Tęskniąc za lodem

/ 1 komentarzy

Tęskniąc za lodem

Zacznę ten tekst dość nietypowo – od narzekań na cykl wydawniczy miesięczników. Jak tu pisać o ostatnim lodzie, skoro jeszcze nie było pierwszego?! Za oknem plucha, świder, pierzchnia i kosz stoją zakurzone gdzieś w piwnicy... Pocieszam się jednak tym, że rok temu było podobnie – Wigilia skąpana w deszczu, a pod koniec marca lód sięgał 70 centymetrów i trzeba go było „dowiercać” na kolanach. 2 kwietnia na Mokrym miał 45 centymetrów.

„Ostatni lód” jest pojęciem względnym, ale można z grubsza przyjąć, że nazywamy tak okres po 10–15 marca (jeśli nie wystąpią pogodowe anomalie), kiedy coraz częściej temperatury w nocy są dodatnie. Pokrywa lodowa zaczyna „odpuszczać”, tj. zmieniać swą strukturę, woda wreszcie może odetchnąć po lutowej przydusze, a ryby zaczynają lepiej żerować. Nic dziwnego – otrzymują zastrzyk energii w postaci życiodajnego tlenu (przez niezamarzające już przeręble i wolne od lodu brzegi), przygotowują się do tarła (i muszą intensywnie pobierać pokarm), a wreszcie migrują w obrębie akwenu, co w naturalny sposób wymusza większą aktywność żerową. Czyli – sama radość dla wędkarza! Na wielu znanych mi łowiskach (Dąbrowa Wielka, Kownatki, Łąkorz) dopiero ostatni lód regularnie „wydaje” okazy i nagle okazuje się, ile dużych ryb pływało tam przez całą zimę, ignorując wymyślne przynęty.

Z pierzchnią
W tej beczce miodu jest jednak łyżka dziegciu – i to całkiem spora. Powtarzam to jak mantrę, ale nigdy dosyć. Ostatni lód jest wyjątkowo niebezpieczny – o wiele bardziej niż pierwszy! Decyduje o tym jego struktura podczas coraz dłuższych i intensywniejszych odwilży. Tafla pozostaje jeszcze pewien czas gruba, ale nasiąka wodą jak gąbka, robiąc się znacznie mniej wytrzymała. 30-centymetrowa pokrywa daje niedoświadczonym wędkarzom poczucie całkowitego komfortu, ale można ją czasem przebić jednym uderzeniem pierzchnią! Coraz więcej jest słabych punktów, na które trzeba wyjątkowo uważać. Zwłaszcza podczas pogodnych dni z temperaturą dochodzącą (w słońcu) do kilkunastu stopni Celsjusza błyskawicznie odmarzają brzegi i droga powrotu może zostać odcięta. Warto o tym pomyśleć zawczasu.

5 kwietnia, kiedy kończyliśmy ubiegły sezon na Kownatkach, tylko zapobiegliwości doświadczonego podlodowca Rafała Cissowskiego zawdzięczamy, że nie musieliśmy wracać na brzeg po szyję w wodzie. Przewidział, co się święci, i zabezpieczył przejście na „desantowy” pomost deskami, mimo iż rankiem można było tam skakać po lodzie! Dlatego pamiętajmy – nigdy nie wybieramy się na ryby w pojedynkę, nie zapominamy o ratunkowych kolcach (i oczywiście kombinezonie, jeśli ktoś go posiada), chodzimy bardzo ostrożnie, opukując trasę pierzchnią (jest teraz absolutnie niezbędna!) oraz nie łowimy zbyt blisko siebie. Najważniejszy jest zdrowy rozsądek – jeśli czujemy, że lód puszcza „w oczach”, wycofujemy się, nawet gdy ryby biorą jak wściekłe. To trudna decyzja, ale życie jest ważniejsze.

