Tam gdzie kończy się zdrowy rozsądek

/ 19 komentarzy / 4 zdjęć


Kontynuując dalej swój wpis " Ciemności " chciał bym dodać coś od siebie , gdzie ryby , rzeka i pogoda przypomniały mi o kilku bardzo ważnych szczegółach bez których nie należy wędkować . Rzecz jasna błędów dało by się uniknąć gdyby nie ciśnienie wędkarskie i można by coś wywnioskować jak też uniknąć błędów wędkarzom czytającym mój wpis .

Przyszła jesień , mroźna jesień . Deszcze , wichury , śniegi... Nareszcie wszystko to co lubię najbardziej . Też myślę że i ryby to lubią poniekąd .
Normalni wędkarze uciekają z nad wody ," przybiurkowa " woda pozostawia po nich tylko podpórki wbite na brzegu rzeki czy też na czubkach główek . A ponieważ cenię sobie spokój i ciszę nad wodą jak nikt , wybieram się jednoosobowym składem tylko Ja i wędka . Głównie łowię w nocy z resztą ciężko o łowienie w dzień gdyż doba staje się co raz to krótsza . Spotkać kogoś teraz to istny cud , no może prócz wydr i innej dziczyzny ;-) Za każdym razem kiedy pakuję się do auta , z wędką sąsiedzi patrzą z niedowierzaniem . Często pytają :
-To ryby biorą w taką pogodę ?
- Właśnie nie wiem ...jadę sprawdzić czy nie zamarzły ;-)
Z resztą nie tylko oni kręcą nosami , rodzice również pomrukują z niezadowoleniem . Jednak przez te " kilka " lat zdążyli przywyknąć odrobinkę do ekstremalnych eskapad swojego syna .
Jak zawsze przygotowany termos , oczywiście ciepłe ubranko i nasmarowana linka aby nie marzła przy -5 ...A oczywiste że i tak marznie jak diabli ;-)
Po rannych zmianach zjedzenie ciepłej strawy , wypicie herbatki z miodem , zaciśnięcie zębów i w drogę , często długą .
Zimą nie ma co liczyć na eldorado brań .Jedno może dwa brania , to szczyt . Fajnie jeśli są wykorzystane .
Po dotarciu na miejsce jak zwykle przemarsz , nawet jeśli idzie zjechać nad wodę auto zostawiam z dala od niej . Choć by po to żeby nie płoszyć drapieżnika mrukiem auta , lub też trzaskaniem zamarzniętych drzwi .
Regulacja sprzęgła to podstawa o jakiej nie wolno zapomnieć , bo zacięcie byle jakiej ryby zluzowanym hamulcem boli dwukrotnie . Podczas spadu i gdy trzeba odplątać brodę zamarzniętymi rękoma .

Dzień jak co dzień , był mroźny tydzień i po śniegach zaczynał płynąć lekki śryz . Wędkowanie zacząłem około 16 godziny po około dwóch godzinach miałem pierwsze przytrzymanie za ogonek . Postanowiłem złapać coś tchu od tego mielenia i napić się mikstury rozgrzewającej . Ledwo odkręcając termos rozpętała się śnieżyca .
Nie no tylko nie to rzekłem ...
Dopiłem jednym duszkiem kubek z ciepłą herbatą zakręciłem termos i postanowiłem oddać kilka rzutów . Przemieściłem się tak żeby przynętę prowadzić pojedynczymi skokami z prądem wzdłuż rynny z hakerami .
" Nie chcą brać , sam im gumę wepchnę do gęby " .
Minus był ten że wziąłem garść przynęt w dłoń , natomiast rękawiczki zostały przy torbie , śnieg zacinał wprost na zgrabiałe już z zimna ręce . Głupota i lenistwo zarazem nachalnie kazało mi łowić . Po kilku krotnym " przejechaniu " wysłużonym kopytem L-4 , mam potężne przytrzymanie .
" Jest Smok ! "
Ręka tak zmarznięta że ledwo trzymałem kij i nie szło obkręcić korbką , zaś sandacz , bo on był sprawcą całego zdarzenia , szybko się rozprawił ze mną . Targnął tak łbem ... prawie kija mi z ręki wyszarpnął . Mało tego jak się okazało rozprostował gamaka na 5/0 haku . Z niedowierzaniem spojrzałem na to całe zajście ...
Tak sypało że ledwo drogę znalazłem w lesie . Kłębiące myśli rozwalające skroń przypominały mi potężny opór świadczący że przegrałem z nie byle jakim przeciwnikiem .
Gdy doszedłem do auta jeden z gospodarzy u których zostawiłem auto rzekł żartobliwie...
-Heh a już myślałem że Cię zasypało całkiem i będziesz za bałwana w lesie robił ;-)
Nic nawet nie odpowiedziałem rozgoryczony porażką , pokiwałem głową z uśmiechem gasząc tlący ból srogiej lekcji życia od ryby .

