Troszkę o boleniu, czyli bezczelna rapa

/ 11 komentarzy / 10 zdjęć


Mało ryb tak fascynuje wędkarzy, jak boleń zwany na Mazowszu rapa a nad Bugiem bieluchą – jedyny, wśród naszych ryb karpiowatych zdeklarowany drapieżnik. Owa fascynacja zapewne nie wiąże się z wyjątkową smakowitością mięsa, czy walecznością. Mięso bowiem posiada suche, dość podłe w smaku i bardzo ościste, a poważny opór stawia jedynie tuż po zacięciu. Ale zawsze cieszę się, gdy nadchodzi maj. Mogę wtedy po pracy jechać nad Wisłę i uganiać się za rybą numer 2 (po pstrągu) miesiąca - boleniem. By zrozumieć emocje związane z jego połowem wystarczy choć raz stanąć nad przykosą, czy na przerwanej główce i zobaczyć, jak bezczelna, srebrna ryba atakuje wystraszoną drobnicę. Ba, niejednokrotnie potrafi ochlapać wędkarza bryzgami wody. Mówisz wtedy: ja ci… tu pokażę! Szukasz błędnymi rozemocjonowanymi oczami odpowiedniej przynęty. Drżącymi z emocji dłońmi, przeszukujesz pudełka, zastanawiając się - Jak Go złowić? Myślisz sobie: wystarczy „tylko” posłać i poprowadzić we właściwym tempie, odpowiednią przynętę w rejon żerowania… 

Nim jednak postanowimy „dać mu szkołę”, to przeczytajcie proszę ten felieton. Najpierw trochę informacji o naszym bohaterze.

Boleń, albo rapa

Boleń pospolity, boleń (Leuciscus aspius), rap, rapa– drapieżnik z rodziny karpiowatych (Cyprinidae). Występuje w Europie Środkowej na wschód od Renu i na północ od Dunaju po Ural i Morze Kaspijskie, również w południowej Skandynawii. Podgatunek Aspius aspius taeniatus jest rybą wędrowną, żyjącą w południowych rejonach Morza Kaspijskiego.

Występuje w większych i średnich rzekach nizinnych, a także w zbiornikach zaporowych, w wodach płynących, w większych jeziorach i morskich zatokach oraz zalewach. Młode ryby żyją w małych stadach, w pobliżu brzegów. Rosnąc stają się coraz bardziej samotnikami, trzymającymi się nurtu rzeki.

Długość 50–75 cm i 6-8 kg masy ciała, maksymalnie 120 cm (masa ciała do 12 kg). Długie, wyciągnięte, bocznie nieco spłaszczone ciało. Brzuch lekko zaokrąglony, za płetwami brzusznymi biegnie pozbawiony łusek kil. Głowa spiczasta, oczy małe. Szeroki, końcowo położony otwór gębowy sięgający poza przednią krawędź oka. Nieco wysunięta szczęka dolna ma na końcu garbikowate zgrubienie, chowające się we wgłębieniu szczęki górnej. Łuski małe, 64–76 wzdłuż linii bocznej. W płetwie grzbietowej 10–11 promieni, w odbytowej 15–18. Krawędź płetwy odbytowej głęboko sierpowato wcięta, płetwy piersiowe ostro zakończone, płetwa grzbietowa stosunkowo wysoka. Zęby gardłowe dwurzędowe. Ubarwienie grzbietu oliwkowozielone z stalowoniebieskim połyskiem. Boki jaśniejsze, żółto lśniące. Strona brzuszna srebrzyście biała. Płetwy piersiowe, brzuszne oraz odbytowa są czerwonawe, pozostałe szarawe lub szarawoniebieskie z ciemniejszymi krawędziami.

Odżywianie

W okresie młodzieńczym – wrotki, skorupiaki i larwy owadów. Po osiągnięciu długości około 9 cm zaczyna odżywiać się rybami. Są to prawie przede wszystkim ukleje a także płocie oraz okonie, karasie i cierniki. W wieku starszym może atakować żaby, ptaki wodne i małe ssaki (gryzonie). Jedyny typowo drapieżny przedstawiciel rodziny karpiowatych. Często jego polowanie daje się zaobserwować na nizinnych rzekach w postaci mocnych, widowiskowych uderzeń ogona o powierzchnię wody.

