Zaloguj się do konta

W białych skarpetach nad Parsętą

Każdy człowiek który kiedykolwiek miał okazję stanąć nad brzegiem którejkolwiek z pomorskich rzek trociowych, lub też ostatnimi latami trociowo-łososiowych, musiał ulec jej urokowi. Powalone do wody drzewa, głębokie doły wymyte przez nurt, podmyte burty, ciasne zakręty w otoczeniu lasu – wszystko to powala swoją dzikością, namiastką dziewiczej natury. Tradycyjnie już za królową pomorskich rzek uważa się Parsętę, rzekę w województwie Zachodniopomorskim o długości 139 km uchodzącą do morza w Kołobrzegu. Nic więc dziwnego że dostawszy propozycję żeby stanąć nad jej brzegami, nie wahałem się ani przez chwilę. W skład ekipy wchodzili: Łukasz – maniak trociowy, wielki fan rzeki Słupi, Radek – organizator całej wyprawy, również dotknięty chorobą nazywaną „Srebrnicą”, doskonale znający Parsętę ;), i ja najmniej doświadczony łowca troci, ale nadrabiający animuszem ;)
Przygotowania ruszyły pełną parą. Sprawdzanie i dokupowanie przynęt, wymiana kotwic na wzmacniane „gamaki” , przegląd starych i nawijanie nowych żyłek… tak, tak, w połowach ryb tak silnych jak Trocie, w miejscach takich jak Parsęta wymaga szczegółowego przygotowania sprzętu, a przecież zawsze może podwiesić się „łosiek” a ten to już wybitnie potrafi przetestować elementy zestawu.
Dzień przed wyjazdem wybrałem się z Łukaszem na zakupy do pewnego sklepu wędkarskiego, miłego każdemu fanowi spinningu, uzupełnić zapasy o jeszcze kilka przynęt. W drodze Łukasz obdarował mnie kilkoma przynętami wykonanymi przez pomorskich rękodzielników (jeszcze raz dzięki) i zapytał:
- wziąłeś białe skarpety???
- a po co??? – zapytałem – żeby po dniu łowienia stały się szare?
-jest taka tradycja wśród „trociarzy” że jak jesteś pierwszy raz nad rzeką to powinieneś ubrać białe skarpety – wyjaśnił Łukasz i dodał że on miał ubrane jak był pierwszy raz nad Parsętą.
W sumie nie mam nic przeciw takim „zabobonom” , mają znamiona dobrej zabawy i sumie to nie wiadomo czemu nad wyraz często się sprawdzają, dlatego po powrocie do domu włożyłem do torby dwie pary śnieżnobiałych skarpet.
Nadszedł dzień wyjazdu. Chłopaki przyjechali po mnie po północy i ruszyliśmy na spotkanie z przygodą. Droga zleciała nam na pogawędkach wędkarskich i nie tylko i o godzinie 3-17 zatrzymaliśmy się przed mostem na Parsęcie w okolicach Rościna. W zupełnych ciemnościach stanęliśmy na moście wsłuchując się w odgłosy rzeki. Od razu dało się słyszeć że to nie strumyczek, a głęboka pomorska rzeka, przewalająca swój nurt przez liczne podwodne przeszkody jak głazy i powalone drzewa. Gdybym miał porównać jej odgłosy do innych rzek to tak jakbym porównywał eunuchów z Bee Gees do kozackich bębnów prowadzących wojów hetmana Chmielnickiego do boju. Kiedy zaczęło świtać ruszyliśmy rozwijać sprzęt i przygotowywać się do rozpoczęcia łowów. Po kolei: wędka, kołowrotek… przeciągnąć żyłkę przez przelotkę szczytowa w półmroku, to nie lada wyczyn… wędka gotowa… Kiedy wciągałem wodery w szarości poranka zalśniły moje białe skarpety, hołd który składałem rzece będąc po raz pierwszy nad jej brzegami i podtrzymanie wędkarskiej tradycji. Jeszcze tylko wypełnienie rejestrów i ruszyliśmy nadbrzeżną ścieżką odprowadzani charakterystycznym „szczekaniem” koźlaka z pobliskiego zagajnika.