To nie koniec " fantastycznej " passy , chcąc się odgryźć ruszyłem ponownie jak tylko zima odstąpiła od zamrażania rzeki ...

Śnieg ustąpił , zakola puściły ... Mróz zaś wracał po krótkiej odwilży , standardem stało się wybieranie na jedno z moich miejsc po zmroku . Wygłodzony kilkudniową przerwą od łowienia nie mogłem się doczekać zapodania zestawu . Przygotowane wszystko jak należy , więc czego by się tu obawiać . Choć rok szczodrze obsypywał mnie kiksami ...
Po trzech godzinach złowiłem pierwszego sandacza około 70 cm i o dziwo były jeszcze skubnięcia . Zachęcony amokiem żerowania ryb , testowałem kolejne przynęty . Po którymś poderwaniu twistera czuję ogromny opór ...
- " Co u licha ? Przecież tu zaczepu nie było ..."
Opuszczam kij i zaczep jak by się odsunął , a ja zdębiałem . Kij miałem mocny jak i plecionkę więc postanawiam się zabrać za niespodziankę podarowaną mojej gumie . Wszystko było by dobrze , gdyby po jednym obrocie korbką , zaczep nie zwalił mnie z nóg , niczym laika obrywającego od zawodowego wojownika na ringu MMA . Automatycznie puściłem sprzęgło a ryba płynęła przed siebie . Drzewa uniemożliwiające mi obejście nakazywały jedno - zluzować linkę- może zawróci ?
Nic z tego ryba jak by nabierała rozpędu , sam zaś zdezorientowany nie miałem noża nawet przy sobie . Ułomkiem nie jestem , a próbując się zaprzeć oby zerwać zestaw jechałem po błocie z lodem wprost do wody ! Serce miałem pod gardłem , możecie mi uwierzyć na słowo . W końcu gdy linki było nie wiele a ryba gdzieś daleko na przelewie osłabiła zestaw z hukiem pękająca linka wystrzeliła z odmętów rzeki . Zadyszkę miałem jak po maratonie .
Zapewne ogromny sum podczepiony postanowił wyruszyć w trasę bo zbudziłem go z leżakowania zimowego ... Od teraz przy tak mocnym zestawie montowanym staram się mieć kozik w kieszeni ... Latem miałem podobne sytuacje jednak na wiele cieńszych zestawach wystarczyło pochwycić szpulkę i po sprawie . Tu jak widać , nie ma obierania cebuli . Mogę się tylko domyślać co za potwór był z drugiej strony ...