Dojrzewa płciowo w czwartym roku życia, przy długości około 30 cm. Tarło odbywa się od III do V w temperaturze od 5 do 14 °C w rzekach w miejscach o szybkim nurcie i kamienistym lub żwirowatym dnie. Forma wędrowna trze się w III i IV. U samców występuje wysypka tarłowa na wieczkach skrzelowych i płetwach piersiowych. Ikra składana jest zazwyczaj na kamieniach, rzadziej na roślinach wodnych lub zatopionych korzeniach. Inkubacja trwa około 14 dni. Narybek po wykluciu ma około 7 mm długości. Napełnienie pęcherza pławnego następuje po tygodniu, pełne ułuszczenie przy długości 3 cm. W wieku 6 lat ma około 43 cm. Żyje zazwyczaj około 12 lat. Czasem krzyżuje się z jaziem. Największe znaczenie gospodarcze ma boleń we wschodniej Europie. Mięso nie posiada większych walorów smakowych. Dość popularny wśród wędkarzy(lecz ciężki do złowienia), łowiony głównie na spinning lub trolling rzadziej na żywą lub martwą rybę.

Wymiar ochronny 40 cm

Okres ochronny od 1 stycznia do 30 kwietnia

Tyle zupełnie podstawowych wiadomości zaczerpniętych z Wikipedii oraz ze znakomitego podręcznika „Ryby słodkowodne Polski” pod redakcją prof. Marii Brylińskiej wyd. II PWN 1991. 

Maćkowa skusiła się na przerobionego przez łowcę "Butcher"a"

Pozwólcie, że na boleniową przygodę zaproszę Was nad Wisłę. W wielkiej nizinnej rzece nie ma chyba bardziej zmiennych, nietrwałych i frapujących dla wędkarza łowisk niż przykosy. W internetowej encyklopedii, w „Wikipedii,” znalazłem takie oto wytłumaczenie owego terminu hydrograficznego: Przykosa – „ruchome wypłycenie w korycie rzeki, utworzone przez naniesiony piasek i drobny żwir. Przykosa często wznosi się aż do powierzchni wody i w zależności od siły ciągu przesuwa się w dół z nurtem rzeki. Wahania stanu wody oraz gruboziarnistość materiału powodują, że powstała przykosa utrzymuje się długo w jednym miejscu, czasami występując ponad poziom wody. Przykosa powstaje w części rzeki leżącej poza nurtem. Przy niskich stanach wody może wyłonić się częściowo ponad jej lustro i przekształcić się w ławicę. Przykosa tworzy stopnie, z których najniższy znajduje się w górze rzeki, zaś najwyższy, tak zwany kant, za którym znajduje się głębia, jest jej dolnym zakończeniem. Obszar wody poniżej przykosy jest zawsze doskonałym łowiskiem, gdyż stanowi naturalne stanowisko i żerowisko ryb”.

Jak poznać przykosę? Z odpowiedzią na to pytanie nie ma specjalnych kłopotów, gdy jej wierzchołek wystaje z wody jako piaszczysta, podcięta (to bardzo ważne) od dołu wyspa. Sprawa nieco komplikuje się, gdy ponad poziom wody nic lub prawie nic nie wystaje. Wtedy pozostaje nam umiejętność czytania rzeki. Otóż, kiedy rzeka płynie spokojnym głębokim korytem bez przeszkód na dnie, tafla wody jest w miarę równa. Jeśli zaś woda w rynnie czy bystrzu przyspiesza, pojawiają się na niej długie, łagodne zafalowania. Kiedy jednak na dnie znajdzie się jakaś przeszkoda, wtedy na powierzchni wody pojawiają się wyraźne zawirowania i różnej wielkości fale. 

Na powierzchni przykosa zawsze daje znać o sobie przemiałem, czyli mniejszymi bądź większymi szumiącymi falkami. Jej dolny, najwyższy uskok, czyli próg powoduje za sobą zawirowania i marszczenie się tafli, a przy połączeniu ze spokojną płanią poniżej tzw. bliznę, czyli charakterystyczny, widoczny wzdłuż całego progu przykosy wąski pas podniesionego lustra wody. 

