Tańczący z leszczami

/ 24 komentarzy / 4 zdjęć


Leszcz to taka banalna ryba. Niewiele trudniejsza do złowienia od płoci. Wystarczy łowić ją głębiej, na spadzie, albo już na płaskim dnie. Przynajmniej tak myślałem. Ale mając 12 lat byłem za niski do spławikówki z dużym gruntem, przekraczającym długość wędki. I z konieczności łowiłem na „swoim zasięgu”, czyli na płytszej wodzie płoteczki i wszędobylskie krąpie. Nie miałem o to większej pretensji ani do losu, ani do ojca, czekałem cierpliwie na „swój czas”. Dla mnie ważne było to, że ojciec zabierał mnie na nocne węgorze, bo to był cel nr 1 naszych wypraw.
Zdarzyło mi się kilka razy połowić leszcze w ilości przekraczającej „normalny” połów. Inaczej mówiąc złowiłem ich dużo powyżej przyzwoitości, albo były to duże leszcze przekraczające 2 kg.

Stopki 1
Pierwsze zdarzenie miało miejsce, gdy miałem chyba z 14 lat. Był to okres wakacyjny a wakacje spędzałem „na wodzie” w naszej łodzi stacjonującej na Łynie. Była to duża łódź kabinowa przymocowana do betonowych słupków na cały wędkarski sezon. Ojciec jeździł rano do pracy ( miał zakład krawiecki ) a ja zostawałem na łodzi. Spałem do południa, potem wychodziłem na brzeg do kolegów ze wsi pograć w piłkę, albo pływałem drugą, małą łódeczką po zatoczkach i odnogach Łyny podpatrując przyrodę. Po południu przyjeżdżał ojciec z obiadem dla mnie i świeżo parzoną pszenicą. Ja jeździłem do domu tylko po to, by nałapać 200-300 rosówek. Byłem specjalistą w ich pozyskiwaniu a ojciec ze swą tuszą to mógł jedynie muchy łapać. Jednym słowem byłem ojcu niezbędny, za to miałem wszelkie uprawnienia kapitana naszej łodzi pod jego nieobecność. I nie miałem pretensji, że inne dzieci jeżdżą na kolonie a moje wakacje, to zbieranie truskawek a potem banicja na łódce. Pokochałem obserwowanie przyrody, podglądanie wzdręg i płotek baraszkujących w pełnym słońcu wśród liści grążeli. Z utęsknieniem spoglądałem w niebo wyczekując znajomej jastrzębiej rodzinki, krążącej nad rzeką. Młode jastrzębie wydawały z siebie taki donośny ni to pisk, ni to krzyk,który powodował strach w okolicy ( szczególnie we wsi ) i paraliżujący innych mieszkańców lasu. Pojawiał się też myszołów, czaple, łabędzie i kacze rodzinki, przepiękne i sprytne zimorodki a przede wszystkim czarny bocian. Wiedziałem ze szkoły, że czarny bocian to wielka rzadkość a ja miałem to szczęście widzieć go prawie codziennie.
Opisałem kiedyś swoje wakacje jak to zwykle na początku roku szkolnego miało miejsce. Wstydziłem się, że nie miałem o czym pisać, bo przecież nigdzie nie byłem , tylko na Łynie. Jednak pani od polskiego poprosiła bym przeczytał swoje wypracowanie na głos w klasie. Strasznie się wstydziłem, ale potem pani podkreślała głośno, że piękna jest otaczająca nas dookoła przyroda, tylko trzeba umieć ją obserwować i o tym opowiedzieć.
