecież 1 lipiec, środek lata. Postanowiłem, że pod osłoną nocy dam najnormalniej w świecie dyla. Naściemniam potem o jakimś ważnym telefonie i już.
Z realizmu przygnębienia wyciągnęła mnie dynamika sytuacji. Kiedy już głęboko w dupie miałem sprawdzanie przynęty i uzupełnianie zanęty na sprężynie, zagadał sygnalizator. Doleciałem do wędki, zaciąłem i skostniałymi członkami zacząłem przetwarzać nieskoordynowane ruchy poszczególnych części drętwego ciała na ruch obrotowy korby kołowrotka, bez pompowania, by wyholować przechytrzoną (?!) rybę. Udało się! Wylądowałem wzdętego karasia, zapakowałem go do siatki i przez chwilę poczułem się dobrze. Znaczy komfortowo, chociaż do komfortu termicznego dużo brakowało. Szybko zarzuciłem wędkę ponownie, bo czułem, że na powrót kostnieję i za chwilę nie dałbym rady.
Zagoniłem do samochodu towarzystwo, które bardzo dobrze zna dźwięk sygnalizatora i za mną poleciało zacinać rybę, wsunąłem się pomiędzy mokre i drżące futra, żeby się wzajemnie ogrzać. Dla Michała miejsca zabrakło. Zresztą, on chyba nie przepada za psim towarzystwem. Doskonale wiem, że nadmiar refleksji szkodzi, a wątpliwość może być tak silna, jak pewność. Przed przybyciem nad wodę można wiele rzeczy zaplanować, ale resztę, to już trzeba przeżyć. Zdrzemnąłem się. We śnie słyszałem jakąś bieganinę, tupanie, krzyki, plusk wody … Jak przy pożarze. Po przebudzeniu okazało się, jak wiele mnie ominęło. Otóż, mokry, zziębnięty i zdesperowany Michał wygrzebał z plecaczka jakąś starą kulkę proteinową na gotowym przyponie i na odpierdol, a raczej na alibi, że coś zrobił, uwiesił ją na zestawie i poszedł do chłopaków, którzy mieli zadaszenie, żeby się zagrzać. Od środka. Biesiadę przerwało im donośne piszczenie oznajmiające branie. Na przełaj, po zestawach, po wiadrach z zanętą, ale w porę dopadł do wędki i po długim holu, nieoszczędzającym zarzuconych zestawów sąsiadów wyciągnął prawie ośmiokilowego karpia. Zuch! Należało mu się. Zagarnął dwa puchary: dla zwycięzcy i za największą rybę.
Prezes, jako drugi miał ponad 5,5 kilo pomniejszych, Gienio Świątkowski 5 kilo z małym haczykiem, Tomek Kosiński 3820, Zbychu Szcześniak 3790, a szósty, Michał Dąbrowski – 3590 punktów. Ja dołapałem jeszcze po przebudzeniu dwa karasie i miałem w sumie 1270 g. Tyle samo, co Boguś Różycki i wylądowaliśmy wspólnie na 12-tej pozycji. Zawsze to jakieś punkty do gpx. Później okaże się, jak one są ważne. Dla przypomnienia: zwycięzca 15, drugi 14 itd., aż do wyczerpania.
Sierpień. Zmęczeni upałami i osłabieni żenującą, wręcz ośmieszającą nas w świecie „polityką zagraniczną”, dosłownie w przeddzień posłania naszych dzieci do „zreformatołowanej” szkoły, w czterdziestu chłopa + jedna Baba Jaga spotkaliśmy się na Zegrzu w wiadomym celu. Będziemy celebrowali kolejną już edycję Pucharu Burmistrza Ursynowa. Spinning z łodzi. Po wylosowaniu łódek i dobraniu się w pary, rozpłynęliśmy się po całym praktycznie zbiorniku od mostu do tamy w poszukiwaniu drapieżników.
Jedni odwiedzali znane tylko sobie zasobne miejscówki, a inni poszli na żywioł i macali napotykane ciekawe ich zdaniem obiecujące rejony. Łatwo nie było, bo zarówno jedne i drugie potencjalne lokalizacje, nie ujawniały chętnych do żerowania zegrzyńskich drapieżców. Słowem, mizeria. Albo się trzeba było wykazać determinacją i w jednym miejscu kombinować kolorami, by na troka skusić zmanierowane okonie, albo przemierzając jezioro liczyć na spotkanie chętnego do brania. Choćby jednego. Byli i tacy, którzy próbowali złapać szczupaka, czy sandacza, ale na próbach się tylko kończyło.
