Udana wyprawa na lina


Dziś rano wybrałem się nad swoje ulubione łowisko J.Siekiera położone około kilometra od mojego domu.
Po dotarciu nad jezioro rozłożyłem mojego ulubionego bata 6 i starą dobrą Daiwę. Na haczyk nr 10 założyłem 1 gnojaczka, a na Daiwie 4 gnojaki i wyrzuciłem je w miejsce w którym łowi dziadek mojego kolegi. Mija pierwszy kwadrans, a ryba jakoś nie bierze. Dopiero po 20 minutach spławik zaczyna "tańczyć"- czekam na dobry moment i jest, siedzi coś ładnego. Powoli męczę rybę po czym podciągam ku powierzchni wody. Lin, około kilograma. Sięgam po podbierak, nie ma go, Rozglądam się po mostku nigdzie nie ma. Okazało się, że jest jeszcze w pokrowcu, no dobra jakoś sobie poradzę, skleroza nie boli, ale potrafi zdenerwować. Po krótkim siłowaniu się z linem rybka wpływa mi prosto w rękę. Miara w dłoń, rybka ma 31 cm, myślę może być i wrzucam go do siatki. Po godzinie wyciągania okoni wziął jeszcze leszczyk 40 cm i nastała cisza. Zrobiło się pochmurno i zaczął padać deszcz, a po chwili rozpętała się ulewa. Zwijam sprzęt i pędzę do domu. Po drodze spotykam księdza wikarego, oraz pana kościelnego, którzy też uciekają już do domu. Chwila rozmowy o rybkach prezentuje swoje dwie ryby, a panowie zapraszają mnie do swojego wiaderka, podnoszą pokrywkę a tam okonie i płotki. Z czego 2 okonie 38 i 41 cm. Gratuluję obu panom i biegnę do domu.
Na koniec pragnę dodać abyście zawsze wyciągali podbierak i nie popełnili takiego błędu jak ja.

 


2
Oceń
(1 głosów)

 

Udana wyprawa na lina - opinie i komentarze

skomentuj ten artykuł