Okolica od której zaczęliśmy połowy to tak zwane „trzy mosty”. Schodziliśmy w dół rzeki obławiając ciekawe miejsca, których było tak dużo że niejednokrotnie staliśmy prawie ramię w ramię. Pomimo że zaobserwowaliśmy kilka spławów ryb, żadna nie była zainteresowana naszymi przynętami, ale rzeka wynagradzała nam to pięknymi widokami. Cóż, „trociowanie” to nie łowienie płotek, nawet w takiej rzece jak Parsęta trzeba sobie rybę „wychodzić”. Więc szliśmy, szliśmy i szliśmy…
Trzeba uczciwie przyznać że w poruszaniu się brzegami bardzo pomaga ingerencja społeczników z Towarzystwa Przyjaciół Rzeki Parsęty. Prowizoryczne kładki rozpięte nad wszelkiego rodzaju rozpadlinami, grząskie brody niezliczonych strumyków wzmocnione żerdziami, przejścia przez wszelkiego rodzaju płoty zabezpieczone drewnem i ławeczki na których można spocząć po kilku kilometrach wędrówki w ciężkim terenie wszystko to znakomicie ułatwia wyprawy i podnosi bezpieczeństwo nad wodą.
Idąc wciąż w dół rzeki doszliśmy do lewobrzeżnego dopływu, którego nazwy nie znam. Poniżej tego miejsca zarzuciłem srebrną obrotówkę pod drugi brzeg i sprowadzałem ją łukiem. Kiedy błystka znalazła się na środku rzeki poczułem gwałtowne uderzenie i … i na tym koniec. Adrenalina podskoczyła, ale pomimo kilkukrotnego przeczesania tego miejsca różnymi przynętami, ryba nie ponowiła ataku. Nic się nie działo również w innych miejscach gdzie wcześniej padały ryby. Około pół kilometra poniżej ostatniego z „trzech mostów” rzeka prostuje się i płynie „gładko” z rzadka ocierając się o zwaliska bądź głazy. Ten odcinek uznałem za mało atrakcyjny ponieważ ciężko w nim zlokalizować ryby i udałem się w dół rzeki w poszukiwaniu ciekawszych miejscówek. Zagadnąłem napotkanego autochtona, ale ten tylko wzruszył ramionami i powiedział że dzisiaj ryby nie biorą. Dowiedziałem się również że widział „osiemdziesiątkę” idąca po powierzchni w górę rzeki, więc są na pewno. Schodząc cały czas w dół doszedłem do miejsca które nazwałbym klasyczną „eską”. Miejsce idealne dla srebrniaków, nurt pod prawym brzegiem wymył rynnę i rozbija się o burtę pierwszego zakrętu, aby potem przelać się pod przeciwległy brzeg i tam zrobić to samo. Zacząłem obławiać to miejsce z dokładnością o jakiej marzą polscy piłkarze. Niestety pierwszy łuk okazał się nie zamieszkany, w drugim po którymś z kolei rzucie przytrzymanie i… coś jest, chwila napięcia i już wiem że to zaczep… Kilka szarpnięć i udało mi się złamać przegniłą gałązkę. Kiedy ściągałem ją pod powierzchnią coś zaczęło do mnie mrugać seledynem i na gałązce znalazłem obrotówkę HRT , ale nie byle jaką… Na seledynowym skrzydełku naklejona była holograficzna naklejka – Salmo Parsęty Kołobrzeg 2010. Była to błystka którą organizatorzy rozdają uczestnikom zawodów trociowych. Dobre i to – pomyślałem – i wróciłem do obławiania miejscówki. Zostało mi do spenetrowania już tylko wyjście z zakrętu. Zarzuciłem obrotówkę pod zwisające nad nim gałęzie drzew, trzy obroty korbką i uderzenie! Tym razem nie było wątpliwości, po szybkim zacięciu na powierzchni wody zagotowało się. Trotka jak wściekła miotała się przy powierzchni próbując wrócić do swojego dołka, kilka razy odjechała w nurt który potęgował siłę ryby, ale po mniej niż dwóch minutach skapitulowała. Rybka miała 62 cm i ważyła około 2,5 kg. Sesja zdjęciowa i dowiaduję się że kończymy poranną turę. Czas pojechać na kwaterę zjeść coś, zdrzemnąć się, nabrać sił na turę popołudniową.
Nasza kwatera, znajdowała się w miejscowości Dygowo, położonej około 3 km od Parsęty. W Dygowie znajduje się jedyny znany mi pomnik Łososia, na placu, na którym corocznie odbywa się festiwal łososia.
