W końcu na rybach

/ 4 komentarzy / 2 zdjęć



Czasami w stabilnym życiu wszystko się wali i trzeba budować od nowa. I tak stało się to w moim życiu co przełożyło się na wybór priorytetów przez co wędkarstwo ze względu na brak wolnego czasu zeszło na dalszy plan. I schodziło tak przez blisko dwa i pół miesiąca aż do niedzieli 16.09.2012, gdy w końcu wygospodarowałem sobie chwilę na moje ulubione zajęcie.

Zaplanowawszy wszystko z wyprzedzeniem w pogodnym nastroju bo miałem rano w planach jedno tylko przedsięwzięcie kurs na oddalone około 90 km lotnisko malowniczą autostradą A4.
Wyliczywszy skrupulatnie czas wyruszyłem w drogę w której postanowiła mi towarzyszyć moja wspaniała małżonka, która stwierdziła że poogląda sobie samoloty. Droga na lotnisko odbyła się w sposób bezproblemowy i tu zaczęły się komplikacje bo lot lekko się opóźnił i nie wypadało pasażera tak drogiego naszym sercom zostawiać samego więc staliśmy sobie machając co jakiś czas przez szybę a ja patrzyłem jak przesuwa się czas mojego wędkowania.
Po chwili moja połowa odebrała telefon od swojej siostry mieszkającej we Wrocławiu i wygadała się ze jesteśmy na lotnisku, co oczywiście skończyło się nieodmownym zaproszeniem na kawę.

Moje wędkowanie pomyślałem zrozpaczony i wynegocjowałem czas 1 godziny plus dwadzieścia minut na dotarcie pomyślałem będzie dobrze przemierzając dzielnie ulice Wrocławia nagle mój stan uległ pogorszeniu ponieważ utknąłem w korku. Włączyłem CB i dopytałem się o co chodzi powiedziano mi że maraton po godzinie udało mi się zawrócić ale nie dało rady wyperswadować małżonce wizyty zmuszony byłem nadłożyć drogi i uderzyć od strony Bielan lecz ta trasa została również zablokowana przez maraton. Ku mojej uciesze małżonka zrezygnowała z wizyty u siostry więc po krótkiej wizycie w sieci znanych fast foodów i godzinie drogi powrotnej znalazłem się w domu z zapałem wkładając sprzęt do samochodu.

Na łowisku znalazłem się o godzinie 15:30 o 16:00 do wody powędrowały dwa zestawy jeden z pelletem a drugi pellet z kukurydzą wystrzeliwszy w miejsce zarzucenia zestawów około 15 kul zanęty z pelletem kukurydzą i konopią, zasiadłem wygodnie w moim fotelu i oddałem się błogiej kontemplacji czasu i przestrzeni.
Nie było mi jednak dane zbyt długo cieszyć się spokojem i chwilą gdyż dźwięk sygnalizatora przywołał mnie do rzeczywistości a bzyczenie wolnego biegu podniosło adrenalinę przycinam i czuje luz żyłki wybieram i wybieram już myślałem że coś zeszło z zestawu aż nagle prawie spod nóg gdy w klarownej wodzie dostrzegłem karpika, odjazd na środek glinianeczki popuściwszy lekko hamulec pozwalam karpikowi na wyhasanie się i po około 4 minutkach ląduje w podbieraku ładnie wybarwionego karpika na oko około 50 cm.
Nie dane mi było jednak zrobić mu zdjęcia bo gdy go wy haczyłem i miałem wspiąć się na skarpę na której siedziałem celem uwiecznienia miłej chwili odezwał się drugi sygnalizator. Więc bez namysłu karpia do wody i w mało godny sposób na czworaka dopadam wędki jako że branie do brzegu wykonuje kilka obrotów korbką kołowrotka i czuje że siedzi w tym momencie delikwent zmienia kierunek więc przytrzymuje go lekko robi koło na napiętej żyłce i po czterech takich manewrach widzę już na płytszej wodzie kolejnego karpiczka nieco mniejszego od poprzedniego ale walczącego dzielnie o wolność. Po dwóch minutach karpik ląduje bezpiecznie w podbieraku. Foteczka i do wody delikwenta.
Po 10 minutkach zestawy do wody i szanowne cztery litery sadowię wygodnie w fotelu i znów kontemplacja czasoprzestrzeni, delektuje się ciszą słoneczko przygrzewa robię się nieco senny aż tu nagle znów Pi Pi Pi zryw z fotela przycięcie i siedzi ale idzie z nie wielkim oporem posłusznie i po chwili widzę leszczyka około 40 cm wypinam go nie wyciągając go z wody, i odpływa wyraźnie zadowolony.
Po chwili zestaw do wody kilka kulek zanęty i cyk na fotelik, już prawie błogostan gdy zmuszony jestem odebrać telefon i od razu pytanie czy biorą mówię że tak i opowiadam na gorąco o dwóch braniach i słyszę jak by to było wspaniale gdybym przywiózł jakąś rybkę do domku w celach konsumpcyjnych, choć tego nie lubię obiecuję że jak coś złapię to przywiozę. I niestety kolejny karpiowy koleżka nie miał tyle szczęścia co pozostali pobratymcy musiał zostać zgładzony ku zadowoleniu małżonki i córci, które spałaszowały go ze smakiem.
Po tym przykrym akcencie postanowiłem zostawić w spokoju lokalną populację karpi, więc spakowałem się i wróciłem do domu pełen nadziej na następne wrześniowe łowy.

 


4.5
Oceń
(17 głosów)

 

W końcu na rybach - opinie i komentarze

u?ytkownik123896u?ytkownik123896
0

Ciekawe opwoiadanie 5*.Super karp!

Nie rozumiem tylko dlaczego zabranie rybki nazywasz "żałosnym kacentem"?

Dla mnie to największa radość przywieźć Rodzinie rybki na obiad czy kolacje;-)

Połamania kija!

(2012-09-19 14:51)
PanciOxDPanciOxD
0
Świetna wyprawa z okazami :D ***** (2012-09-19 18:35)
pompipspompips
0
Nazywam przykrym akcentem zgładzenie ryby, ja również lubię patrzeć jak moja córka i żonka jedzą świeżą rybkę. Jednak sam moment zabijania ryby jest nieco przykry bynajmniej dla mnie. (2012-09-22 12:27)
u?ytkownik65213u?ytkownik65213
0
Ciekawy artykuł ***** (2012-09-24 19:40)

skomentuj ten artykuł