Po sześciu godzinach spłynęliśmy do portu po liczne trofea i nagrody ufundowane przez Burmistrza i głównego sponsora – firmę „Spinnwal”. Nie każdy coś dostał, bo w tej całej mizerii, to śladowy okoń był wydarzeniem i powodem do chwały. Także zazdrości. Pewny, to był tylko obiadek w sąsiednim ośrodku, bo talony otrzymaliśmy już z kluczami do łódek.
Mizeria, mizerią, ale zwycięzców wyłonić trzeba. Dwaj kozacy: Artur Gagatek i Gienio Świątkowski odnaleźli się w tych trudnych warunkach i przedstawili sędziom Rysiowi i Jurkowi, odpowiednio 7 i 5 wymiarowych okoni. Trzeci puchar zawinął Piotrek Grzelak, nasz były przyjaciel. Było jeszcze dwoje z trzema (Baba Jaga i ja), niewielu z dwoma i kilku z pojedynczymi okoniami.   
    Drapieżny kapitalizm importowany z Zachodu, którym się tak zachłystujemy, a widoczny wszędzie: na ulicach, w Internecie, flancowanych świętach, w telewizji, bo już nie ma nic naszego, tylko te przedruki z Ameryki, od księdza Mateusza (ten akurat jest z Włoch) i komisarza Alexa począwszy, poprzez śpiewające i gotujące „gwiazdy” i przemądrzałe, szkolone małpeczki (czytaj genialne małolaty), różnej maści teleturnieje, koła fortuny i inne dyrdymały, a na wyciskaczach łez, typu „Dlaczego, ja?” kończąc. + Seriale dla każdej już praktycznie grupy zawodowej. Parlamentarzystów mamy nawet na żywo. Do tego wszechobecny nepotyzm, kolesiostwo i znieczulica ogólna. Wszystko to wypaczyło naszą narodową i ludzką dobroć. Nie dziwne, że Naczelnik Państwa i jego gwardia walczą o naszą, polską tożsamość.
Odrywamy się od tego wszystkiego i w piątek 22 września wyjeżdżamy nad Ublik, gdzie przez dwa dni będziemy się relaksować nad wodą we własnym gronie. Bez telewizji, polityki i całej tej toksycznej rzeczywistości. W zdrowej, uczciwej, przyjacielskiej rywalizacji będziemy poławiali ryby. Przynajmniej spróbujemy coś złapać. Nie wiedzieć, czemu, to większość wędkarzy i to tych początkujących rzuca się zrazu do spinningu. To prawdopodobnie tłumaczy niskie pogłowie drapieżnika w naszych wodach. Przecież nie są temu winne kontrolowane odłowy sieciami. (?!) Zaczęliśmy i my w sobotę od spinningu. Znamy to jezioro bardzo dobrze, bo przyjeżdżamy tu od lat i wydawałoby się, że nie ma ono już dla nas tajemnic. Jednak wielką tajemnicą dla mnie są duże ilości około wymiarowych szczupaków, które nie dorastają (a może nie dożywają?) kolejnego sezonu. Za głupi jestem, aby takie dylematy rozstrzygać, więc porzucając myślówki oddałem się biczowaniu wody.    
  Słabo mi to wychodziło, chociaż pracowałem uczciwie zmieniając miejsca i przynęty. Żeby nie wkręcać się zbytnio w jakieś dywagacje i kombinacje, poddawałem się instynktowi, próbowałem coś podejrzeć, ale bez efektów. Kontaktu nie uzyskiwałem. Jedyny, jaki miałem, to kontakt wzrokowy z Ryśkiem Olbrychowskim, który na moich oczach podbierał wymiarowego szczupaka. Drugiego zębatego przywiozła prezesowa, Justyna - kołowa Baba Jaga. Sześć okoni podzielili pomiędzy siebie: Michał Dąbrowski, Marcin Milczarski i Janusz Żukowski. Mizernie. Ale nie po to tu przyjeżdżamy, żeby się smucić, tylko relaksować z wędką w garści.
