Wędkarska wyprawa - Te co straszą i pływają

/ 7 komentarzy / 6 zdjęć


Zdechła wydra

leżała na przeciwległym brzegu rzeki, przy ujściu z lokalnej oczyszczalni. Leżała i drażniła oczy. - Czy to naprawdę wydra? - zastanawiałem się - czy może zwykły kawał drewna. Ciężko stwierdzić z tej odległości, a ani lornetki, ani teleobiektywu nie wziąłem tym razem ze sobą. Wiadomo - im mniej rzeczy taszczy się ze spiningiem, tym łatwiej potem przedzierać się przez krzaki. Szczególnie kiedy przedzierając się przez najgęstsze trzeba mocno operować nożem. - Ale skąd tam wziąłby się taki kawał drewna? - analizowałem chłodną jeszcze głową całą sytuację. A wydr w szwedzkim hrabstwie Östergötland, gdzie aktualnie jestem, jest bez liku. Są wielkie, wścibskie i wszędobylskie. Nieraz oglądając się przez ramię podczas wieczornej zasiadki nad moją rzeką mało co zawału nie dostałem widząc włochatego szczuropodobnego potwora przyglądającego się, czy czasem nie zostawiłem otwartego wiaderka z rybami. Nawet przygotowano tu na ich cześć specjalne znaki drogowe... Ot taka lokalna przyrodnicza atrakcja. Zaraz potem jednakże zapomniałem o wydrach przyglądając się z podziwem wolno opadającej na wodę plecionce. Nie ma dla spinningisty piękniejszego widoku niż leśno-rzeczna sceneria, lekka mgiełka tuż nad nad wodą i opadająca na jej powierzchnię linka. Chyba że ryba wychodząca do przynęty. Albo wchodząca grzecznie do podbieraka. Ale to już inna para kaloszy.
Dawno już nie łowiłem szczupaków. Rok, a może nawet dwa. Zniechęcony zupełnym brakiem ryb w rzekach w najbliższym otoczeniu mojego domu, zacząłem sobie szukać innego hobby. Po godzinach łowienia drobnicy wielkości dłoni, nawet filatelistyka zaczęła mi się wydawać zdecydowanie bardziej interesującym zajęciem niż wędkarstwo. Ale tego lata wyjąłem zakurzone wędki z piwnicy i postanowiłem, że dam im szansę ponownie. Zacząłem nieśmiało, od godzinnego wypadu na Pilicę niedaleko domu, poprzez kilkugodzinną zasiadkę gruntową na zalewie Michalice, aż do tego momentu, gdy znów zachciało mi się szwedzkich szczupaków. Wyciągnąłem więc z futerału stary, wysłużony spinning, na którego rękojeści każde nacięcie przypomina mi złowionego zębatego o długości powyżej 80 centymetrów, kołowrotek z plecionką, stare przynęty i zacząłem powolutku, z namaszczeniem

biczować wodę.

Z marnym skutkiem. Szczupaki rzucały się gdzie popadnie, a nawet widziałem jak czasem tuż obok mnie kilkudziesięciocentymetrowe torpedy startowały za rybami. Tylko za jakimi? Ciężko było odgadnąć nawet przez okulary polaryzacyjne. Nagle… Tup! Zaciąłem odruchowo - to chyba już zostaje w człowieku na zawsze. Trochę przeciąganek w jedną i w drugą stronę i opór przeciwnika zelżał. - Eee jakiś mały pistolecik, może ze czterdzieści centymetrów góra - pomyślałem i zwijałem szybko żyłkę. Pod nogami jeszcze jeden mały odjazd i na powierzchnię wyłoniła się nastroszona płetwa… okonia. Całkiem nawet pokaźnego, niewiele pomyliłem się w mojej ocenie długości zapiętej ryby. Teraz już wiedziałem, za czym uganiają się szczupaki. Skoro tu są takie okonie, to w nosie mają moje przynęty. - Ale nic to - pomyślałem - trzeba próbować dalej. Szczególnie że do zmroku została jeszcze niemal godzina. Kilka kolejnych rzutów i znowu łupnięcie! - No teraz to już musi być zębaty - patrzyłem z przekonaniem na wygiętą w pałąk wędkę. Ale znów - tak jak poprzednim razem - ryba powalczyła troszkę i odpuściła, a ja kilkadziesiąt sekund później wyciągałem na brzeg jeszcze większego okonia. - Fajnie, ale to nie na was polowałem - mruknąłem pod nosem wpuszczając go powolutku z powrotem do wody. - Chyba nici dziś ze szczupaków.

