Trzy dni szczęścia...

/ 5 komentarzy / 5 zdjęć


Trzy dni szczęścia




   Przełom lipca i sierpnia 2009 roku… . 

Kilka dni wcześniej późnym wieczorem złowiłem parę

fajnych kleni i planowałem kolejną bardziej nocną wyprawę. Około 17 tej

wyszedłem z domu i może zbyt wcześnie, ale chciałem wybrać i przygotować sobie

przed zmrokiem kilka miejscówek. Rzeka nie jest duża, a brzegi strome i

zarośnięte. Bez przygotowania sobie dojścia do brzegu, aby w nocy oddać dobry

rzut nie ma łowienia po zmroku, a brodzenie odpada bo „te grube” lubią przy

gwiazdach wpływać na płycizny i polować na kiełbiki, a spłoszyć je łatwo. Jedno

dwustronne pudełko ze sprawdzonymi woblerami i drugie mniejsze, a w nim kilka

wirówek, gumek, cykad i nimf wystarczy na pewno. Do tego zapasowa szpula do

kołowrotka, „coś” przeciw komarom, butelka wody i niewielka latarka dopełniają 

podstawowy ekwipunek.





   Wchodzę do wody i

oddaje pierwsze rzuty. Po kilkunastu minutach mam na koncie dwa małe okonki i

nic poza tym. W planie mam do przerobienia około kilometra rzeki, godzina dość

wczesna więc się nie martwię brakiem kleni. Minęła godzina… ja łowię okonki,

jedną niebogatą świnkę, dwa małe kleniki i zaczynam się zastanawiać „gdzie oni

są, brakuje ich”. Kilka kolejnych sprawdzonych letnich miejscówek na zero

wprawia mnie w małą nerwówkę. Godzina około 19 : 30 i myślę czy warto zostać po

zmroku, bo zaliczyłem tylko kilka maluchów co zazwyczaj nie jest żadnym

problemem i może zwyczajnie dziś nie biorą „bo coś tam”.





  Dochodzę do końcówki

zaplanowanego odcinka, siadam na kamieniu i grzebię w pudełku szukając jakiegoś

killera. Zapinam starego woblerka, jednego z pierwszych jakie wystrugałem i

rzucam pod przeciwległy brzeg z nawisami wierzbowych gałęzi. Wobek wpada do

wody i momentalne uderzenie, ryba zacina się właściwie sama i pierwszy kleń po

chwili ląduje w moich rękach. Drugi rzut w to samo miejsce i druga ryba. Po

trzech kolejnych zaczynam się zastanawiać o co tu chodzi ? Miejsce podobne do

kilku wcześniejszych, gdzie nie zaliczyłem nawet dotknięcia, przynęta jak wiele

innych, które były już w wodzie, rzucam i prowadzę podobnie… zagadka. Zmieniam

woblera na tego, który był dziś jednym z pierwszych zapiętych na agrafce, rzut i

kleń !!!  Schodzę około dziesięciu metrów

niżej zapinam obrotówkę rzut i zero, drugi i to samo. Wracam do drewienka i

kleń czterdziestak !!! Zmieniam woblery co do koloru, kształtu, pracy, i nie ma

to żadnego znaczenia, bo jeżeli nie mam brania w chwili wpadnięcia przynęty do

wody to uderzenie następuje w połowie głębokości albo przy dnie i nawet „pod

nogami”. Nie mam pustych przebiegów i po bodajże trzydziestym kleniu przestaję

liczyć zapięte ryby. Co kilka wyjętych ryb schodziłem kilka kroków niżej i

zabawa trwała dalej. Wyciągam kolejnego klenia, a ten ma zdeformowaną dolną

szczęką (chyba połamana przy odhaczaniu przez jakiegoś wędkarza, a przynajmniej

tak to wygląda) puszczam i po kilku następnych łowię go znowu !!! Zastanawiam

się ile w takim razie z wyciągniętych ryb miałem zaliczonych dwa, a może trzy

razy? Cała moja wiedza i zebrane wcześniej doświadczenia na temat płochliwości

i ostrożności kleni runęły w gruzach.




  Zaczyna się

ściemniać, ale ja jestem „wyłowiony” i rezygnuję z nocnego polowania. Wracając

do domu zastanawiam się tylko co mogło spowodować, że ryby brały tylko na

ostatnich około stu metrach wytypowanego łowiska jeśli wyżej miejscówki też są

atrakcyjne i kilka dni wcześniej przy prawie identycznej pogodzie łowiłem je

tam bez problemu.




   Oczywiście

następnego dnia po południu znowu jestem nad rzeką i zaczynam z tego samego

miejsca co wczoraj, bo chcę sprawdzić czy rzeczywiście wyżej „nie ma ryb”.

Sytuacja się powtarza, kilkanaście niedużych okoni, dwa jelce trzy nieduże

świnki i trzy niewielkie kleniki. Docieram do mojego „eldorado” i zaczyna się… .

Łowię klenia za kleniem w przeciętnej wielkości około 35 cm i nawet ich nie

liczę. Zastanawia mnie ciągle tylko fakt dlaczego właśnie „tu”, a w innych

fajnych miejscach mizeria. Wystarcza, że wobler nie przekracza 3 cm i kolorem

przypomina kiełbika, uklejkę bądź okonka i już sama akcja ma drugorzędne znaczenie.

To czy jest tonący czy pływający też nie robi na kleniach żadnego wrażenia. Jak

poprzedniego dnia biorą od dna do powierzchni i w momencie kiedy wobek wpada do

wody i pod koniec prowadzenia pod nogami. Nie liczę złowionych ryb bo i po co.

