Wędkarska depresja

/ 16 komentarzy

Przepiękna, ze stałą temperaturą i ciśnieniem pogoda, oraz równie piękne prognozy sprawiały, że zapominaliśmy powoli o brutalnie przerwanym sezonie podlodowym i optymistycznie nastawieni szykowaliśmy się do mistrzostw morskich. 

Wędkarska depresja

 
Sprawdzony kuter i pewne łowiska, to zapowiedź wspaniałych przeżyć w doborowym towarzystwie, które pozwolą na, chociaż krótkie oderwanie się od trosk życia codziennego. I chociaż łowienie z kutra, to nie walka na poduszki i może nieraz zaboleć, to kilkunastogodzinny rejs potrafi nieźle zadziałać na zmysły…


Czy ryby i wędkowanie prowadzą mnie do samodoskonalenia, czy pozbawiają osobowości? Jeżeli samodoskonalenie, to masturbacja, to czy jest to dobijanie do dna? Zaczynam się gubić w tym wszystkim. Boję się depresji spowodowanej wędkarskimi niepowodzeniami. Boję się takiej, z której nie ma już powrotu …


Mamy w kole wielu kolegów, którzy doskonale radzą sobie z dorszami (i nie tylko), mamy utytułowaną drużynę morską i wiele lat doświadczeń w połowach z kutra. Jeżdżą nasze chłopaki na najważniejsze imprezy w Polsce i ciągle doskonalą swoje rzemiosło. Jest więc, kogo podpatrzeć i można się rozwijać.


- W tym składzie, to ciężko będzie o czapeczkę, bo jadą same kozaki – zawyrokował przed wyjazdem Prezes Darek. Do szóstego miejsca obdarowujemy zawsze zawodników jakimś gadżetem: koszulką, czapeczką z logo koła, lub innym drobiazgiem od sponsora.


Ja tam jestem spokojny – pomyślałem, bo mam przecież podrasowaną przez Gienia wędkę (dziesiątą już, na osiem lat dorszowania) i przede wszystkim pozbyłem się już swoich wymyślnych przynęt, znaczy czarodziejskich wynalazków i innych indiańskich paciorków. Niektórzy koledzy doskonale pamiętają mojego przebojowego pilkera z piłki golfowej (!!!), który opadał przez cały dryf (od trąby, do trąby). Był bardzo łowny i czepliwy, bo jak już to dno osiągnął, to tam pozostał. Nie dał się za cholerę na powierzchnię wyciągnąć.

 Odchudziłem zdecydowanie swój zestaw: dwukrotnie cieńsza plecionka i same lekkie pilkery. Powyżej 200 gramów zostawiłem w domu, żeby nie kusiło. Tak uzbrojony miałem się zająć finezyjnym łowieniem, a nie tylko czekaniem na spotkanie z holdegronem. Postanowiłem też, że nie pozwolę, aby ego odwiodło mnie od celu i wprowadzę wreszcie jakąś inną logikę do swoich działań. Dojrzałem, że potrzebuję mądrości w pojęciu grupowym, więc będę łowił, jak wszyscy. 

Ciężko mi z tym, bo zawsze przecież pod prąd płynąłem. Prawdziwą miarą charakteru jest zdolność oparcia się pokusie, kombinowania znaczy, które od paru lat mi nie służy. Trudno. Nie chcę być przecież ofiarą własnych zaniedbań i braku wytrwałości. Rejsy takie zdarzają mi się raptem dwa razy do roku.


Zasadziliśmy wędy w rury, pomocowaliśmy toboły i wyszliśmy z portu. Dwie godziny do łowiska, to wystarczająco czasu, aby rozlosować stanowiska, dokończyć zbrojenie zestawów, zdrzemnąć się i jeszcze pobajerować się z kolegami. Morze było średnio spokojne, wiał lekki wiaterek i podał delikatny deszczyk. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, to deszczyk i wiaterek wzmogły na sile.
Stanąłem w szranki. W zasięgu wzroku sami mistrzowie. Będzie dobrze – pomyślałem i szybkim ruchem wyrwałem kij z rury. Ale, co to? Moja cienka plecionka jest znowu dwukrotnie grubsza od linki Marcina? Rozszczelnienie jaźni to, czy pętla dejavu? A może produkt uboczny mojej obsesji?
Przy rufie zawirowały bulbony, za chwilę odezwała się trąba i kolorowe zestawy poszybowały daleko. Przeważała czerwień, w różnych odcieniach, ze zdecydowaną przewagą ceglastego oraz zieleń i gdzieniegdzie błękit. 