Następnego dnia

postanowiłem zapolować na płocie. Skończył mi się właśnie zapas marynowanych w occie, więc powód był bardzo poważny. Moi szwedzcy koledzy mówią, że nie widzą celu w łowieniu tych ryb, poza jednym: dostarczaniem przynęty na dużego zębatego. Może i mają rację, chociaż gdy płoć smażona w oleju jest, przyznaję, delikatnie mówiąc taka sobie, to w marynacie octowej nabiera zupełnie nowego smaku.
Na "moim stałym płociowym miejscu" niestety był tłum  - niemal cała rodzina próbowała za pomocą kilku wędek złapać życiowego szczupaka, albo przynajmniej kolację na grilla, który już przygotowany kusząco dymił nieopodal - ot takie wakacyjne szwedzkie wędkowanie. Wszyscy zachowywali się przy tym tak cicho i dyskretnie (włącznie z małymi dziećmi), że moim zdaniem mieli naprawdę duże szanse na smaczny posiłek. No ale co mi z ich sukcesu, kiedy nie mam gdzie łowić płoci. Cóż pozostało - trzeba było pakować manatki na plecy, wiadra i wędki w dłonie, kapelusz na głowę i szukać innego miejsca znów przedzierając się przez nadbrzeżne krzaki. A łatwo wśród nich o miejsce nie było.
Po kilkunastominutowym marszu z tym całym taborem, przypominając sobie dokładnie i ze szczegółami, dlaczego to kiedyś rzuciłem wędkarstwo gruntowe dla spinningu, znalazłem w miarę odsłonięte z drzew i krzaków miejsce z powalonym pniem schodzącym nad wodę. Od biedy można po nim było dostać się do rzeki. Niestety, moja trzymetrowa spławikówka była na te warunki za długa, więc strasznie mnie korciło, żeby dać sobie spokój i rozłożyć spinning. Rzucające się nieopodal szczupaki również zdawały się do tego namawiać. Ale nie - wybrałem się łowić płocie, będę łowić płocie - postanowiłem. - Nie można tak bez planu zmieniać tego co zaplanowane. Od tego przecież jest plan!
W moim futerale z wędkami noszę trochę niepotrzebnego sprzętu, którego jakoś nie mam serca wyrzucić. Zwykle tylko zawadza, ale tym razem się przydał. Naprędce ze starego ruskiego teleskopowego spinningu skleciłem więc kolejną spławikówkę, zainstalowałem mój awaryjny kołowrotek rodem z DDR z nawiniętą żyłką na grubego zwierza, pamiętającą chyba jeszcze poprzednie dziesięciolecie, do tego prosty duży spławik, w miarę normalny płociowy przypon i voala, ciach zestaw w pia… znaczy do wody. Oczekując na branie rozrobiłem troszkę zanęty, wrzuciłem dwie kulki praktycznie pod nogi, bo dalej zarzucić wędki nie było możliwości i się zaczęło. Jak to zwykle bywa,

najpierw przyszły maluchy.

Wyciągałem jedną płoteczkę po drugiej i wrzucałem do przygotowanego wcześniej wiaderka z wodą. Potem przypłynęły większe - przez co, żeby zrobić im miejsce, wypuszczałem na wolność te mniejsze. Po około dwudziestu złowionych w niespełna pół godziny płociach straciłem rachubę w liczeniu, ile mam, a ile wypuściłem.  Postanowiłem więc łowić jeszcze przez kwadrans i zabrać się za oprawianie, żeby mnie noc ciemna nie zastała z tym całym majdanem w krzakach. I wtedy nadpłynęły "żyletki".
- Co się durny dziwisz! Jak naszykowałeś leszczowej zanęty, bo "taką miałeś napoczętą, a i tak to przecież jeden pies", to masz teraz za swoje - strofowałem się w duchu wyciągając jednego leszczyka po drugim. Trwało to na tyle długo, że już mi się prawie znudziło odczepianie ich z haczyka i miałem ochotę zbierać się do domu, ale jeszcze rzut, dwa i… nareszcie! O wiele później niż za planowany kwadrans leszcze sobie odpłynęły. Przypłynęły za to nareszcie długo oczekiwane

duże płocie,

z których każda miała około 40 centymetrów. I uratowały życie tym mniejszym, które wróciły spokojnie do rzeki. Tak biegając po podtopionym konarze do wody i z powrotem (czasem cudem unikając kąpieli) nawet nie zauważyłem, kiedy zrobiło się ciemno. Poskładałem szybko rzeczy (kolejny raz się przekonałem, że dobra latarka na rybach to podstawa) i tą samą drogą przez krzaki wróciłem do samochodu.
- Ciekawe, czy to była wydra, czy jednak drzewo - myślałem w drodze powrotnej. - Muszę to sprawdzić jutro - postanowiłem planując już kolejną wyprawę nad moją rzekę.

Artykuł zgłoszony do konkursu tekst tygodnia.

 


4.6
Oceń
(11 głosów)

 

Wedkuje.pl poleca

 

Wędkarska wyprawa - Te co straszą i pływają - opinie i komentarze

Przemas83Przemas83
0
Bardzo fajny artykuł daję ***** Daj znać jak sprawdzisz czy to wydra czy konar ;] Wydry u nas na Żuławach, również występują ale bobrów i norek amerykańskich jest zatrzęsienie. (2016-08-06 11:25)
dendrobenadendrobena
0
Przeczytałam z zainteresowaniem. Dziękuję. ***** (2016-08-06 15:58)
rysiek38rysiek38
+2
Niewiem jak u innych ale u mnie moim zdaniem piątka w pełni zasłużona a płocie nawet 30 to już nie mały wyczyn. Co do spinningu to tu mamy odmienne zdanie bo ja właśnie ganiam za pasiastymi a te wbrew pozorom są trudniejsze w połowie od kaczodziobych :-) (2016-08-06 23:03)
barrakuda81barrakuda81
0
Płocie 40 + to juz piękne ryby. Rzadko je widuję a już najrzadziej we własnej siatce:-)Prawdę mówiąc to nawet nie wiem czy kiedykolwiek taki okaz trafiłem...Na Twoim miejscu katowałbym wodę spinem w poszukiwaniu okoni bo gdzie trafisz okaz jeśli nie w Szwecji gdzie jak zrozumiałem wędkujesz. (2016-08-07 16:50)
winddwindd
-1
daje ***** , oby więcej takich miejsc było w Polsce! (2016-08-07 19:42)
Rutra65Rutra65
-1
jak najbardziej 5***** (2016-08-07 22:15)
Jakub WośJakub Woś
-3
Fajny wpis na 5. (2016-08-07 23:32)

skomentuj ten artykuł

 




Aplikacja