Chodząc po mieszkaniu za nic nie mogłem zmazać uśmiechu z gęby, jarzyłem się chyba nawet przez sen do którego ułożyliśmy się wykończeni długą wędrówką i upałem. Około 15-00 zadzwonił budzik, obwieszczając przygotowania do wymarszu. W popołudniowej sesji miał nam towarzyszyć kolega Radka, Zbyszek, miejscowy wędkarz z duuużym doświadczeniem, którego zawsze warto podpytać, podejrzeć.
Łowić zaczęliśmy od mostu na autostradzie. Zbyszek i Radek poszli w dół, a ja i Łukasz w górę rzeki. Znowu przebieżka po pokrzywach wysokości Pałacu Kultury, skakanie po powalonych drzewach… do tego jeszcze wszędobylskie komary, meszki i upał… Pomimo szczerych chęci i poświęcenia nic tego popołudnia nie udało mi się złowić, natomiast wiele udało mi się urwać ;) Było by tego znacznie więcej gdyby nie wyczepiacz Made by Łukasz, który w większości przypadków ratował przynętę z zaczepu. Byłem ciekawy jak u innych bo w amoku łowieckim porozłaziliśmy się po rzece jak dzikuny po rybim truchle. Już po zmroku dotarliśmy do samochodu w którym zastaliśmy Radka w hmmm… negliżu  Zagadnięty o to co się stało, opowiedział nam historię jak z filmów w Nat Geo. Radek zaciął ładną trotke – szacował ja na około 5 kg – a ta uciekła mu w zwalisko. Jako szczęśliwy posiadacz spodnio butów oddychających, wszedł do wody żeby wyprowadzić rybę z zawad, ale dał o jeden krok za daleko i musiał się kawałek przepłynąć a do tego stracił rybę. Cóż przygoda to przygoda, czasem się kończy tak, czasem inaczej. Tego dnia słyszeliśmy o tylko jednej potwierdzonej rybie około 2 kg złowionej przez miejscowego wędkarza. Śmiejąc się z przygody Radka wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy na kwaterę.
Drugiego dnia na poranną sesję Radek wybrał odcinek rzeki o lokalnej nazwie „świerki”. Parsęta w tym miejscu wygląda imponująco, jest dużo szersza i głębsza niż na „trzech mostach”, przy brzegach widać potężne głazy, które w niektórych miejscach zalegają nawet na środku rzeki. Niestety jedyne co się wydarzyło na tamtym odcinku rzeki to spływ kajakowy. Takie drobiazgi nie były w stanie zepsuć humorów w naszej ekipie i decydujemy żeby przeskoczyć na odcinek poniżej zapory w Rościnie.
Po przybyciu na miejsce idziemy zobaczyć tamę z jej słynną przepławką. Niestety, pomimo że teren jest ogrodzony tuż przed wejściem do przepławki stoi sieć kłusownicza. Tak kłusownictwo to ciemna strona Parsęty. Bandy „kłusoli” z Rościna i Karlina za nic maja sobie śmieszne wyroki sądu- jeśli w ogóle dojdzie do zatrzymania - i pustoszą rybostan rzeki sieciami i prądem.
Parsęta poniżej zapory wygląda jak rzeka z „trociowej bajki”. Zwalisko na zwalisku, niektóre tak wielkie że zmuszają rzekę do wymycia sobie nowego koryta, głębokie rynny nad skrajem których można stanąć brodząc w woderach, przykosy, wysokie burty z obsuwiskami, płytsze odcinki których dno jest usłane głazami i żwirem – jednym słowem „miód z kiełbasą”. Idąc w dół w tak pięknych okolicznościach przyrody zaszedłem na pewną łączkę. Właśnie przewiązywałem zestaw kiedy za mną pokazało się kilka sztuk „rogacizny”. Nie przejąłem się tym zbytnio, dopóki tętent racic nie przyspieszył, odwróciłem głowę i ujrzałem pięć czy sześć rogatych bestyjek galopujących prosto na mnie. Schyliłem się nieco i brak wymion uświadomił mi że to naładowane testosteronem młode byczki pragną sobie zrobić z mojej dupy tarczę strzelniczą. Wycofałem się na z góry ustaloną pozycję na powalonym do