Nie każda łacha piasku i żwiru na środku koryta rzeki jest przykosą. Nurt rzeki może odkładać też ławice, czyli masy piasku i żwiru o kształcie podłużnym z łagodnie opadającymi brzegami. Ławica podobnie jak przykosa powstaje za plosem, między środkiem koryta rzeki a jej wypukłym brzegiem. Ławice tak jak przykosy mają tendencje do powolnego przesuwania się w dół rzeki. Przy wysokich stanach wody znikają pod jej powierzchnią, tworząc płycizny, natomiast przy niższych - wystają ponad lustro. Utrzymująca się przez dłuższy czas nad powierzchnią wody ławica może porosnąć roślinnością i zamienić się w wyspę.

Na początku tego akapitu muszę Państwa ostrzec: wchodzenie samotnie na przykosę jest czystym szaleństwem, a bywa, że tragiczną w skutkach głupotą. Przemiały często są mało ustabilizowane i kryją w sobie zdradliwe miejsca zwane kurzawkami. W śródrzecznej kurzawce (płynny piach) można tak ugrzęznąć, że samotne wydostanie się z takiego miejsca nie będzie po prostu możliwe! Absolutnie nie można też podchodzić do krawędzi (kantu) przykosy. Zjazd z takiego kantu na głębokość dwóch, trzech metrów (a może być i głębiej) z ciężką wędkarską torbą lub plecakiem w spodniobutach lub woderach może zakończyć się… Warto o tym pamiętać przed rozpoczęciem wędkowania. Potem w ferworze walki z rybą może być już za późno. Z tych powodów przykosy najbezpieczniej jest obławiać z łodzi lub pontonu. A jeśli już na nie wychodzić, to w co najmniej dwie, a najlepiej trzy, cztery osoby. Zapewniam, miejsca na środku dużej rzeki nigdy nie brakuje!

Ileż to razy, stojąc nad brzegiem Wisły gdzieś pod Zakroczmiem, Nowym Dworem czy Górą Kalwarią, widziałem, jak późnym wieczorem lub o świcie, na środku rzeki „przewalały się” potężne ryby, takie „jakby do wody wpadł co najmniej worek z cementem”. Podczas takich „koncertów”, zamiast wędkować w jakiejś przybrzeżnej rynnie, często siadałem na brzegu, wsłuchiwałem się w ich basowe odgłosy i przyglądałem się, marząc o łódce. 

Czy przykosy są zawsze znakomitymi łowiskami? Prawie zawsze. Kiepskimi są jedynie te płytkie, rozmywane oraz te, które nurt właśnie tworzy, wtedy za kantem niemiłosiernie sypie piaskiem. Dobre to: 

- twarde, „stare”, ustabilizowane, za których ostrym kantem znajdujemy głęboką, spokojną wodę; 

- znajdujące się w sąsiedztwie głębokich przybrzeżnych dołów albo grubych (głębokich) kamienistych, żwirowych bądź żwirowo – kamienistych rynien; 

- kiedy styka się ze sobą kilka przykos, tworząc w środku koryta zastoisko, czyli ewidentną spokojną ostoję w pędzącym, nietrwałym świecie dużej rzeki. 

Najlepsze są te dobrze wykształcone, o charakterystycznym kształcie poziomo położonej kosy. Szczególnie dobre są wtedy, gdy ich duża część wystaje ponad poziom rzeki, tworząc na jej środku, w pobliżu głównego nurtu, piaskową wyspę. Wtedy ostry kant sąsiaduje najczęściej z porządną spokojną głębią. Podmyty zaś zwykle bok od strony nurtu z bystrą twardą rynną. A jeśli do tego położona jest na środku rozległego koryta… to głębia za nią stanowi prawdziwy niewyczerpalny „magazyn” wszystkich dużych drapieżników. 

W środku dnia okolice „blizny” i wirów odwiedzają bolenie. Poprowadzenie tam boleniowego woblera, błystki wahadłowej, słabo chodzącej gumy (o twardym ogonie)często kończy się sukcesem. Przynętę zwykle poprowadzimy dość szybko wzdłuż prądów. Zwykle, ponieważ w tym roku łowiąc na „Trilla” z „Salmo”, łowiłem piękne rapy tak jak okonie z… opadu. 