Ale wracajmy do meritum, czyli do przygody z leszczami. Ojciec przed wyjazdem do domu wysypywał pszenicę w łowisko, zostawiając mi kilka garstek na zabawę z krasnopiórkami. Po południu wracał ze świeżo parzoną dostawą. Tego poranka, gdzieś między 10 a 11 zobaczyłem wielkie bąble w łowisku. Jak nic podeszło stado leszczy. Ale grunt był dla mnie za duży i nie miałem szansy sięgnąć do nich spławikówką. I co wymyśliłem ? Widzę, że zostało kilkanaście rosówek. I tak za mało na węgorze, bo przy takiej presji jazgarza w tamtych czasach i 50 rosówek bywało za mało na noc. Czyli będę wieczorem buszował po ogródkach, szczególnie tych podlewanych, bo lipiec był bardzo suchy.
Założyłem więc rosówkę na węgorzową gruntówkę . Rzut w nurt i delikatnie ściągam zestaw w łowisko w pobliże łódki. Rozkładam drugą gruntówkę a tu już na pierwszej mocne targnięcia szczytówki. Zacinam chyba za wcześnie, bo spudłowałem. Druga wędka w wodzie, zakładam rosówkę na pierwszą a na drugiej wędce znowu branie. Biorę nie uzbrojoną wędkę między nogi i zacinam tę , na której jest branie. I znowu pudło. Wkurzyłem się trochę, bo zmarnuję cenne rosówki a ryb nie złowię. I co powiem ojcu, że same poszły sobie popływać ?
Postanowiłem łowić na jedną gruntówkę. I to była dobra decyzja. Co drugie branie zacinam leszcza. Leszcza ? To jakieś łopaty nie leszcze. Takich to ja w życiu nie widziałem ! Ręce mam spocone, nogi drżą a adrenalina powoduje przyspieszone bicie serca. Rozebrałem się do slipek, słońce praży już mocno a pot leje się ze mnie strumieniem. Ale jazda ! Jak na złość żadnego kolegi na brzegu i nie widzą „mistrza” w akcji :). Jak nie trzeba, to potrafią rano zbudzić.
Chyba te zmagania z leszczami przepłoszyły towarzystwo, bo brania ustają. Wrzucam wszystką pszenicą, którą ojciec mi zostawił. Jest chyba południe. Zastanawiam się co zrobić z tymi leszczami, gdy nagle mocne przygięcie szczytówki. Ale nie drga, tylko jest taka wygięta cały czas. Chyba coś napłynęło na haczyk. Wyciągam wędkę z wody a tu mocne targnięcie. A więc to była ryba. Była , bo po ciężkiej walce przegrałem pojedynek. Ryba odpływała z nurtem, gdy stawała, to trochę ją podciągałem, by po chwili jedynie patrzeć co ona robi z moją wędką. Przy mocnym przytrzymaniu „gorzowska tęczówka” 0,35 pękła…
Decyduję się jechać do domu z tymi leszczami. Upalny lipiec, mogłyby nie przeżyć zbyt długo w dużym co prawda , metalowym sadzu, ale pod powierzchnią wody narażone na palące słońce.. Ale siatka jaką znalazłem w łódce zmieściła tylko 8 największych leszczy, więc resztę wypuszczam. Naliczyłem ich 12. Szkoda, że pojechał już p. Pawski. On woził aparat ze sobą. Czasem wędki nie zabrał, ale aparat zawsze miał na szyi. Więc nie będzie pamiątki z tego połowu…
Wracam autobusem. Zanim doszedłem do przystanku, to robiłem chyba z pięć przerw. Idę z tymi leszczami ( a raczej je ciągnę po ziemi ) przez wieś dumny jak Aleksander Wielki po podboju Persji a tu ni żywej duszy. No jak na złość. Koledzy nie uwierzą jak im opowiem...
Okazuje się, że nie mam pieniędzy na bilet, więc nieśmiało proponuję kierowcy jednego leszcza. Wstyd mi jak diabli.
- No kolego, za takiego leszcza to możesz jeździć ze mną codziennie za darmo :).
Moje leszcze wzbudzają sensację w autobusie. Nie mogą się nadziwić, że taki młodziak a takie leszcze wytargał.
- To na co złowiłeś te łopaty synku ?
- Na pszenicę proszę pana…

