Zaloguj się do konta

Torpeda

Przygotowaliśmy się do tego wyjazdu bardzo starannie. Zasuwaliśmy wiele razy przez pół miasta, aby kupić jakąś brakującą duperelę. Nazbierało się tego sporo. Teraz próbujemy upchnąć tę górę maneli, do Wieśkowego Forda. Nie jest to wozidło pierwszej młodości, więc stawia zaciekły opór. Nasze zmagania obserwuje chyba pół dzielnicy Bałut i mają niezły ubaw, bo gapiów na okolicznych balkonach ciągle przybywa. Gdy zamkniemy drzwi z prawej strony, to otwierają się te po lewej (pomimo blokady) i znaczna część sprzętu ląduje na asfalcie. Podczas tych zmagań ze zgrzytem godnym starego zamczyska odskakuje od czasu do czasu klapa bagażnika. Koszmar! Ludzie bawią się jak w cyrku. Jednak w tym kłopocie, ani przez chwilę nie przeleciała nam przez głowę myśl, aby z czegokolwiek zrezygnować. Po dwóch godzinach Syzyfowych zmagań, pot leje się z nas jak diabli, a kupa sprzętu w dalszym ciągu przesypuje się po trotuarze, to z prawej, to z lewej strony auta. 

Na balkonach coraz bardziej sielankowa atmosfera. Pojawiły się przenośne grille, flaszki, lornetki, zaczęły się hihy-śmichy. Coraz częściej podochocone towarzystwo rzuca w naszą stronę rubaszne rady. Mój próg agresji, w mądrym języku nazywany progiem pobudzenia, zaraz zostanie przekroczony. Wiesiek znika, ale za chwilę się pojawia. Stękając taszczy jakiś kołek i stary piecyk. Kołkiem podpiera drzwi fordziaka, piecyk kładzie na klapę bagażnika. Z balkonów radosne gwizdy i oklaski. Przyjaciel brzuszyskiem dopycha w środku resztę naszych klamotów. Sapiąc dociska drzwi. Usuwa „wspomagacze” i jest… ok! Nic się nie otwiera. Uf, nareszcie! Koniec balangi. Ruszamy. Wiesio łapie kierownicę, jakby do końca wycieczki miał się z nią nie rozstawać. Fordziak tnie powietrze, aż strach. Pewnie męczą go wyrzuty sumienia. Łyk zimnego piwa i czuję, że zaczynam przysypiać. Nie bronię się zbytnio, bo kumpel jest ostrożnym i dobrym kierowcą. Jadąc taki kawał na ryby trzeba jechać z kimś, komu się ufa. Bezgranicznie! Wiesiek jest właśnie takim gościem. „Dojeżdżamy”- czyjś głos obija się chwilę w mojej głowie. Powoli wraca świadomość. 

Otwieram oczy i widzę przez szybę pole stykające się z niewielką plażą. Plaża okolona jest pasem trzcin. Dwa potężne dęby dają poczucie bezpieczeństwa i chronią przed upałem oraz deszczem. Urokliwe miejsce. Jak z bajki. Patrzę jak urzeczony na jezioro. Weź się za ponton, ja zrobię resztę. Nie protestuję przeciw takiemu podziałowi obowiązków. „Puknę sobie parę razy, może coś dygnę na kolację?” – rzucam przez ramię stojąc nad nadmuchanym pontonem. „Dobra” – słyszę. Znam druha Boruha dobrze. On lubi harcerskie sprawności. Biorę lekki spinning i hajda na wodę! Ustawiam się w zgodzie z lekkim wiaterkiem. Gdzie mnie poniesie tam chlapnę „gumką”. Może jakiś zjeżony okonek zaszczyci mnie swoim towarzystwem? Słonko delikatnie masuje kark. Zarzucam przynętę bardziej z wędkarskiego obowiązku, niż z chęci złowienia ryby. Na to będę miał dwa tygodnie. 

Dwie rozległe kępy rdestnicy rozkwitają pod powierzchnią wody. Puszczam wabik na ich skraj. Ruch korbką i mój ulubiony kijaszek Tango, gnie się w pałąk. Zdziwiony ponton staje w miejscu. Nie chce mi się wywijać wiosełkami z wędka w zębach, więc zaczynam wolniutko pompować, podciągając się do zaczepu. Idzie strasznie opornie, ale jednak pomału zbliżam się do zawady. Jestem już nad przynętą. Biorę do ręki wiosło, aby grzebnąć w zielsku. Ledwo je zanurzyłem, gdy „coś” mną zabujało. Kołowrotek oszalał, a mnie razem z wędką o mało co, nie wyrwało z siedziska. Potężna fala w kształcie trójkątna odpłynęła na jezioro. Aż mnie zamurowało! Wielka ryba!. W głowie kompletny chaos. Rutynę i całe wędkarskie doświadczenie szlag trafił. Ręce w delirce, serce w gardle. Wołać Wieśka? A niby jak ma mi pomóc? Dopłynąć wpław i zaaportować rybę w zębach? Bzdura! Tkwię ze zgiętym jak witka, delikatnym okoniowym kijkiem. Potwór na drugim końcu wędki porusza się tak, jakby wolno tańczył. Co za paradoks. Ryba tańczy tango na Tangu. Zastanawiam się, czy stawiany przeze mnie opór w ogóle przeciwnika męczy. Sum, szczupak w wersji Big King? Zaczyna mnie wolno spychać w kierunku mielizny. Widzę już żółty piasek na dnie. Wyskoczę z pontonu, podciągnę rybę, przyduszę do dna, wywlekę na brzeg… Chyba całkiem „pieprzy” mi się w głowie z emocji. Zero pomysłu, co dalej. Potwór niespodziewanie zaczyna wolno płynąć do mnie. Jest coraz bliżej i bliżej. Patrzę jak urzeczony w wodę. Kilka metrów ode mnie kępa zielska zaczyna falować, a chwilę później rozchyla się na boki wypuszczając w moim kierunku ogromną ciemną torpedę. Szczupak! A właściwie ojciec wszystkich szczupaków! Porusza się niespiesznie. W karku 20, a może więcej centymetrów. Długi? Baaaardzo… Kątem oka rejestruję w wardze „torpedy” maleńką okoniową główkę jiga. Wygląda jak śmieszny, świecący breloczek. Szczupak wolno mija ponton i płynie do brzegu. Tam robi w wyskoku gigantyczny plusk i sflaczała żyłka opada na wodę. 