W niedzielę było zdecydowanie lepiej, bo przywieźliśmy sędziemu sporo białorybu. Paweł Falkowski złapał ponad 10 kg ryb i miał w siatce leszcze, jakich dawno nie widziałem. Michał Dąbrowski, jego towarzysz z łódki miał prawie 7 kilo. Trzeci – Maciek Widłak 3,3 kg. Za Maćkiem byli kolejno: Darek Kmiołek, Marcin Milczarski (zauważyliście, jak często przewija się to nazwisko?), Boguś Różycki, Piotrek Grycan, Andrzej Stencel, Jacek Patrzykowski i Waldek Tadrzak. Załapałem i ja z wyjazdu 2 punkciki do rocznego rankingu.
    Nie minął tydzień i spotkaliśmy się ponownie. Tym razem, to spinning z łódki, na Zegrzu. Miesiąc po zawodach o Puchar Burmistrza, a jakże inna rzeczywistość. Miejsca, gdzie coś się działo, całkiem jałowe. Tylko ja, ze Zbyszkiem, kompanem z łódki przestaliśmy regulaminowy czas w jednym miejscu, przestawiając się tylko nieznacznie. Wypracowaliśmy cierpliwie 3 okonie do podziału. Zawsze to jakieś punkty do rocznego bilansu. Zawody zdominowali prezes i Marcin, oczywiście Milczarski! Znaleźli, skurczybyki pokaźne stado okoni i je przetrzebili. Prezes złapał 17, a Miler 16. Za nimi, ale już z wynikami jednocyfrowymi uplasowali się: Artur Gagatek, Piotrek Grycan, Tadek Wołczyński i Darek Kmiołek.
    W październiku kotłowało się w kraju, jak w diabelskim kotle. Każdy dzień przynosił coraz to nowe, sensacyjne wiadomości o aroganckich i wręcz bezczelnych zachowaniach rządzących tupeciarzy. Tak się już rozpasali, że we wciskaniu hołocie ciemnoty, tłumaczonej w obraźliwy sposób, przechodzili samych siebie. A to wielka sztuka zaskoczyć czymś nowym zszokowane już pospólstwo.
My, żeby tego nie oglądać śmignęliśmy do Darłowa, by rozegrać dwudniowe zawody towarzyskie w wędkarstwie morskim. Pogodę, deszcz i bujanie jakoś znieśliśmy i z rybami było też nie najgorzej. Wygrał Darek Stefanek, przed Marcinem Milczarskim i Marcinem Kobusem. Dyplomy dostali też: Grzesiek Basiak, Piotrek Cwaliński i Darek Kotela. Było to dokładnie przed miesiącem. Jak wynika z zestawienia terminów, to sporo się u nas w kole dzieje. Ja, chociaż nie chodzę, na co dzień w garniturze i nie należę do tych, co kopią samochód po rurze wydechowej, kiedy chcą otworzyć bagażnik, to jestem na wszystkich naszych wędkarskich spotkaniach. Dzisiaj też, wszystkie oszczędności ulokowałem w zbiorniku paliwa. Pojawiła się, bowiem szansa, że w tej sztormowej od dłuższego czasu zawierusze, pojawi się być może okienko pogodowe, które pozwoli na odbycie chociażby jednego rejsu z Darłowa. Na najbliższy weekend zaplanowane mamy okręgowe zawody w wędkarstwie morskim. Dwie stówki pożyczę i pojadę. A jak! Nie po to człowiek ciężko pracuje, żeby sobie takich przyjemności odmawiać. Podobno zwykli szlabanowi w harcerskiej armii Antona mają po 3 tysie podstawy + liczne, udziwnione dodatki. Ja, od pięciu lat mam 2200 za nieporównywalnie cięższą pracę i jakoś mi starcza. Ale, przecież : „… nie matura, lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera”.  
    (…) Omówiliśmy regulamin, także ustaliliśmy głębokość brodzenia: 10 cm powyżej kolan, ale nie wyżej, niż 20 cm poniżej torby (?!). Dobrze, że zimno, to torbę zassało …
Nigdy tu nic nie złapałem. Za drugim podejściem, na lodzie, miałem spotkanie ze szczupakiem, który zeżarł mi nieodżałowaną blaszkę podarowaną przez Gienia.
