W poszukiwaniu wilgoci

/ 2 komentarzy / 11 zdjęć


    Susza ……tak suchego roku to nawet najstarsi Eskimosi z naszej okolicy nie pamiętają, Wisła wyschła. Pomimo dobrego wejścia w sezon (pierwsze nocki już w marcu), kolejne miesiące to była już taka wędkarska degradacja. Nie dosyć że nasze okolice nie słyną z wielu łowisk to jeszcze ona, było nie było królowa polskich rzek, zaczęła pozbywać się wody, wyniki mieliśmy coraz słabsze, i słabsze, aż wreszcie nadszedł taki dzień że postanowiliśmy darować sobie Wisełkę. Tylko gdzie tu jechać na ryby. Wybór mamy …………………………………… praktycznie żaden.Zrobiliśmy kilka podejść do zbiornika na Podzamczu, ale efekty raczej mizerne, niby ktoś cos łapie ale przy nas jakoś pozostałym również nie szło. Wiarę we własne siły odzyskaliśmy dopiero po wizycie na starorzeczu Wisły w Pawłowicach, tyle że była to zabawa z drobnicą. W tak zwanym międzyczasie zaliczyliśmy zbiornik zaporowy Nielisz. Wypad był naprawdę udany, połowiliśmy jak mało kiedy.

    Nadeszły wakacje. W tym roku wraz z naszymi piękniejszymi połowami oraz gromadką naszego prywatnego, osobistego potomstwa (z młodym na czele) wyruszyliśmy na podbój Mazur do towarzystwa zaprosiliśmy jeszcze jednych sąsiadów z dziećmi oraz moją szwagierkę pseudonim ,,Galaretka’’ z mężem. Musieliśmy co prawda obiecać kobitom że nie będziemy spędzać większości czasu z wędkami w rękach ale trochę sprzętu trzeba było zabrać. Wynajęliśmy domek nad jeziorem Dejguny w okolicach Giżycka. Ponieważ pogoda nie sprzyjała ani opalaniu, ani wycieczkom krajoznawczym więc większość dnia spędzaliśmy na pomoście z wędkami w rękach. Z tymi ,,wędkami w rękach’’ to całkiem przesadziłem, wędki co prawda były w rękach ale nie moich czy sąsiada. Wstajemy, pogoda do d……., no dobra zabieramy dzieci i nad wodę. Pierwsze zarzucenia i …………………. głos zza pleców ………………. tato przejmuję wędkę …………………………………….. no to se połapałem, moja córcia postanowiła iść w ślady tatusia,  jedynym pocieszeniem jest fakt iż po chwili taki sam los spotykał sąsiada.

Reszta dnia to już stały schemat:

- Panie Krzyśku ……………. rozplącze pan?

- Panie Krzyśku ……………. odczepi pan?

- Panie Krzyśku ……………. założy mi pan robaka?

- Panie Krzyśku ……………. haczyk mi się zerwał

- Krzychuuuuu  …………….. wersja Kamila (zestaw jak wyżej)

I tak dzień jak co dzień ……………………………….

Super wędkarzem okazał się Kamil (5 lat), nasze oczko w głowie, a ja jestem jego prywatnym, osobistym serwisantem. Sąsiad sprawił mu przed wyjazdem małą wędkę i teraz smark chodzi dumny jak paw. Siedzi takie małe coś na brzegu a jak złapie rybę to mordka od razu taka jak by skwarke lizał. Wyciąga małą rybkę i zaczyna:

- Krzychuuuuu, zabieramy ją?

- Nie Kamilku wypuść ją niech rośnie – odpowiadam a że odpowiedź nie była satysfakcjonująca idzie więc do ojca

- Tato, zabieramy ją?

- Nie Kamilku wypuść ją niech rośnie

- ………………………………………………………………… no to ją zabiorę, stwierdzał na koniec.

Na duże słowa uznania zasługują również dokonania pozostałych dzieciaków: Natalki – potomstwo sąsiada, Kuby i Julki – dzieci sąsiada Grzegorza oraz mojej malutkiej Madzi. Dzieciaki wznosiły się na wyżyny wędkarskich umiejętności. Przyznać trzeba że rosną nam następcy i albo przyjdzie nam coraz częściej oddawać własny sprzęt albo czekają nas nowe inwestycje.

Na mazurach stała się rzecz niesłychana. Nasz młody zdecydował się zwracać do mnie po imieniu. Kurde o mało się wodą niezamarzającą nie udławiłem jak pierwszy raz powiedział Krzychu. Po tym wyczynie miał 24 godziny przerwy i zwracał się do mnie bezosobowo i tylko sąsiad podpytywał czy dobrze pamięta że Domino zdecydował się wreszcie zwracać do mnie po imieniu. Teraz młody już nie ma z tym problemu.