Jeszcze patrzę zahipnotyzowany w kręgi na wodzie. Biegnąć, gonić, złapać, kłębią się w głowie bezsensowne myśli. Pomału wszystko wraca w swoje wymiary. Serce jeszcze tłucze, ale też już wróciło do klatki piersiowej. Czy mam żal do losu? Za co? Za tak fantastyczną przygodę? Wolno się uspokajam. Patrzę na odległy brzeg, gdzie dzielny gospodarz kończy układać nasze obozowisko. Stoi namiot, tropik, stolik. Świadczy to o tym, że cały nasz majdan jest już poukładany. Widzę Wiesia, jak mocuje się z wielką gałęzią na wieczorne ognisko. Leżę w pontonie. Rękę delikatnie pieści mi woda. Obserwuję spod przymrużonych powiek białe kłębki chmur sunące po niebie. Układają się we wzory z dziecinnych marzeń. „Chwilo, trwaj wiecznie”, jakby powiedział doktor Faust. Kocham takie chwile i obym mógł je doświadczać jak najdłużej…

Opinie (14)

Sebastian Kowalczyk

Jakbyśmy zawsze wygrywali to wędkarstwo nie miałoby takiego "smaczku" ***** :) [2014-01-27 14:21]

marek-debicki

Jakże często nawet najlepiej przygotowani, nie jesteśmy w stanie złowić przysłowiowej uklejki, a zarazem ileż to razy mamy na haku rybę życia, w najmniej spodziewanym lub wręcz niemożliwym do zrozumienia momencie. Samo życie. Dobrze Kolega zauważył puentując piękne opowiadanie, że kochamy akie chwile i aby doświadczać byśmy je mogli jak najczęściej. Pozdrawiam i *****pozostawiam. [2014-01-27 14:29]

marciin 2424

To drżenie rąk i nogi z gumy po prostu bezcenne i oczywiście otaczająca nas natura. I jak tu nie kochać wędkowania ***** :) [2014-01-27 14:34]

erykom

Wymarzona przygoda a co najważniejsze to kilkunastodniowy pobyt z naturą-bezcenne...dla mnie akurat liczy się pobyt nad wodą a nie ilość złowionych ryb.oczywiście ***** [2014-01-27 16:38]

roberto

Dla takich chwil, pędzimy nad wodę.5 [2014-01-27 17:24]

RuchPalikota2

Tekst ukazał się w "Wiadomościach Wędkarskich" ? [2014-01-27 17:34]

KkLuki

"Ryba tańczy tango na Tangu. Zastanawiam się, czy stawiany przeze mnie opór w ogóle przeciwnika męczy".. To się nazywa przygoda, jak na razie jest tylko w moich marzeniach :) Ale może kiedyś niespodziewanie coś się trafi. [2014-01-27 21:21]

grzegorz not

Świetny tekst! Oczywiście piąteczka! Pozdrawiam! [2014-01-27 22:18]

użytkownik

Ciekawy artykuł ***** [2014-01-28 16:35]

Zibi60

Nieodłączny efekt w naszym hobby. Jeśli ktoś nie przeżył podobnej przygody, to z pewnością go to czeka - dla takich chwil się wędkuje. Super opisana przygoda ! 5* [2014-01-28 17:43]

kaban

Dziewięćdziesiąty którymś tam rok i metrówka prawie moja... . Ot przypomniało mi się. [2014-01-28 18:26]

rafal-idler

Czytało się jak.... dobry kryminał :) I ten suspens na końcu ;) Super tekst. [2014-01-28 18:29]

mleczus3

Świetne opowiadanko :) Jakie to wspaniałe, że praktycznie każdy z nas przeżył kiedyś podobną przygodę... [2014-01-29 19:12]

Shapekk

Tekst rewelacyjny. Czytając go, sam przeżyłem tą przygodę, a strzępy podobnych, przeżytych przeze mnie sytuacji sprawiły, że poczułem się jak opisany bohater,. [2014-03-17 23:07]

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za komentarze Internautów.

Czytaj więcej

Nie karm trolla!

Rozdział pierwszy, z którego dowiecie się, że marzenia się spełniają…