Mój dwustugramowy pilker też opadł na wodę w odległości kilkudziesięciu metrów od burty. Ze zdziwieniem przyglądałem się, jak szybko zestaw przybliżał się do mnie. Zerknąłem wzdłuż pokładu. Niektórzy z kolegów osiągnęli już dno, pozamykali kabłąki i zaczęli dżigowanie. Doszedłem i ja, ale praktycznie w pionie. Lekkie odpuszczenie plecionki i zestaw wjechał pod łódkę. Jeszcze jedno, raptem puknięcie o dno i trzeba będzie wyciągać, aby nie splątać się z kimś z przeciwnej burty.
Wędki niektórych kolegów po mojej stronie już prawidłowo wygięte, szczytówki pięknie pulsują, a oni rozpoczynają mozolne pompowanie. Przy tak dużym dryfie ciężko jest ocenić wielkość ryby.
Kolejne zarzucenie zestawu i tuż nad dnem zadziało się. Mam i ja branie. Energiczne zacięcie i …. pusto.

 Jeszcze raz do dna i dżigi, dżigi. Wreszcie mogę ocenić pracę najnowszego wędziska. Dżigi, dżigi i bomba! Siedzi! Ciężkie (wręcz z gałami na wierzchu) pompowanie z głębokości 65 metrów i wyciągam swoją pierwszą rybę. Brakuje dwa centymetry do wymiaru, ale jestem zadowolony, bo wędka się sprawdza i pierdolec ustępuje. Nie będę musiał iść do psychiatry, którego (w razie braku zadowolenia z podrasowanego kija) zalecił mi Gienadij.


Popatrzyłem do skrzynki Marcina – 3 sztuki. Zajebioza. Popracuję trochę jeszcze, to i ja zapunktuję. Zadziało się i u mnie. Mam wreszcie wymiarowego! Ale co za cholera? Nie mogę go odhaczyć. Prawa łapa zgrabiała i lewa zaczyna sztywnieć. Wiatr i deszcz spowodował, że ręce zamieniły mi się w orle szpony. Wyrwałem jakoś dorszowi kotwicę z paszczęki, zmierzyłem, zdzieliłem pałą po łbie (oczywiście dorsza) i uciekłem do szyprówki. Żebym był sam, to pewnie bym się z bólu rozpłakał. Przeszyło mi palce do szpiku. Prezes doradził, abym przez chwilę potrzymał dłonie przy kaloryferze, a potem dobrze rozmasował. Powinno puścić – powiedział.


Bez wiary zastosowałem się do wskazówek Darka i o dziwo, na następnym napływie już funkcjonowałem w miarę normalnie. Teraz pojawił się kolejny zgryz: jak pracować, aby utrzymać się w okolicach dna? Jedynym wyjściem, z braku cięższych przynęt jest częstsze wyciąganie zestawu. Pracować uczciwie i nie wzruszać się nad sobą, bo inni też lekko nie mają.
Do zmiany miejsc miałem siedem ryb do miary, potem dołapałem jeszcze trzy. Byłem bardzo zadowolony. Dziesięć ryb dawało mi miejsce w połowie stawki. Dziesiąta lokata w takim towarzystwie, to praktycznie, jak wygrana. Michał i Marcin złapali po 23(!) dorsze, Kamil i Jacek po 17, Tomek 16, a Prezes 15. To pomiędzy nimi miała się rozegrać walka o czołowe miejsca w naszej kołowej rywalizacji. Reszta po około 10 sztuk. Najważniejsze, że nikt nie wyzerował tury. Jutro też będzie ciekawie. Nasza „Nereida” wróciła do portu jako ostatnia. Te ponad dziesięć godzin rejsu zleciało migiem.


Niedziela 02.03. 2014 – wypłynięcie pół godziny wcześniej, niż dnia poprzedniego. Udajemy się w to samo miejsce, ale dzień do dnia niepodobny. Zdecydowanie większy wiatr, taki 4 – 5 w skali B. Nic to, ważne, że nie pada. Na miejscu okazało się, że dryf też nieporównywalnie większy. Zestawy odchodziły praktycznie w poziomie i trzeba było wyszukiwać pilkery, tzw. „przecinaki”, które bez zbędnych ceregieli będą szły, a przynajmniej będą usiłowały zmierzać do dna. Splątań też było więcej niż w sobotę. Przejmujący wiatr i wszechobecna wilgoć spowodowały u mnie kolejny „kręcz szponiasty”, ale nauczony doświadczeniem poradziłem sobie i tym razem. Wyniki połowów były zdecydowanie gorsze i trafiało się dużo ryb niewymiarowych. Długo nie mogłem nic złapać i pomógł mi dopiero pożyczony od Janusza 300 g pilker. Zanim go urwałem zdążyłem złapać wymiarowego dorsza i odczarować najlepsze chyba miejsce na kutrze – prawą rufę. Dopiero po przejściu „Łysy Wąż” pokazał mi, jak się powinno takie miejsca wykorzystywać. Dołapał z „mojego” miejsca 6, czy 7 ryb i w ogólnym rozrachunku zapewnił sobie podium.


Pomajstrowałem trochę przy zegarku i odkryłem, że mój czas się kończy. Kolejny pożyczony, tym razem od Biniasa ciężki, bo 350 gramowy pilker dał mi po przejściu jeszcze jedną wymiarową rybę.
Nasze zawody wygrał Tomek Wasilewski, za nim był wspomniany Kamil Walicki, a trzecie miejsce na podium zajął Jacek Patrzykowski. Rewelacyjni poprzedniego dnia Michał Dąbrowski i Grzesiek Basiak nie zdołali utrzymać swoich pozycji.