            Po powrocie z mazur mieliśmy jeszcze z sąsiadem tydzień urlopu. Grzechem było by nie wykorzystać tego czasu na jakieś rybki. Wyjazdy na rybki były ale to wszystko co można na ten temat napisać. Szkoda tej naszej Wisły na której obecnie można mówić bardziej o rzeźnictwie niż wędkarstwie. Bo jak inaczej nazwać namierzanie nielicznych dołków i łowienie do wyczerpania zapasów. Kłusole dołożą swoje i zostaje pustynia, rozmawiając o tym z sąsiadem doszliśmy do wniosku że przy tak niskim stanie wody powinien być całkowity zakaz połowu. Przynajmniej my chwilowo postanowiliśmy odstawić kije.

            Przerwa nie może oczywiście trwać zbyt długo i skoro w swojej okolicy mamy problem z wodą to wilgoci trzeba szukać trochę dalej. Dalej w naszym przypadku to w tym roku jest oczywiście Nielisz. Bug w tym roku sobie odpuściliśmy ze względu  Postanowione jedziemy na początku września.Przed samym wyjazdem dołącza do nas jeszcze jeden amator wędkarskich wrażeń pseudonim Pawlak, zwany również dziadkiem Piotrkiem jako że jest to taki nasz wędkarski mentor, ,,sąsiad’’ oczywiście. Osobnik znany już z ubiegłorocznego wypadu majowego. W sobotę 12 około godziny 7 rano meldujemy się na miejscu. Pogoda na dzień dobry nas nie rozpieszcza, pada lekki deszcz, bierzemy się za rozkładanie sprzętu. W momencie pojawienia się na brzegu ze sprzętem jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki deszcz odpuszcza. W wodzie ląduje również pierwsza partia zanęty. Jest to gotowa zanęta Champion z dodatkiem pelletu zanętowego – cynamon, karmel, truskawka. Do koszyczków zanęta GUT-MIX waniliowa na wody stojące. Na haczyki standard, białe i czerwone. W planach mieliśmy co prawda trochę eksperymentów zanętowych ale niestety zarówno sąsiad jak i ja ostatni tydzień przed wyjazdem mieliśmy że tak się wyrażę pracowity, dlatego też naszych planów nie udało się zrealizować. Tym razem mamy mocne postanowienie zasadzenia się na sandacza. Jako przynęty zastosujemy gotowe rybki nasycone jakąś substancja wabiąca sandacze (pojawiły się ostatnio w sprzedaży). Na ile ta substancja wabi przekonamy się niebawem. Woda w porównaniu z naszą ostatnią wizytą niższa przynajmniej o metr. Odsłoniły się nawet bortnice (wypraski) podtrzymujące kamienne umocnienia brzegu. Na brzegu pojawiła się również tablica informująca że umocnienia te mają za zadanie ochronę przed ,,ABRAZJĄ’’. Szczęki nam opadły, co to za cholerstwo ta ,,abrazja’’. Dopiero wikipedia rozjaśniła nam co nieco. Litości czy nie można napisać językiem białych ludzi że jest to zabezpieczenie przed niszczeniem linii brzegowej, przed podmywaniem brzegu? Może to nie oznacza dokładnie tego samego ale napisać ,,abrazja’’. Nie chciał bym urazić kogokolwiek ale po przeczytaniu takiej tablicy nad wodą i tak zrozumieć o co chodzi można dopiero w domu po sprawdzeniu w encyklopedii, więc po co wypisywać takie ,,czytelne’’ komunikaty?

            Chromolić to, wracam do wędkowania. Na pierwsze trofeum przyszło nam czekać około 2 godzin. Pierwsze branie spartoliłem ale poprawki która  miała miejsce po chwili już nie i na brzegu zameldował się pierwszy leszczyk taki troszkę ponad 40cm. Zdążyłem ponownie zarzucić a już miałem branie na drugiej wędce, tym razem leszcz junior i znów około 2 godzin przerwy. Pawlak w tym czasie walczył z drobnicą z niezłym skutkiem i tu złapało mnie lekkie zdziwko. Kolega który był w tym samym miejscu dwa tygodnie temu mówił że nie udało im się złapać żadnej drobnicy. My podczas naszej czerwcowej wyprawy również nic nie łapaliśmy. Pewnie wytłumaczeniem będzie to że woda opadła na tyle że odsłoniła całkowicie kamienne umocnienia i przybliżyła piaszczyste dno bogate w roślinność wśród której było masę drobnicy. Przy normalnej linii brzegowej różnica wynosi pewnie około 10m. Oczekiwanie na kolejne brania umilał nam jak mógł Pawlak z zawodu ujeżdżacz TIR-ów. Co chwila cudował coś z wędkami,    a gadał przy tym do siebie jak najęty, tyle że większości tego co mówił nie da się zacytować. Wytknęliśmy mu oczywiście że nie jesteśmy godni aby z nami rozmawiał na co odpowiedział ze on lubi rozmowę ale z ludźmi na poziomie. Pawlak jest osobnikiem starszym o jakieś 10 lat nawet ode mnie. Oczki już nie te, coraz częściej sięgać musi po okulary, których oczywiście co chwila nie może znaleźć.