wody pniu wielkiego drzewa i nim skończyłem wiązać, bydło oddaliło się do wodopoju, a ja dalej w dół rzeki. Tuż poniżej łączki złapał nas deszcz, a w zasadzie ulewa. Razem z Łukaszem przeczekałem ją pod drzewem licząc że niski stan wody podniesie się po deszczu, ale było wręcz odwrotnie, ot zamknęli tamę na rzece. Po deszczu trocie postanowiły dać mały spektakl spławów. Tyle spławiających się ryb o takich rozmiarach nie widziałem nigdy, niestety stara wędkarska prawda o tym że ryby które widać nie biorą i tym razem się potwierdziła. Nawet namierzone ryby nic nie robiły sobie z naszych przynęt. Im dalej w dół rzeki, tym teren stawał się trudniejszy do przebycia. Ściana pokrzyw i ostów powiązanych czymś w rodzaju bluszczu była nie lada wyzwaniem, a w tym wszystkim jeszcze powalone drzewa i insekty. Niejednokrotnie musiałem używać techniki zwanej „marszem krasnali” – której nie używałem od czasu lekcji WF w podstawówce- i kilka razy techniki „pielgrzymka do Lichenia” – czyli po prostu musiałem iść na kolanach. Pomyślałem nawet żeby napisać do Bear’a Grylls’a żeby przyjechał tutaj nakręcić jeden z odcinków „Ultimate Survive” ;) ciekawe jakby sobie poradził w czymś co trafnie nazwał Radek mówiąc że to „Kambodża z Laosem”, po kilku godzinach takiego „łowienia” kompletnie przemoczeni i wyczerpaniu musieliśmy uznać porażkę. W sumie nie wiem czy można to tak nazwać… ryb i owszem – nie złowiliśmy, ale spędziliśmy czas w pięknym miejscu robiąc „to co tygryski lubią najbardziej”. Humory popsuła nam nieco wiadomość że koło tamy stoi bus którym przyjechali kłusole, postawili sieć i teraz jej pilnują. Miejscowi wędkarze zgłosili sprawę, ale podobno Policja nie działa tam zbyt efektywnie.
Po powrocie na kwaterę szybkie pakowanie i już planujemy gdzie tu zakończyć wyprawę. Niestety silny deszcz uniemożliwił nam połowy nad Parsętą, za to chłopaki wpadli na pomysł żeby zatrzymać się na Słupi. Godzina z „hakiem” i jesteśmy na miejscu. Zaczynamy od mostu na drodze krajowej, gdzie zakłóciliśmy spokój pewnej parki dokazującej w samochodzie. Idziemy w górę, Łukasz (bo to jego ulubiona rzeka) opowiada mi o miejscówkach, rybach, pokazuje w których miejscach padły okazy. Słupia jest nie mniej zarośnięta od Parsęty, ale na mnie pokrzywy już nie działają obchodzimy kilka fajnych miejscówek kiedy Radek przysyła „esa” że padło mu obuwie, spadamy do domu. Nad Słupię jeszcze przyjedziemy. Ta rzeka zasługuje na całą wyprawę a nie wyskok „na szybkiego”, jest piękna i dzika.
W drodze powrotnej zajeżdżamy do baru „U Siwego” w Pogorzelicach. Bar usytuowany jest przy samej drodze krajowej, a wzmiankowany „Siwy” to utytułowany wędkarz. Nieświadomy niczego (byłem tam pierwszy raz) zamówiłem dużego schabowego, co chłopaki skwitowali śmiechem. Powód ich śmiechu zrozumiałem kiedy przyniesiono mi schabowego wielkości małej pizzy, dałem radę, ale na piwo zabrakło miejsca. Miejsce godne polecenia wędkarzom powracającym tamtędy z wędkarskich wojaży.
Do domu wracamy po 22-00, zmęczeni ale szczęśliwi. Ryb nie było za dużo, ale cóż, takie jest życie… Teraz pozostało planować następną wyprawę nad Parsętę. Debiut mam zaliczony, złowiłem rybę, a ile przy tym pomogły białe skarpety? Nie mam pojęcia, ale radzę wam założyć jak będziecie pierwszy raz nad trociową rzeką.

Opinie (0)

Nie ma jeszcze komentarzy do tego artykułu.

Czytaj więcej

Łowisko Rybaki

W ramach projektu Zestawienie Łowisk Komercyjnych w okolicy Trójmiasta od…