Szybkie prądy na napływie i ostrzu kosy, prócz wszędobylskich boleni mogą gromadzić brzany i klenie. Pod jednym wszak warunkiem, że w wyniku długotrwałych niżówek przykosa jest ustabilizowana i sąsiaduje od strony prądu z rynną o twardym żwirowym dnie. Tutaj znów przynętą numer jeden jest wolno prowadzony, wręcz postawiony w nurcie wobler, ale tym razem nieduży, o bardzo ostrej, intensywnej pracy. Niekiedy, choć w ciepłe i słoneczne majowe popołudnia zdarza się rzadko, ataków nie widać. Zapewne bolenie polują nieco głębiej poniżej przykos, w warkoczach tworzących się nurtu za główkami, zatopionymi konarami drzew i innymi podwodnymi przeszkodami. Z jednej strony bezczelna rapa potrafi zaatakować przynętę tuż pod nogami. Z drugiej jest znakomitym wzrokowcem i płoszy go sama obecność wędkarza, ba nawet kładący się na wodzie jego cień. Dlatego, by móc go złowić szukam stanowisk odległych. Boleń choć jest rybą nadzwyczaj ostrożną, jest też wielkim żarłokiem. Pewnie dlatego nie płoszy go żyłka 0,22- 0,26 mm lub 15 – 20 lbs plecionka.

Co prawda bolenie łowię od niemal trzydziestu lat i wydawało mi się, że na temat ich połowu wiem niemal wszystko. Jednak, jak mi się wydaje, dopiero w ubiegłym roku zebrałem naprawdę skuteczny sprzęt. 

Mam idealną boleniową wędkę. Składa się na nią:

- lekkie wędzisko Fenvick HMX długości 2,74 m i wadze 159 g. Łączy z sobą kilka przeciwstawnych wydawałoby się cech. Poza oczywiście nienagannym wykonaniem jest dynamiczne, pozwala na dalekie rzuty tak lekką (8g woblerka), jak i ciężką (np. cast mastera o wadze 18-20g) przynętą, ale co jest równie ważne umożliwia delikatny i za razem zdecydowany hol kilkukilowej ryby.

- kołowrotek, precyzyjny stary i niezawodny Aero 3000 Gt ze stajni „Shimano”,

- miękka i okrągła plecionka 0,13 mm Sufix 832, 

- jako, że bolenie są rybami dość płochliwymi 70 centymetrowej długości przypon z fluorocabonu „Maxa” grubości 0,28 mm. Fluorocarbonowy przypon ma jeszcze jedno zadanie jako, że w przeciwieństwie do plecionki jest dość sztywny w trakcie dalekich rzutów nie plącze się w kotwicach przynęt. 

Skompletowałem zestaw przynęt na cały boleniowy sezon. Na jego początek, a więc maj i czerwiec, gdy bolenie są mało wybredne i wręcz bardzo agresywne to najróżniejsze przynęty powierzchniowe:

- na szalejące po płytkich kamienistych rafach, opaskach, przelewach zatopionych główek znakomicie sprawdzają się obok od dawna używanych przeze mnie popperów się niewielkie powierzchniowe glidery stworzone do leniwego prowadzenia zygzakiem (walk the dog) Bonga Minnow i Ghost Walker. To przynęty bardzo łatwe w użyciu. Szybkie czy też wolne prowadzenie tej przynęty przynosi ten sam rezultat, eksplozję wody podczas uderzenia drapieżnika.

Szczególnie ciekawą pracę ma Ghost Walker. Jego opływowa sylwetka pruje powietrze jak pocisk, a w wodzie nie powoduje zbędnych oporów. Wąska głowa i szeroki wygięty ku dołowi korpus, wymuszają zygzakowatą pracę nawet przy najkrótszych pociągnięciach. Podczas prowadzenia, jasny uwydatniony brzuch lusterkując, wabi drapieżniki. Pozostawia na wodzie nieregularną smugę, i jak wędrujący upiór hipnotyzuje swoje ofiary nawet w nocnych ciemnościach.

Nie raz bolenie atakują stada drobnicy w odległości kilkudziesięciu metrów od brzegu. Wtedy na agrafkę trzeba założyć coś cięższego i bardziej „lotnego”. Obok błystek typu „Cast Master”, sprawdzonych „Morsów” nr 1 i 2 mam na nie różne uklejopodobne, ciężkie woblery. Przykładem ich w moim pudełku obok sprawdzonych już „Trill’i” od „Salmo” są woblery „JF Tarnus” Jurka Furmańskiego z Tarnowa.