Jedna z sytuacji mniej więcej wyglądała tak:

            Branie, zacięcie, hol, nagle wędka wiodczeje, ryby nie będzie, żyłka nie wytrzymała, no cóż wzdycha Pawlaczysko trzeba robić zestaw. A co jest potrzebne do zrobienia zestawu? ……………………………………….. przede wszystkim okulary, a te trzeba najpierw znaleźć. No do jasnej cholery co ja z nimi zrobiłem, gdzie one są, miota się po brzegu tak że bez kija nie podchodź. Znalezienie okularów zajmuje zazwyczaj około 15 minut i znajdują się rzecz oczywista w kieszeni bluzy od której zaczynał szukanie. Okulary są teraz trzeba uzbroić ponownie wędkę. Zbrojenie to kolejne 30 minut ubarwione arąbistą konwersacją ze sobą, z wędką, żyłką oraz resztą sprzętu. Bywało że mieliśmy ze śmiechu łzy w oczach. Po około godzinie szczęśliwy już Piter szykował się do zarzucenia, założył robaki, napełnił koszyczek i …………………………………………….. oczywiście haczyk zaczepiał za siatkę rozciągnięta na kamieniach ……………….. kolejnego ciągu zdarzeń trudno się nie domyśleć. Tak zwane od nowa Polska Ludowa (patrz opis powyżej). Od feralnego holu mija już półtorej godziny. Pawlak któremu wreszcie udało się uniknąć kłopotów stoi na brzegu gotów do zarzucenia. Bierze piękny zamach i  ………………………………………………………………….. słychać trzask pękającej żyłki, widać koszyk lądujący 10m od brzegu, normalnie szkoda chłopa. A on ten chłop idzie w naszą stronę jak Jaś wędrowniczek z wędką jak węzołkiem na ramieniu z miną oznaczającą że za chwilę dostanie ataku histerii i cedzi przez zęby k…..a znów rwanie. Nie to że chciałem gościa dobić ale musiałem mu powiedzieć że to nie tylko rwanie żyłki ale pożegnał się również że szczytówką. Mina Dziadka Piotrka bezcenna, za resztę zapłacisz Mastercard. Tak przy okazji to w ciągu kilku ostatnich lat nie mieliśmy tylu zaczepów żyłki o dzwonki, świetliki co przez te trzy dni nad Nieliszem i dotyczyło to absolutnie wszystkich. Wracając do Pawlaka to nie ma ci on szczęścia do sprzętu na naszych wspólnych wyjazdach i po raz kolejny padło podejrzenie że mamy do czynienia z klątwą rzuconą przez osobistą małżonkę Piotra.

            No dobra zejdę już z Pawlaka. Ryby ……………………………………….. no cóż, przez trzy dni jakie spędziliśmy nad wodą ryby brały z częstotliwością: 3-4 brania, kilka godzin przerwy ponownie 3-4 rybki i kilka godzin przerwy, wszystko w dzień. Żadna z nocek nie przyniosła brań. Podczas tej wyprawy zasadzaliśmy się również na sandacza ale niestety bez efektów. Brały generalnie leszcze w większości takie trzydziestaki kilka karasi, sąsiad wyciągną klenia ponad 40cm (na kanapkę białe-czerwone) a my z Pawlakiem po linku 35cm jeden na czerwonego drugi na białe że o drobnicy nie wspomnę. Po raz kolejny okazało się że zalew jest niezwykle przyjazny wędkarzom. Różnica pomiędzy naszym pierwszym wypadem polegała jedynie na tym że poprzednio ryby brały seriami (branie za braniem) a tym razem liczba brań proporcjonalnie rozłożyła się na cały czas spędzony nad wodą. Użyliśmy również wszystkich możliwych warunków pogodowych (z wyjątkiem śniegu i halnego) od padającego deszczu po słońce które aż parzyło. Wypad zaliczamy do bardzo udanych a że przy okazji był jednym z weselszych tak więc pewnie będziemy go często wspominać, a nad Nielisz na pewno jeszcze wrócimy w poszukiwaniu drapieżników.

Pozdrawiam

Połamania

 


5
Oceń
(17 głosów)

 

W poszukiwaniu wilgoci - opinie i komentarze

SpearSpear
0
Klimat jak zawsze na 5 :) (2015-09-20 22:32)
kabankaban
0
Nielisz niby nie tak daleko ode mnie ale jeszcze tam nie byłem. Kto wie może w przyszłym roku. Pozdrawiam. (2015-09-25 18:46)

skomentuj ten artykuł