Na płytszych wodach
Względy bezpieczeństwa będą nam narzucały – przynajmniej po części – wybór łowiska. Będą to przeważnie jeziora, na których (z różnych przyczyn) tafla lodowa utrzymuje się najdłużej. Bardzo istotny jest tu odpowiedni wywiad „środowiskowy”, aby nie przemierzyć kilkuset kilometrów i smętnie patrzeć na akwen, na który nie da się już wejść. Pamiętajmy, żeby nie myśleć kategoriami „skoro na jeziorze X jest bezpieczny lód, to na Y też będzie”. Nieraz akweny oddalone od siebie o kilka kilometrów mają tak różną termikę, że na jednym utrzymuje się ćwierćmetrowa tafla, a na drugim nie ma po niej śladu.

Oprócz jezior bardzo dobrymi łowiskami są starorzecza (oraz porty) trwale połączone z dużą rzeką. Ryby dostają tam szalonego szwungu, na tarło wpływają stada płoci i leszczy, ożywiają się przedstawiciele innych gatunków. W chwili obecnej wręcz regułą są marcowe brania karasi srebrzystych i linów, do niedawna zupełnie niekojarzonych z łowieniem podlodowym. Co ciekawe, na wędce „siadają” naprawdę okazowe sztuki. Minusem starorzeczy jest jeszcze większe niebezpieczeństwo zarwania tafli niż na jeziorach oraz obecność licznych wędkarzy (lub pseudowędkarzy, niestety dominuje „szarpak”). To samo dotyczy portów, gdzie często łowi się w takim tłoku, iż człowiekowi szybko się odechciewa. Warto zadać sobie nieco trudu i ruszyć na wody położone dalej od dużych miast, może nie tak sławne, ale zapewniające komfort spokojnego wędkowania.

Jakie konkretne stanowiska należy w marcu obdarzyć szczególną estymą? Wspomniałem już, że ryby (gatunki najbardziej nas interesujące, czyli okoń, leszcz i płoć) rozpoczynają przygotowania do godów i konsekwentnie przesuwają się w pobliże tarlisk. Plusem płytszej wody (strefy litoralu) jest także to, że szybciej łapie ona „wiosenny oddech”, gdyż brzegi zaczynają odmarzać. Moim typem na ostatni lód są przede wszystkim ciche, osłonięte i płytkie (do 4 metrów) zatoki dużych jezior. Jeśli znamy położenie tarlisk na danym akwenie, łówmy w ich pobliżu! Warto często zmieniać miejsce, gdyż ryby grupują się – dotyczy to głównie płoci i leszczy, ale i okoń potrafi tworzyć spore stada tarłowe. Jeśli już trafimy na dobrą dziurę, zapamiętajmy ją i nawet jeśli brania po jakimś czasie ustaną, wróćmy tam np. za 2 godziny. Skoro mowa o czasie – pamiętajmy, że choć najlepsze brania powinny przypaść na godziny popołudniowe (a nawet wczesnowieczorne – łowimy do zmierzchu!), warto być na lodzie bladym świtem. W marcu oznacza to 14 godzin wędkowania – trzeba być na to przygotowanym psychicznie i fizycznie!

Powrót błystki
Wybierając technikę łowienia oraz stosowane przynęty, musimy wziąć pod uwagę, że ryby zaczynają interesować się znacznie treściwszym pokarmem niż w środku zimy. Na znanych mi starorzeczach spławikowcy coraz częściej zakładają na haczyki dendrobeny – i mają wyniki! Sam nie łowię tą metodą, ale z doświadczenia wiem, iż znakomicie sprawdzają się teraz większe mormyszki w jaskrawych kolorach (żółte, pomarańczowe) – jeśli nastawiamy się przede wszystkim na okonie. Płocie i leszcze wolą brąz i zieleń. Regułą jest, że w marcu będziemy mieli więcej brań karpiowatych podczas aktywnego penetrowania toni (choć najskuteczniejsza pozostaje metoda „na leniucha”, czyli z wabikiem na dnie i przygiętym kiwokiem). Bywa, że płocie biorą w pół wody na zmianę z okoniami (podobnie czynią krąpie, leszcze bardzo rzadko).