Po całym tym zajściu drugiego dnia postanowiłem się zabezpieczyć w osprzęty tnące i wrócić nad rzekę z głową do góry.
Za dnia wydawało być się dość " ciepło " jak na zimę , jednak po około godzinie od zachodu słońca mróz tężał , na szczęście i coś skubać zaczęło .
Pierwsze puste branie podczas " szorania " twisterem wyrwało mnie z marzeń o rybach , natomiast ślady " psich " zębów na główce uświadomiły mnie że ryba uderzyła pewnie od przodu . Chwilkę później miałem najazd sandaczyka pięćdziesiąt parę centymetrów który przygniótł przynętę .Nie minęło pół godziny ...Pstryk , energicznie pulsujący Team dragon daje znać że ryba jest nie głupich rozmiarów . Jest większy to też zmusza mnie do zejścia ze skarpy ...
Podbierając rybę poślizgnąłem się na kawałku lodu (ku szczęściu) , lądując niczym Adam Małysz telemarkiem w wodzie odetchnąłem ufff. Spojrzałem na siebie ...
"Niby nic się nie stało ".
Jednak czego nie przyuważyłem to " lekko " zamoczony kołowrotek .
Sporo czasu zajęło mi odhaczenie zdobyczy która nader łapczywie zażarła gumiaka .
Uradowany myśląc ..." ale dziś połowię " chciałem skręcić luz linki i zabrać się za wtórne podawanie wabika wzdłuż powalonego drzewa , na tym się skończyło , gdyż woda która dostała się do kołowrotka unieruchomiła go , a ja znów z nietęgą miną wracałem do auta ;-)
I jak widzicie , kolejna drobna nieuwaga , która przy dodatniej temperaturze nie miała by najmniejszego znaczenia , może tylko skończyło by się na brudnych galotach ;-). Zaś przy mroźnej aurze wykluczył mnie jeden poślizg w pełni kontrolowany z telemarkiem ;-)

Na deserek zostawiłem sobie zajście z przed lat gdzie jako młody chłopak zaczynałem przygodę z nockami .

Nie mając auta , wybrałem się na osiedle szlifować opad . Mocne wędzisko do 40 g i plecionka 0.20 mm z kołowrotkiem dolnej półki ( zweryfikowała to ryba później ) .
Naczytał się Tomek jak to sandacz w nocy nie bierze i poszedł w pościg .
Były to pierwsze dni września . Rano wiało jak diabli , wieczór zaś zrobił się około " zerowy " ...
Okupiony w gumy 5 cali starałem się skusić drapieżniki . Raz po raz pokazujące się na powierzchni wody Bolki i mniejsze sandacze podkręcały atmosferę złowienia mętnookiego .
Przynęty prowadziłem w największym dołku za główką skokami , gdy przynęta miała się znaleźć pod nogami na ostatnim spadzie poczułem potężne uderzenie .
Tego rodzaju branie było mi czymś absolutnie nowym ! Terkoczące sprzęgło świadczyło o tym że ryba ma ochotę wyrwać mi szpulkę , a ja sam nie co zielony z przerażenia nie wiem jak temu zaradzić . Prawie wywlekła mi 130 metrów linki i zwrot w moją stronę ...
- Luz ? co jest grane ? Chyba się zerwała , ehhh .
Lecz to nie koniec , widzę że ryba nadal jest . Odchodzi w nurt główny i prze pod prąd niczym torpeda wystrzelona z Ubota mijając mnie na przelewie !
-Co u licha !
Mijają minuty , ręce bolą ze zmęczenia , ryba wydarła pod prąd jak by już ostatkiem sił pod kolejną z główek .
Czując jak sumisko słabnie pompowałem ile sił w bickach . Zdawałem sobie sprawę że w każdej chwili młynek może się rozkraczyć . Już błagalnie wołał o koniec tych morderczych zmagań .
Kompletnie nie zdając sobie sprawy z wielkości ryby , tym bardziej że było po 23 godzinie ujrzałem pierwszą poświatę fali niczym pływającej motorówki .Woda burzyła się okrutnie . Czas mijał a dziadek taplając się na kamolach z kilkudziesięcio centymetrową wodą słabł . Nie myślałem co będzie dalej a widząc ledwo pływającą rybę blisko mnie postanowiłem ją pojmać chwytając jej szczękę .
Wszedłem po kostki do rzeki i chwytem za brodę ścisnąłem wąsatego , który wcale jak się okazało nie był na tyle zmarnowany holem . Zrobił mi wywrotkę , wyczepił się , narobił strasznego motłochu na płyciźnie i odpłynął ;-). Ja zaś patrzyłem w wodę siedząc z umoczonym dupskiem ...
Nie chciejcie wiedzieć jakie myśli miałem o tej rybie ;-)
Dobre 30 minut morderczej walki na darmo ( jak nie więcej ), ciężko powiedzieć jak nie kontroluje się czasu a adrenalina buzuje we krwi .
Dziś pewnie spokojnie bym go trzymał , dał mu klapsa w czachę i sprawdził się ewentualnie siłowo .
Tak blisko wielkiego suma pewnie nie będę długo , mimo iż mam życiówkę nie małą , chyba ten był większy i to sporo ;-)
Kto wie może to on postanowił mnie utopić kiedy to nie miałem nożyka podczas łowienia ? Tylko mogę marzyć o spotkaniu z nim , to chytry dziad ;-)