Do dziesiątego miejsca Prokurator Sądu Ostatecznego Jerzy, zapisał:
4) Michał Dąbrowski
5) Marcin Milczarski
6) Darek Stefanek
7) Grzegorz Basiak
8) Grzegorz Bińka
9) Leszek Walicki
10) Stanisław Pluszczewicz – ten gościu złapał największą rybę rejsu (59,3 cm)

Tak, nie chwaląc się. Udało się, że nikomu nie trafiła się większa.
Odsunąłem więc, na czas jakiś wędkarską depresję, ale będę musiał znowu coś przewartościować. Może pochodzić trochę boso, aby odprowadzić do ziemi złą energię? Dobrze, że idzie wiosna …





 


4.8
Oceń
(26 głosów)

 

Wędkarska depresja - opinie i komentarze

DzikuDziku
0
Stachu zajeb...ta relacja. Przemistrz jesteś, DUUŻA 5 ode mnie :) (2014-03-10 18:38)
Sebastian KowalczykSebastian Kowalczyk
0
No takiej relacji z zawodów jeszcze nie czytałem - GENIALNA! :D (2014-03-11 11:19)
użytkownik168824użytkownik168824
0
Genialny wpis ! Jeżeli coś jest dobre, to i ocena dobra *****.Pozdrawiam :) (2014-03-11 11:32)
ZielanZielan
0
Wzorzec dla wszystkich blogerów relacjonujących zawody. Aż chce się więcej! (2014-03-11 11:53)
Da-beerDa-beer
0
Nic dodać,nic ująć - tak było...:) (2014-03-11 14:05)
Norbert StolarczykNorbert Stolarczyk
0
Stachu to Stachu, nic dodać i ująć. ) Wielkie brawa dla Tomka, Kamila i Jacka .. Gratuluję! No cóż będzie brakować mi niektórych kolegów z koła i udanych imprez wędkarskich. Na szczęście zawsze można zajrzeć na stronę koła poczytać i pogratulować :) (2014-03-11 14:11)
Szpulka28Szpulka28
0
Nooo bardzo przyjemnie opisana impreza. Emocje były, chwila niepewności i dobre zakończenie. Gratuluję wypadu i największej sztuki. Nie popadajmy w depresję bo WIOSNA tuż tuż :) Pozdrawiam i 5* zostawiam :D (2014-03-11 15:54)
StachuStachu
0
Panowie, wielkie dzięki za miłe słowa. Pozdrawiam Was wszystkich oraz kolegów z rejsu. Podziękowania dla Twardego Jurka i obsługi kutra, szczególnie dla Pana Heńka. Zupa wg jego przepisu smakowała wszystkim. (2014-03-11 16:20)
Zibi60Zibi60
0
Gratuluję wyprawy i jej opisu. Emocje przemieszane wstawkami humoru - kapitalnie ! 5* (2014-03-11 18:34)
marciin 2424marciin 2424
0
Właśnie takich ludzi potrzebuje to forum, aby można było przeczytać wspaniałe wpisy czy relacje z zawodów. Gratuluję talentu w posługiwaniu się piórem. *****:) (2014-03-11 19:41)
GBHGBH
0
Mam pytanie (tak z ciekawości). Co się dzieje po złowieniu limitu (7 sztuk) przez wędkarza. Pozostałe są wypuszczane? Czy też prawo jest łamane? (2014-03-12 09:52)
dlugi82dlugi82
0
Stachu czapki z głów relacja SUPER ***** - jednak chyba Marcin wygrał i dołączę na Morze :) (2014-03-12 14:00)
harnas1998harnas1998
0
Piękny wpis ***** (2014-03-12 16:40)
StachuStachu
0
Pozdrawiam wszystkich i bardzo dziękuję. Podczas zawodów zgłoszonych w Okręgu i Kapitanacie Portu limity ilościowe nie obowiązują. Wymiarowego, tj 38 cm dorsza mamy prawo zabrać. Sędziemu zgłaszamy sztuki minimum 39 centymetrowe. Pozostałe ryby wypuszczamy, i to bez względu na to, czy rokują przeżycie, czy też nie. (2014-03-12 16:55)
DzikuDziku
0
Kolego GBH, wszystko się zgadza limit dorsza wynosi 7 sztuk, lecz zgodnie z rozporządzeniem ministra par. 8 pkt 2. limity zawarte w niniejszym rozporządzeniu nie dotyczą zawodów wędkarskich. Także jadąc prywatnie na dorsze obowiązuje limit 7 sztuk. Startując w zawodach wędkarskich na morzu takiego limitu nie ma. Także wszystko jest zgodne z przepisami. :) (2014-03-12 23:16)
GBHGBH
0
Ok. Dzięki za wyjaśnienia. Pozdrawiam :-) (2014-03-13 08:33)

skomentuj ten artykuł