Walka w trzcinowisku z amurem


Walka w trzcinowisku
Po przegranej walce z amurem w niedzielę 14 lipca, następuje bezskuteczna wieczorna zasiadka w piątek 19 lipca. Pełen wrażeń mijającego tygodnia , mając przed oczyma żerujące w trzcinowisku amury, postanawiam zaliczyć popołudniówkę 21 lipca, czyli równy tydzień od pamiętnego holu.


Wypływam na stanowisko około 16.00. Już samo wejście na sprzęt pływający i pierwsze uderzenia wioseł przywołują wszystkie szczegóły ostatniego wędkowania. Następuje kolejna analiza ostatnich zdarzeń i przez głowę przelatuje tysiące pomysłów na to, jak przechytrzyć tą waleczną rybę.


Siedząc na platformie uważnie przeczesuję metr po metrze trzcinowisko obecności ryby w poszukiwaniu chociażby najmniejszego śladu. Pierwsze, pojedyncze zakołysania trzcin notuję około 19.00, co powoduje, że od wskaźników brań i samego łowiska na przemian nie odrywam oczu przez najbliższą godzinę. Czyżby jeszcze nie tym razem.


Kolejna godziną wycisza maj receptory, wymieniamy poglądy na temat żerowania ryb z kolegami wekującymi opodal na cyplu, kiedy następuje odjazd na wędkę z kulką truskawkową. Zacinam w sekundę ku mojemu zaskoczeniu ryba jak szalona wbija się prostopadle w trzcinowisko. Mam jeszcze z nią kontakt, próbuję podciągnięcia i następują kolejna ucieczka poprzez szuwar trzcinowy w lewo. Zaskoczenie moje jest tak ogromne, że dosłownie zaschło mi w gardle i nie mogę wykrztusić nawet słowa. Dopiero po chwili dochodzę do siebie, oceniam sytuację i krzyczę do Kolegi Leszka wędkującego z synem z prośbą o podpłynięcie. Z katamaranu nie mam szans dostać się do amura, który na dobre utknął w trzcinowisku.

Wskakuję na rufę łodzi i ruszamy z moim „nieszczęśnikiem”. Już z daleka widzę, że nie wygląda to różowo. Na samym skraju trzcinowiska zalegają wiązki ściętej trzciny, co uniemożliwia podniesienie żyłki do góry. Przekazuję wędzisko synowi Leszka i rozgarniam na boki centymetr po centymetrze trzcinowy zator. Nie zważam na zamoczone rękawy koszuli i zegarek. Myślę tylko o tym aby jak najszybciej przedrzeć się do ryby.


Trzcinowisko jest tak gęste, że z wielkim trudem przebijamy się do przodu. Czasami próbujemy pomagać sobie odpychając się od dna wiosłami. To, że ryba przedarła się tak głęboko wydaje się aż niemożliwe, jednak fakty są bezlitosne. Siedzący na dziobie i trzymający w napięciu zestaw, dzielnie nas cały czas wspierający syn Leszka, daje krótkie komunikaty o kontakcie z rybą, co daje nadzieję, że walka nie jest jeszcze przegrana. Doszliśmy do miejsca gdzie nie możemy już dalej płynąć w tym kierunku, postanawiam więc się wycofać i ponowić próbę kilka metrów dalej. Tu nam idzie łatwiej i w momencie, kiedy wydawało się, że jesteśmy u celu, kolejne szarpnięcie i ryba schodzi z haka. Jesteśmy potężnie wymęczeni, rękawy mam mokre po barki, jestem z lany potem, a serducho mi wali jakbym przed chwilą zakończył bieg na dystansie co najmniej pięciu kilometrów. Dziękuję Kolegom za pomoc. Przypłynę po nie niedługo.

 


4.9
Oceń
(14 głosów)

 

Walka w trzcinowisku z amurem - opinie i komentarze

skomentuj ten artykuł