Wracając do tytułu , jestem zdania że "Tam gdzie kończy się zdrowy rozsądek , zaczyna się wędkarstwo " jednak pamiętajmy o najdrobniejszych szczegółach podejmując się wypraw po zmroku w grudniu . Oblodzone brzegi to nie zabawa . Jak jednak widać zimą nie wybaczają warunki pogodowe żadnego potknięcia (dosłownie i w przenośni biorąc to do siebie ) i niech będzie to przestrogą dla wszystkich co mnie spotkało . Nie jeden uśmieje się czytając mój wpis pewnie z tych błędów .
Lecz nauka nie tuczy i nie idzie w las . Ciśnienie zdobycia życiówki tak samo nie może nami zawładnąć , bo będziemy brnąć w bagno i przyznam że troszkę w zeszłym roku się zapędziłem myśląc sobie piernik wie co ;-)
Prócz tych wszystkich kiksów oczywiście przeżyłem piękne spotkania z drapieżnikami bijąc przy tym życiówkę bolenia w listopadzie . Może zdecyduję się w wolnej chwili coś tu jeszcze " przelać " ...
Tymczasem... Czas ruszać nad wodę ;-)

Życzę wszystkiego dobrego w święta i oby były Zdrowe i Wesołe . A kolejny sezon w 2014 roku był bardziej obfity w piękne okazy bez siatek i śladów kłusowników .


Ps. Dziękuję Wszystkim za miłe komentarze w poprzednich wpisach .
Pozdrawiam T.M.

 


4.9
Oceń
(45 głosów)

 