Nie wiedzieć czemu, zawsze ciągnie człowieka gdzieś daleko, na drugi brzeg, jakby nie mógł zacząć obławiania normalnie, od początku. Zobaczyłem, że Boguś ze Zbyszkiem pakują się do samochodu, więc poprosiłem o podwózkę. Obraliśmy azymut na wysoką, zalesioną skarpę i szorując podwoziem po nadnarwiańskich wydmach przedzieraliśmy się przez krzaki. Kilka razy byliśmy bliscy ugrzęźnięcia w głębokich, wypełnionych wodą koleinach. Po dotarciu na miejsce okazało się, że to chyba najlepszy punkt widokowy w tej okolicy. Widzieliśmy wszystkie łódki i większość wędkarzy nad brzegiem żwirowni. Kiedy zeszliśmy nad wodę i rozłożyliśmy sprzęt, to okazało się, że już za parę minut będziemy mogli zaczynać.
Wykonałem parę rzutów w towarzystwie chłopaków, coś tam pogmerałem, coś urwałem, Nie. Za blisko! Zebrałem pindle i oddaliłem się. Poszedłem jeszcze dalej, w kierunku Narwi.
Pelerynka była bezpiecznikiem wyznaczającym regulaminową głębokość zanurzenia – sięgała dokładnie do zassanej torby. Napotkany kolega z koła – Piotrek ostrzegł mnie przed drutami kolczastymi, na które mogłem się nadziać prąc silnie zmotywowany w kierunku rzeki. Rzeczywiście, musiałem kilkakrotnie podpierać się sztycą od podbieraka, kiedy brałem nożycami stare ogrodzenia na zalanych pastwiskach.
Kiedy dotarłem możliwie blisko otwartej, obiecującej wody, to parę rzutów 3 gramową główką na ultra cienkiej, japońskiej plecionce (a jak ?!) wystarczyło mi, żeby ochłonąć i zbierać się do odwrotu na bardziej stabilny, tudzież bezpieczniejszy brzeg. Poszedłem dookoła, przez las. Nad wodą spotkałem Marcina, oczywiście Milczarskiego z jednym okoniem i prezesa. O kiju. Wykonałem kolejnych parę rzutów zmodyfikowanym zestawem, by podjąć decyzję o całkowitym odwrocie, na pierwszą miejscówkę. Ta, była już zajęta, więc cofałem się dalej, aż dotarłem do całkiem sporej grupki kolegów. Ci, bardziej niż na wędkowaniu skupiali się na termosach i towarzyskich pogawędkach. Jeden z nich, Michał był szczęśliwym pogromcą dwóch wymiarowych okoni. Postałem tu przez chwilę lustrując okolicę. Instynktownie namierzyłem wymarzoną, wielce obiecującą miejscóweczkę dla siebie. To niewielki cypelek przed spokojną zatoczką, z wydeptaną ścieżką i śladami bytowania wędkarzy. W trawie leżało kilka kupek rybiej łuski – znaczy miejsce rokujące. Stanąłem plecami do oddalonych o kilkadziesiąt metrów kolegów i poczułem podmuchy wiatru na plecach. Idealnie. Wieje w kierunku rzutu. Czegoś takiego szukałem. Pogrzebałem w chlebaczku i namierzyłem solidniejszą główeczkę. Uwiązałem, nadziałem nań dwuogonowca w tajnym kolorze i posłałem na drugi brzeg zatoczki. Trafiłem perfekcyjnie. Zestaw opadł na spadzie, parę metrów od brzegu. Spokojny o sukces, rozluźniony rozpocząłem nie nerwowe szuranie po dnie, podnosząc i opuszczając szczytówkę czujnej wędeczki. Nie powiem, że branie mnie zaskoczyło, bo się go spodziewałem, ale to było coś, co mną wstrząsnęło ! Nie był to pstryk, czy przytrzymanie, ale potężne uderzenie i natychmiastowy odjazd. Ryba zaczęła ciągnąć z wielką siłą i niespotykaną prędkością. Hamulec małego kołowroteczka z trudem się wyrabiał. Musiałem natychmiast przejąć inicjatywę i zawrócić bestię na wodę, bo ta parła cały czas w kierunku środka zatoczki, znaczy jej brzegu.
Brat Mieto, kiedy wprowadzał mnie w wędkarstwo, to powtarzał często:
- Pamiętaj, gamoniu, duża ryba idzie zawsze na wodę, a mała do brzegu!
- ??