Do łask wraca teraz błystka – im mniejsza, tym lepsza. „Pasiaki” – tak jak na pierwszym lodzie – potrafią w nią bić jak wściekłe, a ciekawostką jest fakt, że właśnie teraz atakują wabiki nawet niezbyt wyrośnięte płocie (trafiają się okazowe!). Jeden z kolegów (godny zaufania) opowiadał mi, jak swego czasu na Śniardwach półkilowe płociska brały wyłącznie (!) na maleńkie błystki, ignorując mormyszki z ochotkami. Coś w tym jest, że w sympatycznych czerwonopłetwych budzi się na przedwiośniu instynkt agresora... Wszystko przez zbliżające się gody...

Na karpie?
Wspomniałem już o coraz częstszych „fuksach”, czyli braniach karasi i linów. Niedowiarków dobiję stwierdzeniem, że na kilku znanych mi łowiskach (w większości komercyjnych, ale nie tylko, np. jednym z niewielkich jezior blisko centrum Warszawy) wytrwali podlodowcy zacinają regularnie karpie! Widziałem kiedyś branie 2-kilowca (wyholowanego tyleż szczęśliwie, co w rozpaczliwym stylu), który w mgnieniu oka niemalże wciągnął pozostawioną przy przeręblu wędkę. Na szczęście się zaklinowała, a ryba nie zerwała żyłki (jak ktoś łowi spod lodu na 0,25 mm...). Mój kolega złowił przed trzema laty medalowego „japońca” – też w Warszawie, w jednym z portów. Od tamtego czasu miał na wędce wiele pięknych okoni, płoci i leszczy, a jednak właśnie tamten przypadek pamięta najlepiej... To stara prawda, że najbardziej cieszą nas ryby, których się nie spodziewamy...
Życzę połamania kija na marcowych okoniach i płociach oraz bezpiecznego wędkowania!


Łów z klasą
Marcowe połowy potrafią być naprawdę obfite, samice okoni, płoci i leszczy są wypchane ikrą... Zachowajmy zdrowy rozsądek i nie zabijajmy wszystkiego „jak leci”! Nie wiem dlaczego, ale utarł się u nas zwyczaj, że wyholowaną sztukę wyrzuca się na lód i „niech sobie leży”. Tymczasem, jeśli chcemy zabrać rybę, powinniśmy ją zabić od razu! Jeśli nie – wypuśćmy ją śmiało nawet do tej samej dziury, a jeśli boimy się, że spłoszy stado – to kilka metrów dalej! Postępowanie ze złowioną rybą jest najlepszym świadectwem klasy wędkarza.

 


4.9
Oceń
(13 głosów)

 

Tęskniąc za lodem - opinie i komentarze

Rybka696Rybka696
0
Byłem wczoraj na lodzie w okolicach Łomży,łowiłem na starorzeczu Narwi.Wejście na lód było dosyć bezpieczne lód powyżej 30 cm,w ubiegły piątek na lód trzeba było wchodzić po drągach około 8metr było to jak na moje 70 lat czyste szaleństwo.Teraz po ostatnich mrozach woda zamarzła na tyle że można było wejść bez obawy.Teraz pochwalę się moim połowem.złowiłem sześć gatunków ryb,szczupaka,sandacza,pstrąga lina i kilka okoni i płoci.Lina,płotki i okonie zabrałem reszte uwolniłem.Prawdopodobnie był to mój ostatni wypad na to łowisko tej zimy,ale jaki udany.Jednak z niebezpieczeństwem nie można igrać.Na Mazurskich jeziorach lód jest jeszcze gruby i można bezpiecznie na niego wejść. (2012-03-10 08:31)

skomentuj ten artykuł