Tam gdzie kończy się zdrowy rozsądek - opinie i komentarze

Jakub WośJakub Woś
+1
Głosów rozsądku i ostrzeżeń od kolegów nigdy za wiele :) (2013-12-23 00:05)
zbynio5ozbynio5o
+1
Fajny wpis do poduchy :) Wszystkiego dobrego Tomku ! ***** . (2013-12-23 00:08)
użytkownik32263użytkownik32263
+1
No następny świetny wpis Mistrza. Tylko dlaczego kazałeś nam Tomku czekać tak długo? ;-) Pozdro a ocena wiadoma:-) (2013-12-23 00:57)
ryukon1975ryukon1975
+2
Rozpocząć dzień czytaniem wspomnień wędkarza znad rzeki jest piękną rzeczą. Tym bardziej że sam przeżywałem podobne historie i jeszcze wiele razy spotkają mnie podobne dlatego że wędkarstwo to choroba nieuleczalna. Więc życzę wszystkim prawdziwym wędkarzom aby nikt nie próbował ich z tego leczyć, marny jego trud. :) (2013-12-23 05:20)
robbanrobban
+1
No Tomeczku i tym razem mi zainponowales !!!!:) super wpis i tyle daje do myślenia. Pamietajmy ze wpierw bezpieczeństwo a po tem ryba życia. Pozdrawiam. (2013-12-23 08:15)
ZanderHunterZanderHunter
+1
Następnym razem jak się spotkamy Tomku nad wodą przyjeżdżam bez wędki wystarczą mi Twoje opowieści...miodzio!...Pozdro!. (2013-12-23 09:53)
grzegorz notgrzegorz not
+1
Choćby dla takich właśnie opowieści warto mieć tu konto. Świetne opowiadanie. Ostatnio też prawie znalazłem się w wodzie chcąc podebrać mętnookiego ze skarpy😊 Wszystkiego dobrego! (2013-12-23 10:12)
użytkownik146431użytkownik146431
0
Fajnie się czyta...Będę musiał kiedyś wybrać się w nocy na bolenia.Trzeba zweryfikować swoją odwagę,a może brak rozumu :) (2013-12-23 11:32)
użytkownik58874użytkownik58874
0
Swietny wpis Tomku ! Jak to czytam,to widzę warciańskie realia,i to w czystym wydaniu bez ściem i fantazjowania,sam poniosłem kilka sumowych porażek w podobnym wydaniu:( Sam też lubię łowić w składzie jednoosobowym ,co daję o wiele większą skuteczność :) Co do sandaczy po zmroku,to zagrzałeś mnie do działania,wiem już jak spędzę święta i wymine teściową hihihih Piąteczka z plusem dla Ciebie ! :) Wesołych Świąt !!! (2013-12-23 12:56)
koleskoles
+1
Nocne lowy , wyprawy po zachodzie slonca maja specyficzny klimat, i pozdro dla Tych , ktorzy to czuja.  (2013-12-23 14:03)
marciin 2424marciin 2424
+1
Wszystko już na temat wpisu Tomku chyba zostało powiedziane pozostaje mi jedynie złożyć życzenia,a więc Zdrowych, Wesołych Świąt Bożego Narodzenia i Szczęśliwego Nowego Roku(: (2013-12-23 15:55)
Sebastian KowalczykSebastian Kowalczyk
+1
Bardzo fajny wpis, pozostaje Ci oprócz wędkowania częściej spisywać swoje przygody. Daje suba ***** (2013-12-23 20:43)
niutek40niutek40
+1
Tomku widzę, że nie zwalniasz tempa, czy Ty czasami odpoczywasz od wędkarstwa, o spaniu już nie wspominam. Ja to jeśli łowie w nocy to tylko na spławiczek, tym bardziej podziwiam Twój zapał i charyzmę do biegania po krzakach, chaszczach itd. Po nocach sam, pozdrawiam i wszystkiego dobrego na kolejnych łowach***** (2013-12-23 22:22)
TomekooTomekoo
0
Dzięki wszystkim za komentarze ;-) No nie wymiękam , nawet dziś byłem i zastałem świąteczną gnojowicę na polu , porażka :( (2013-12-24 13:13)
ryukon1975ryukon1975
+1
Jaka porażka ? Kontakt z naturą. :)))) (2013-12-24 13:17)
TomekooTomekoo
+1
Bardziej to kontakt z rzeczywistością Polskiego podejścia ;-) Dzięki Seba za suba ;-) (2013-12-24 14:29)
użytkownik91939użytkownik91939
+1
{Tam gdzie kończy się zdrowy rozsądek} No właśnie gdzie on jest, czy może tam gdy pływam po rzece przy silnym wietrze a falę miotają moją łupinką, czy też może gdy wybieram się na miętusa, w jak najgorszą pogodę, lub gdy wracam w nowy rok z pogoni za trotką? Znajomi których wtedy spotykam pukają się czoło:) Ale my (ja) wracamy zmęczeni szczęśliwi,spełnieni i na ..... dzień może dwa wystarczy by się rozkoszować tym co przeżyliśmy, ale nie na długo bo na trzeci dzień już zaczynamy kombinować gdzie by tu wyskoczyć nie patrząc do góry jaka jest pogoda:)) Bardzo fajnie opisałeś swoje przygody Tomku tylko pozazdrościć. Pozdrawiam***** (2013-12-24 14:29)
rysiek38rysiek38
+1
Dla jednych cichy wariat ,nawiedzony,ryzykant a może jedna z istot czująca naturę a błędy - wszystkim się zdarzają i warto się z nimi podzielić by ostrzec kolegów po fachu , ale bez takich przygód nie było by czego wspominać :-) (2013-12-30 17:52)
mleczus3mleczus3
0
Świetny wpis :) Pozdrawiam (2014-01-11 16:33)

skomentuj ten artykuł