Coś mi tu nie pasowało, ale Mieto mógł się przecież pomylić. Przytrzymywałem rybsko do wytrzymałości zestawu, kijek pulsował i wyginał się po rękojeść, a napięta do granic wytrzymałości ultra cienka plecionka grała na wietrze niczym mocno napięta struna od kontrabasu, czy jakiejś innej wiolonczeli. Co z tego, że japońska, ona też nie wytrzyma, jak ryba wejdzie w krzaki. A zmierzała tam nieuchronnie. W nosie miałem już prikaz odnośnie brodzenia i wchodziłem coraz głębiej do wody, żeby obejść stojącą mi na drodze do szczęścia, solidną olchę. Przecież zza drzew, to ja tej ryby na paprochówce nigdy nie wyciągnę. Kątem oka dostrzegłem Michała „z krainy deszczowców”, który pośpieszył z pomocą i oferował podebranie ryby.
W jednej chwili zrobiło mi się głupio, że pozostawiłem go wtedy, w lipcu na pastwę ulewy i nie przygarnąłem pod klapę. Okazał się takim pomocnym kolegą, a ja ? Szkoda gadać. Wstyd mi bardzo.
- Czekaj Michał, najpierw muszę go zza tego cholernego drzewa wyciągnąć.
Lewą ręką trzymałem się olchy, w prawej wędkę i próbowałem obejść drzewo w wodzie po pachy, żeby wyjść na otwartą przestrzeń. Michał gdzieś zniknął, a za plecami usłyszałem wybuch szczerego śmiechu sporej grupki kolegów zgromadzonych przy termosach. Obejrzałem się i zobaczyłem rozbawione oblicze najbliżej stojącego, prezesa. Jednocześnie usłyszałem:
- Chyba się mamy? – odezwał się facet zza kępy krzaków, zupełnie dla mnie dotychczas niewidoczny.
- ???!!!
Gamonie miały niezłą polewkę, bo stojąc w oddali widzieli zajście z lepszej perspektywy, jak ja i facet w krzakach bawiliśmy się w „przeciąganie liny”.
Poszedłem dalej w lewo, w kierunku bazy. Przechodząc koło zarośli wymieniłem uśmiech z dobrze zamaskowanym wędkarzem. Resztę czasu postanowiłem wykorzystać na łowienie znienawidzonym trokiem, bo główki, to jakoś mi się odechciało. Zmontowałem drugą wędkę i w towarzystwie napotkanego Tadzia urywałem raz, po raz kolejne zestawy.
Tadek Wołczyński wymęczył przy mnie jednego okonia, większego Paweł Bralski. Michał Dąbrowski pozostał przy dwóch, a Marcin (oczywiście) Milczarski dołapał do 4. To nie ja, ale ci czterej zostali gwiazdami wypadu na Gnojno. Wędkarze z łódek też sobie nie połapali. Życie.
(…)     W ostatnią sobotę kładłem się do łóżka ze spuchniętymi dłońmi. Doszło do zagrożonego złą pogodą rejsu w Darłowie. Łapy bolały mnie od bicia braw w „Korsarzu”, na ceremonii wieńczącej sezon Wędkarstwa Morskiego Okręgu Mazowieckiego. Dumny byłem bardzo z tego, że mogłem zasiąść pośród grupy tuzów tej dyscypliny. Jestem jedynie wędkarzem robiącym tło mistrzom, oklaskującym ich, ale nie klakierem. Chciałbym bardzo serdecznie podziękować wszystkim uczestnikom naszych morskich zmagań, sztabowi sędziów, sponsorom, ale przede wszystkim Tomkowi Frelikowi. Jestem mu wdzięczny za to, że jako opiekun dyscypliny morskiej przy naszym okręgu doprowadził ją do tak wysokiego poziomu. Za to, że tworzył i podtrzymuje atmosferę naszych nadmorskich spotkań na takim poziomie. Jeździłem na zawody, na morzu jeszcze w czasach, kiedy Tomek był tylko zawodnikiem. Teraz mogę śmiało powiedzieć, że to inna bajka. Wcześniej grono sędziów i działaczy, z dużym zaangażowaniem czuwało nad sportowym przebiegiem tych imprez. Odkąd nastał Frelu, to okazało się, że może być jeszcze fajniej. On tworzy z każdego spotkania prawdziwy show, niepowtarzalny spektakl i rewię nagród. Potrafi zdobyć i zmobilizować sponsorów oraz darczyńców. Umie docenić współpracowników i przychylnych nam ludzi.