Autor z rapą z Duchowizny

Niekiedy bolenie ustawiają się w bardzo płytkich rynnach w pobliżu brzegu. Wtedy najlepiej prowadzić jest przynęty „wachlarzem” rzucając w dół nurtu pod kątem około 60 - 45º od naszego stanowiska. Do tego celu nadają się „nieczepliwe” przynęty pływające i płytkochodzące. W takich warunkach najlepiej sprawdziły mi się różnej wielkości woblery „Martwa rybka” z Dorado i… przynęta skonstruowana przez Jacka Grzeszczka z Piastowa pod Pruszkowem „StartBajt” Ta ostatnia to bardzo dziwna przynęta. Składa się z ołowianej oliwki, drutu, wirującej lekkiej metalowej paletki i kotwiczki. Żaden z elementów, z którego została wyprodukowana nie jest pływający jednak szybko wirujące wokół własnej osi skrzydełko sprawia, że przynęta w szybkim nurcie nawet przy bardzo wolnym prowadzeniu rzadko grzęźnie w zaczepach. Równie często używanymi przeze mnie przynętami są drobno chodzące i zanurzające się najwyżej na metr, półtora woblery, ołowianki i „Cast Mastery” oraz gumy. Sprawdziły mi się też oryginalne YO –ZURI typu „Arms Minnow” SP (90 mm) lub 7 cm „Pin’s Minnow”. Te pierwsze, są przynętami suspending (o ciężarze właściwym wody), drugie zaś tonącymi (sinking) bądź pływającymi (floating). Ich jedyną wadą jest dość wysoka cena, którą z pewnością nadrabiają nieosiągalną dla podobnych wyrobów łownością. Mimo, że ostatnio pojawiło się na rynku sporo ich tańszych podróbek, używam wyłącznie oryginalnych. 

O ołowiankach i boleniowych gumach napisano już niemal wszystko. Dlatego wspomnę o „Cast Masterach”, które były boleniowymi odkryciami z delty Wołgi. Te chromowane jasne przynęty, produkowane są w różnych rozmiarach i barwach. Pozwalają rzucać i prowadzić tak daleko jak potrzeba. Niestety, na razie są w Polsce bardzo trudno osiągalne. 

Na wysokiej, wezbranej wiosenną wodą Wiśle już nie raz bywały moją „tajną bronią” przypalone „Gnomy” i „Morsy” nr 1 i 2. Stosunkowo duża błystka zwykle pozwalała na dalekie rzuty i… uniemożliwiała zbyt szybkie prowadzenie, co szczególnie w maju, w burej wiślanej wodzie okazywało się dość skuteczne. Z moich majowych doświadczeń wyraźnie wynika, że o tej porze roku bolenie wcale nie są aż tak bardzo ostrożne i zbyt szybkie. Przeciwnie, lubią, gdy przynęta niezbyt szybko ucieka im z przed nosa. Stosunkowo duże rozmiary „Gnoma nr 2” w przeciwieństwie do powszechnie stosowanych ołowianek powodują, że „działa” on selektywnie, dobrze „odganiając” niewielkie nie- interesujące mnie boleniki. 

Dałem Państwu kilka naprawdę łownych przynęt, ale mam nadzieję iż wiecie, że bolenie są rybami z powodu rzadkości mięsa i olbrzymiej ilości ostek niejadalnymi. Dlatego proszę puszczajcie je z powrotem do wody. Niech w dalszym ciągu gonią po powierzchni przerażoną drobnicę i uprawiają swój rzeczny balet... Przecież tak się nam wędkarzom to podoba! 