 


3.6
Oceń
(85 głosów)

 

Tańczący z leszczami - opinie i komentarze

auratus 2auratus 2
+1
Piękny artykuł , dobrze i miło się czyta . Miałeś szczęście , że dorastałeś nad tą piekną rzeką . Byłem tam kilka razy w 1982 roku byłem pod wrażeniem tej rzeki . Ostatnie Twoje zdanie "bezcenne":) .Za artykół oczywiście 5 + . (2012-02-17 10:29)
ryukon1975ryukon1975
+1
Wspomnienia z wędkarskich początków mają swój wspaniały klimat i urok.Dziś po latach mam wiedzę,mam praktykę,mam dobry sprzęt, a nawet łowię więcej ryb i są na pewno większe od tych pierwszych.Jednak to te złowione na starcie wędkarskiej przygody pozostaną niezapomniane. 5***** (2012-02-17 11:10)
Kristoph1Kristoph1
+1
Fajne wspomnienie:) (2012-02-17 11:37)
użytkownik61878użytkownik61878
+1
Ten pierwszy raz ... oczywiście chodzi o ryby, nie zapominamy nigdy. A wracając do Twoich Mirku wspomnień, moje odnośnie leszczy są bardzo podobne tyle że miałem wtedy więcej lat. (2012-02-17 11:46)
Zander51Zander51
+1
Ja miałem to szczęście mieć ojca wędkarza. Ostatnie pieniądze by oddał, ale musieliśmy mieć porządną łódź do spania na wodzie, pierwsze teleskopy ( ciężkie były jak diabli ) a potem po moich sukcesach spinningowych i do tej metody odpowiedni sprzęt i blachy. Nie żałował mi niczego, ani połamanych wędek, poplątanych wiecznie zestawów, ani zrywanych drogich i rzadkich wtedy blach. Wdzięczny mu jestem za to do dziś... (2012-02-17 12:00)
Zander51Zander51
+1
Teraz ja wychowując wędkarski narybek rozplątuję i wiążę nowe zestawy, ale przynajmniej nocne dyżury szybciej zlecą :) Biegam po sponsorach, by coś nam podrzucili. Bo kto nam da... (2012-02-17 12:05)
BarttBartt
+1
Przeczytałem wszystkie wpisy na blogu Kolegi i przyznam, że jestem pod wrażeniem. Trudno tutaj o podobnych klasą literatów-wędkarzy, piszących tak poprawną polszczyzną, z takim zasobem słownictwa, z taką lekkością i smykałką do obseracji otaczającego nas świata i umiejących to przelać na papier. Myślę, że kolega mógłby śmiało wydać w formie książkowej swoje wspomnienia i cieszyłyby się dużym zainteresowaniem. Jednocześnie dziwi mnie niezmiernie stanowisko redakcji promującej na głównej stronie delikatnie mówiąc bardzo przeciętne teksty, gdy takie "perełki" jak teksty Kolegów Zandera, Diablo, czy Hefeeda umieszcza się gdzieś w "dolnych partiach stanów średnich". Chyba, że redakcja tych tekstów nie czyta... (2012-02-17 12:23)
troctroc
+1
Proszę, jak genialnie można odświeżyć wspomnienia-"gorzowska tęczówka 0,35" czasy, kiedy inne żyłki praktycznie nie były osiągalne na rynku......A kto pamięta ogólnodostępne pozwolenia za 15 zł na wody PGR- owskie? Ważne na terenie całego kraju- zresztą.... Pozostawiam ***** i pozdrawiam. (2012-02-17 17:56)
troctroc
0
Proszę, jak genialnie można odświeżyć wspomnienia-"gorzowska tęczówka 0,35" czasy, kiedy inne żyłki praktycznie nie były osiągalne na rynku......A kto pamięta ogólnodostępne pozwolenia za 15 zł na wody PGR- owskie? Ważne na terenie całego kraju- zresztą.... Pozostawiam ***** i pozdrawiam. (2012-02-17 17:56)
użytkownik95465użytkownik95465
+1
Pięknie napisane aż chce się czytać. Jak ja zaczynałem jakieś 7lat temu łowienie to łowiłem głównie ukleje i krąpie.Lata lecą a wspomnienia zostają. Za artykół oczywiście 5. (2012-02-18 14:45)
Waldi FishWaldi Fish
0
Czasem miło pomarzyć..... (2012-02-18 15:04)
withanight88withanight88
0
Nic nie będę mówił tylko dam 5 :) (2012-02-18 15:35)
pompipspompips
+1
Piękna opowieść, mi również przypominały się pierwsze rybki które łowiłem i ojciec który zawsze pomimo pracy od rana do wieczora znalazł czas aby pojechać na godzinę chociaż ze mną na rybki. Pozdrawiam za wpis tyko 5 bo skala za niska.
(2012-02-18 18:49)
DiabloDiablo
+1
Zdolność adaptacji do panujących warunków i sytuacji nad wodą to charakteryzuje wytrawnego wędkarza. Ty się tym wykazałeś. Zauważyłeś i bezbłędnie rozpoznałeś żerowanie leszcza. Po czym sprytnie przekalibrowałeś sprzęt. (2012-02-19 18:02)
halski021halski021
0
(na co łowiłeś te leszcze? NA PSZENICĘ PROSZĘ PANA)już wtedy umiałeś bujać jak prawdziwy wędkarz :) (2012-02-19 21:54)
halski021halski021
0
Za opowiadanie ***** (2012-02-19 21:57)
mirus71mirus71
0
witam ode mnie też ***** (2012-02-20 17:52)
Zander51Zander51
+1
Zawsze powtarzałem i będę powtarzał, że systematyczne sukcesy będzie miał tylko wędkarz, który potrafi analizować sytuację, wyciągać poprawne wnioski i odpowiednio reagować. Najlepszy przykład na lodzie. Siedzi 5-ciu wędkarzy obok siebie a tylko jeden wyciąga ryby. Dlaczego ? Bo znalazł sposób, by "namówić" je do brania... (2012-02-21 06:43)
pyrek1960pyrek1960
0
nic nie bede mowil dam ....5 zycze udanych wypraw (2012-02-22 08:12)
kinga2002kinga2002
+1
coś pięknego (2012-02-24 09:44)
użytkownik65689użytkownik65689
+1
...*****piona jak byk!!! Piękne wspomnienia.:))) (2012-02-25 14:32)
zloty206zloty206
+1
Cudo opowiadanko-pozazdrościć*****Piątak. (2012-02-25 21:11)
krzysztof-tomiakkrzysztof-tomiak
+1
Myślę że wszyscy wędkarze ,przede wszystkim tak zwani(wiekowi),mają w swoich wspomnieniach czasy kiedy ryby brały wszędzie i bez mała na wszystko co się założyło na haczyk.Piszę o tym dlatego ,że jest to jakby przesłanie dla młodszego pokolenia aby takie czasy wróciły i pozostały na zawsze .Życzę tego wszystkim kolegom po kiju.Opowieść na pięć. (2012-02-26 13:52)
Zander51Zander51
+1
Oczywiście szanujmy wody i ich rybostan. Ale Krzysztofie ryb i teraz nie brakuje. Trzeba trochę pokombinować, poczytać, popróbować, bo tak kiedyś uczyliśmy się łowić. Młodzież teraz chce gotowe recepty, by jutro złowić medalową rybę. Widać to po tytułach wątków na forum... (2012-02-26 14:14)

skomentuj ten artykuł