Zaczyna się ściemniać i brania ustają co znowu mnie zastanawia, bo zazwyczaj w

upalne dni właśnie o tej porze zaczynały się najlepsze brania. Wracam do domu

spełniony, a jednocześnie z mętlikiem w głowie, bo ostatnie dwa dni zburzyły

wszelkie fundamenty mojego podejścia do łowienia kleni które zebrałem

dotychczas.




   Dzień trzeci i

pomijam już górny odcinek. Schodzę na początek mojego „eldorado” i wykonuję

pierwszy rzut. Woblerek wpada do wody i od razu branie kij wygięty, hamulec oddaje

żyłkę i cóż znowu pełnia szczęścia. Zaczynam od klenia 40+, nie wiem dokładnie

ile bo nie mierzę dokładnie, a tylko porównuję z długością dolnika i jak zwykle

wypuszczam. Brania są może ciut rzadsze, ale w końcu łowię tu trzeci dzień i nie

mam pojęcia ile tu ich właściwie pływa ile z nich skłułem minimum raz i czy

jeszcze jest tu jakiś, który nie miał ze mną kontaktu. To właściwie tylko 100 m

rzeki. Po kilkunastu kleniach łowię po raz trzeci tego z połamaną szczęką i

zaczynam się zastanawiać czy mit o ich płochliwości jest prawdziwy. Słońce już

zaszło, robi się szarówka i brania się kończą.




  Przez kolejne trzy

dni nie miałem możliwości wyrwać się nad rzekę. W końcu mam wolne popołudnie i

jako, że pogoda właściwie się nie zmienia to w ciemno zasuwam na sprawdzony

odcinek. Na pewniaka zapinam jednego z ulubionych i najbardziej kleniodajnych

woblerków i wykonuję pierwszy rzut spodziewając się natychmiastowego brania… .

Bez kontaktu, ale cóż tam muszą tu przecież być. Kolejne puste rzuty mnie

trochę dziwią. Dopiero po około dwudziestu minutach łowię pierwszego. Dłuższa

przerwa i drugi zaliczony. Kilka okoni i kolejny kleń dają mi do zrozumienia,

że wszystko wróciło do normy i szał minął.



  W kolejnych dniach

łowiłem już „normalne” ilości ryb i w typowych miejscówkach. Kilka czasami

kilkanaście kleni okraszone okoniami i czasami świnką lub małym pstrągiem

dopełniały udaną wyprawę. W roku 2010 przeszła naprawdę wysoka woda, która

całkowicie zmieniała koryto rzeki. Tam gdzie przeżyłem swoje najlepsze trzy dni

kleniowego szczęścia zrobiła się głęboka woda, na dnie zalega muł i klenie

pojawiają się tam właściwie w większych ilościach tylko w zimie przeczekując

najgorszą porę roku.




  Do tego czasu

zastanawiam się co było powodem takiego zachowania ryb, o czym może nie

pomyślałem, czego nie wziąłem pod uwagę i na razie na rozwiązanie tej zagadki

nie wpadłem. Może kiedyś… .



  Klenie same w sobie

może niewielkie jak dla łowców „metrówek”, ale mnie pochłonęły od kilkunastu

lat i mimo, że wyprawy na pstrągi uwielbiam to ten gatunek daje mi przez

ostatnie lata najwięcej szczęścia. Szkoda tylko, że o fajne klenie u mnie coraz

trudniej choć ponoć zdecydowana większość wypuszcza wszystkie złowione ryby… .



  Pozdrawiam i miłośnikom
kleni powodzenia życzę.







 

 


5
Oceń
(20 głosów)

 

Trzy dni szczęścia... - opinie i komentarze

ryukon1975ryukon1975
+1
Właśnie pytania na które nie potrafię odpowiedzieć najbardziej ciągną mnie nad wodę. Rybostan faktycznie jest zmienny na przestrzeni lat. Każdego roku można wyróżnić jakieś gatunki, niestety w tym roku u mnie to sum. Mam tylko nadzieję że z kilka lat nie opanuje rzeki i nie zeżre do cna innych gatunków. (2015-07-29 10:42)
pstrag222pstrag222
+1
Właśnie te pytania i szukanie na nie odpowiedzi dodają takiego wyjątkowego smaczku naszemu hobby... ryukon1975 też bym tak chciał aby gdzieś u mnie na łowiskach szło połowić wąsatych (2015-07-29 16:42)
Jakub WośJakub Woś
+1
jeszcze 3 dni i mam nadzieję, że ja będe poławiał takie kluseczki ***** (2015-07-29 20:40)
rysiek38rysiek38
+1
ot ciekawostka potwierdzająca moją zasade a mianowicie ze ryby nie akceptują naszych zasad - mają tylko sobie znane swoje ,które nijak maja sie do naszych. Jakby nie patrzec to podobno na tej planecie byliśmy ostatni co nie znaczy najmądrzejsi (2015-07-30 23:01)
rysiek38rysiek38
+1
P.S . piątal oczywiście i dzięki za miłą lekturkę a tak na marginesie dodam że pewien szczupły tak się uwziął na mojego mepsika że zaatakował trzy razy pod rząd,po uwolnieniu odpływał pod ten sam krzak (było go widać) jak i jego ataki .pmyślałem szkoda cię kłuć gamoniu i łowiłem paręnaście metrów dalej (2015-07-30 23:08)

skomentuj ten artykuł