Opowieści o boleniach

Podebranie z łódki wiślanej rapki

Marian Opania - aktor

Pewnego razu z moim przyjacielem Maciejem de Korczak - Leszczyńskim pojechaliśmy do ośrodka prezydenckiego w Otwocku Wielkim. Bardzo urokliwe miejsce, ale pan kierownik mówił, że ponieważ jeziorko dawno nie było zarybiane, z rybą jest kiepsko. Od czasu do czasu - rzucają się tam wielkie drapieżniki. Ja oczywiście zarzuciłem na szczupaka. Przynętą była duża płotka. Ale słabo było z ciężarkiem i żywiec pływał po wierzchu. Pomyślałem - A pies drapał i tak nic nie złapię. Szczupakówkę pozostawiłem na pomoście, drugą wędką, z sąsiedniego pomostu starałem się nałowić jakiejś drobnicy. Byłem wtedy niedomagający na kręgosłup, miałem rwę kluszową i potwornie mnie bolało. Także ledwo siedziałem na składanym krzesełku. Oczywiście, nic nie złapałem.

Pięknie zachodziło słońce… Rozmarzyłem się - Ach gdyby tak nagle, przypadkowo, takiemu amatorowi jak ja, zaczepił się boleń… 

Patrzę, a tu spławik szczupakówki zniknął… Znasz to uczucie kiedy bierze ryba, a wędka znajduje się daleko od ciebie… Adrenalina jest taka, że - nie ma kręgosłup, nie ma rwa kulszowa, nie ma wiek starczy, tylko szybkość co najmniej Ovensa*. W pięć sekund dopadłem do szczupakówki. Zaciąłem. Żyłka odjechała na środek jeziora.

Myślę sobie - O Matko Boska! Wreszcie życiowa ryba! 

Zaczynam ją holować. Patrzę, a tam spod wody coś błyska. Widzę - duży ogon. Myślę sobie - To nie szczupak! Co to jest?

Maciek Leszczyński, który w sekundę przyleciał do mnie mówi: - Ty! To jest boleń! 

Nie widziałem przecież w życiu rapy! Ściągam rybę. A on mnie poucza: - Nie tak, nie tak! Najpierw wędką, dopiero potem kołowrotkiem! 

Ja mówię - pies drapał tam!

Teoretycznie powinienem z tą rybą walczyć około piętnastu minut - tak mi powiedział Maciek. Ja „sprawiłem” ją w ciągu trzech. Nie chciała się zmieścić do podbieraka. W końcu wywaliłem ją na brzeg. Był to boleń - jedna z największych ryb, jakie udało mi się w życiu złapać - ważył około 3 kilo, miał 71 centymetrów. Obfotografowałem się na wszystkie strony. Jak go ciągnąłem, myślałem sobie: - Matko Boska żebym tylko go wyciągnął. Bo przecież koledzy mi nie uwierzą! I rzeczywiście - nie zbyt wierzyli Wiktor Zborowski i Jan Janga Tomaszewski, ale miałem świadka i dokumentację. A im do tej pory nie udało się bolenia złapać! Taki Bronek Kornaus z „Partity” świetny wędkarz, a też z boleniami u niego jest krucho! (fragment wywiadu mojego autorstwa, który nagrywałem w Duchowiźnie nad Wisłą w 2003 roku).

Franciszek Szajnik z Dynowa - znakomity muszkarz, członek najlepszej w historii drużyny muchowej w latach 1989 - 1995. indywidualny Mistrz Świata w Wędkarstwie Muchowym z Wali 1990 r., wicemistrz świata z Kanady 1992 rok. 

- Prawdziwym rybim profesorem zamieszkującym wody Sanu jest boleń. Zalety wędkarskie najlepiej oddał kiedyś Józef Jeleński nazywając go… „prawie łososiem” i wytykając mu, jedyną wadę że… nie należy do ryb łososiowatych. 

Najlepszym czasem na bolenie jest okres tarła uklei. Zaloty tych małych rybek rozpoczynają się u nas końcem maja i trwają często do połowy lipca. Stada uklejek gromadzą się wtedy na śródrzecznych szurkach (płytkich bystrzykach). Poniżej zaś, w głęboczkach na otumanione i osłabione miłością rybki czekają drapieżniki. Wśród nich prym wiodą oczywiście bolenie. To też nic prostszego. By złowić bolenia należy znaleźć tylko takie miejsce. Przeciągnąć jasnym streamerem i… pod ciężarem szalejącej ryby może zatrzeszczeć nawet najsolidniejsze wędzisko, a kołowrotek zagra miłą uchu każdego wędkarza melodię.