Przecież te bolące łapy, to od mnogości nagród dla najlepszych, pięknych podziękowań dla armatorów, hotelarzy, sponsorów i społeczników. Tomek, to człowiek orkiestra - organizator i showmen. Dziękuję bardzo. Te, nasze zgromadzenia na koniec połowów, to kwintesencja wypadów. To, jak wigilijne spotkanie w rodzinnym gronie. Moc wzruszeń i pozytywnych emocji.
Po dwudaniowym posiłku na gorąco przeszliśmy do sali konferencyjnej hotelu „Korsarz”. Na wejściu wielkie stoły zastawione pokaźnymi, pięknymi pucharami oraz całe stosy sprzętu wędkarskiego. To nagrody dla najlepszych i nie tylko. Pomyślał Tomasz o wszystkich.
Zasiadłem w pierwszym rzędzie z Andrzejem i Januszem z naszego koła. Za nami dwóch Marcinów, Darek, Miecjan – Męczyław, Darek prezes, Mirek, Grzesiek, Michał i Tomek. Dwunastu z jednego koła, to cztery drużyny trzyosobowe. Swoisty rekord w całej stawce uczestników. Wszyscy, którzy przeżyli przygodę na kutrze, doskonale wiedzą, z czym się należy zmierzyć, aby jakoś wypaść w rywalizacji. To zdecydowanie męski sport, bo listopadowe łowienie z kutra, to nie wakacyjny rejs na urlopie. Walczymy z przeciwnościami pogodowymi, własnymi słabościami i przede wszystkim konkurentami. Najsłabszy z nich jest przynajmniej tak dobry, jak ty. Jak dla mnie, to największymi mocarzami są chłopcy, którzy potrafią wysoką formę utrzymać przez cały sezon. Indywidualnie, a co dopiero drużyna.
O tym, jak równy i wysoki poziom prezentują startujący w tych zawodach niech świadczy fakt, że na trzech kutrach złowiono praktycznie taką samą ilość ryb. „Shannon”, „Złota Rybka” i „Pilot” przywiozły po 270 ryb, z tolerancją jednej lub dwóch sztuk. Przez cały dzień wędkowania tylko ze 2 lub 3 razy spotykały się na wspólnym łowisku, a poszczególni zawodnicy na obsadę kutra losowani byli przez komputer. Owszem, pośród starych wyjadaczy trafiały się nieloty mojego kalibru, ale i z tym komputer sobie poradził. Rozdzielił ich równo.
Spośród trójcy z pierwszego rzędu każdy miał inne zadanie: Andrzej robił zdjęcia, ja klaskałem z całych sił, a Janusz pilnował nagród. Żartował nawet, albo i nie, że jest ojcem sukcesów i trenerem naszych wielce utytułowanych kolegów z macierzystego koła.
Liczcie, ilu pucharów i nagród rzeczowych musiał Januszek przypilnować, ile kliszy zużył Andrzej i jak często ja musiałem wzmagać siłę oklasków: Ostatnie zawody w roku wygrał Tomek Kosiński, a Grzesiek Basiak był trzeci. Obaj wsparci przez naszego prezesa, Darka Stefanka tworzą zespół pod tytułem Koło 28 Warszawa – Ursynów, drużyna numer jeden i to oni wygrali te zawody. Cykl rocznych zmagań zdominował Tomek, a z jego wsparciem wspomniany team, w wyżej wymienionym składzie zajął pierwsze miejsce drużynowo. Siedziałem tak, dumny z kolegów jak nie wiem co, w czarnej bluzie z napisami Koło Numer 28 Warszawa – Ursynów i szkieletorem na plecach. Chociaż się nie zapowiadało, to obroniłem czarny softshell i póki, co nie muszę go oddawać. Sięgnął na koniec Frelu do wora z kartami startowymi, zamieszał i obdzielił jeszcze wielu z nas nagrodami pocieszenia. Dostałem i ja dwa pilkery. Tak na zachętę, żebym nie zwątpił.
Dziękuję obsłudze „Shannona”: Kacprowi, Mirkowi i Kaziowi za dokarmianie nas w czasie tego długiego rejsu, pomoc w rozplątywaniu zestawów i stworzenie niezapomnianej atmosfery.
Pozdrawiam serdecznie chłopaków z Płocka, których w przerwie uroczystości poznałem w palarni.
 
 

 


4.9
Oceń
(7 głosów)

 

Wedkuje.pl poleca

 

Szkieletor - opinie i komentarze

skomentuj ten artykuł

 




Aplikacja