Przy niskim stanie wody bolenie łowię na linkę (I) przy wyższym zaś linkę słabo tonącą. Przypon 0,22 -0,25mm. Jako przynęt używam jasnych streamerów i muddlerów wykonanych na haczykach nr 2 - 4.

- Mam jeszcze jedno pytanie: Co robisz ze złowionymi boleniami i kleniami?

- Najczęściej wypuszczam, ale nie raz oddaję Andrzejowi, który opieka je i następnie marynuje je w occie. W zalewie drobne ości się rozpuszczają a mięso nabiera jędrności. Pychota polecam. 

 


5
Oceń
(25 głosów)

 

Troszkę o boleniu, czyli bezczelna rapa - opinie i komentarze

florek13florek13
+1
Złośliwe łobuzy... U mnie na zaporówce regularnie obrywam wodą od polujących boleni (nawet pow. 70-80 cm). Przez ponad roku dało mi się tylko jednego zdjąć (ok 50 cm). Prują wodę nawet między nogami na plaży z której łowię sandacze, bo wiedzą że są nie do ruszenia (woda ma max 10 cm. + zaczepy) (2015-05-15 14:55)
KomanczKomancz
+1
Ojjj nie zgodzę się z opinią, że mięso ma suche i niesmaczne. Nie raz jadałem i wolę od szczupaka. Wystarczy tylko umiejętnie wyfiletować i cieszymy się przepysznym mięsem bez ości. Co do połowu to nie raz dostałem od boleni przysłowiowy policzek. Kiedyś się jeszcze trafi ;) (2015-05-15 15:57)
Zander51Zander51
+1
Profesjonalny tekst profesjonalnego łowcy a czyta się jednym tchem. Czytałem Pana 25 lat temu i miło się czyta i teraz. Nie jestem łowcą boleni ale kilka mam na koncie. Traktuję je jako przyłów,bo stawając z nimi w szranki obrywałem boleśnie. Kpiły wręcz ze mnie. (2015-05-15 19:38)
użytkownik146431użytkownik146431
+1
Mam nadzieje,że napiszę Pan tutaj jeszcze kilka tak ciekawych artykułów. (2015-05-16 07:49)
baloonstylebaloonstyle
+1
Nic nowego, same schematy znane od dawna i prowadzące w błąd początkującego. (2015-05-16 08:36)
barrakuda81barrakuda81
+1
Takie artykuły czyta się z wielką przyjemnością! Bolenie z Wisły to jeden z moich priorytetów na ten rok. Pierwszy falstart zaliczony ale mam nadzieję że będzie lepiej... Jak zwykle to ryby ustalają reguły tej gry.Pozdrawiam. (2015-05-16 09:54)
użytkownik58993użytkownik58993
+1
u Mnie we Warcie - rzece dość wąskiej i o silnym uciągu jest ryba trudną do złowienia !!! trzeba się naprawdę postarać + odrobina szczęścia (2015-05-16 21:09)
okiem_sandaczaokiem_sandacza
+1
I dlaczego takie wpisy mają po 7 komentarzy a bazarowe kołowrotki ponad 100 ? :( (2015-05-21 09:33)
wiekla42wiekla42
0
Super artykuł. Z niecierpliwością będę czekał na następne. Gratuluję i serdecznie pozdrawiam. (2015-05-24 14:24)
NinjaYorkNinjaYork
+1
Pamiętam... Boleń moja pierwsza ryba na spinning. Miałam 11 lat, pojechałam nad Supraślankę. Pierwszy raz łowiłam na spinning, a moi rodzice na wędkarstwie się nie znali, jedynie ojciec jeden raz z zwykłym patykien na leszcza się wybrał. Najpierw żyłka się plątała, potem zarzuciłam na krzak, no trudno. Wreście się udało, ale przy zarzuceniu żyłka owineła się wokół kołowrotka. Jak odplątałam pociągnęłam do brzegu, by jeszcze raz zarzucić, i wziął! Mój pierwszy, 55 cm boleń. Ale była radocha :) (2017-08-25 12:14)
Romuald55Romuald55
+1
50 lat temu łowiłem rapy,bo tak nazywano bolenie na mazurach,na Drwęcy w ok Nowego Miasta Lubawskiego na żółty ser metodą gruntową.Duże bolenie! (2017-08-25 23:39)

skomentuj ten artykuł