Wędkarski pech-kumulacja!
Grzesiek Kwiatek (samborek30)
2017-09-25
Tego dnia wstałem z wyjątkowo złym samopoczuciem. Miałem wrażenie, że głowa za chwilę mi pęknie.
- O, wreszcie wstałeś. Może byś się tak ruszył do jakiejś roboty - w tak wspaniały sposób powitała mnie żona.
- Daj spokój, mam urlop. Ty to nigdy nie dasz mi pospać.
- Zbieraj się szybko. Pojedziemy na zakupy, a potem do mojej mamy.
- O nie ! Co to, to nie ! Nie będę znowu całe popołudnie siedział w 4 ścianach i marnował czas na oglądanie jakichś głupich seriali ! Jak chcesz, to jedź sobie sama do swojej mamusi.
- A żebyś wiedział, że sobie pojadę – rzuciła żona, po czym trzasnęła drzwiami i wyszła do garażu.
Był piątek, 13. dzień października i ostatni dzień mojego dwutygodniowego urlopu. Powoli zwlokłem się z łóżka, zjadłem śniadanie i popatrzywszy za okno postanowiłem spędzić kilka godzin na rybach. Spakowałem dwa kije. Jeden na klenie i drugi na szczupaki. Do tego kołowrotek, wodery i w drogę !
Podróż nad wodę minęła szybko i po około godzinie znalazłem się nad brzegiem swojej ulubionej rzeki.
Była to średniej wielkości rzeka nizinna. Zakrzaczone brzegi, liczne bystrza, rynny i spokojne zastoiska sprawiały, że ryby miały doskonałe warunki do życia i rozmnażania się. Łowiłem tu często i kilka kilometrów rzeki znałem jak własną kieszeń.
Gdy nad wodą otworzyłem bagażnik włosy stanęły mi dęba. Okazało się bowiem, że trakcie jazdy złamała się szczytówka mojej wędki na szczupaki. A była to prawie nowa Daiwa. Kij miałem zaledwie od 4 miesięcy. Zły sam na siebie zmontowałem zestaw kleniowy i ruszyłem nad wodę. Gdy nad brzegiem otworzyłem plecak, by wyjąć przynęty okazało się, że…pudełko z przynętami na klenie zostało w domu. Tak więc pozostało mi łowić szczupakowymi przynętami za pomocą delikatnego niczym wierzbowa witka kija i żyłki 0,18, bo szpula z 0,24 została w innym plecaku...
Zakląłem cicho pod nosem i zacząłem biczować wodę 8 cm woblerem przypominającym ukleję.
Przynęta pracowała bardzo ładnie. Żwawo machała ogonkiem i do złudzenia przypominała żywą rybkę. Po kilku bezowocnych rzutach posłałem wabik pod drugi brzeg i po 4 obrotach korbką poczułem zaczep. Niestety wszystkie próby uwolnienia spełzły na niczym. Na nic zdały się próby odstrzelenia przynęty czy też popuszczenie żyłki, by prąd wyrwał wabik z pułapki. Koniec końców musiałem urwać jeden z moich ulubionych woblerów…
Niestety ryby jak na złość nie chciały brać. Po dokładnym, lecz niestety bezowocnym obłowieniu kilku ciekawych miejscówek powoli traciłem wiarę na złowienie czegokolwiek. Po przejściu ok. 2 km, doszedłem do miejsca, w którym wcześniej często udawało mi się łapać ładne esoxy. W poprzek rzeki leżało powalone do wody drzewo, które sprawiało, że nurt wyraźnie zwalniał, a głębokość raptownie się zwiększała. W dodatku pod moim brzegiem przez ok. 200 metrów ciągnęła się rynna, gdzie na swoje ofiary czekały wygłodniałe drapieżniki. Pierwszy rzut w poprzek rzeki i…zaczep! Złoty mepps 3 w czerwone kropki ugrzązł na dobre.Wszystkie próby uwolnieni a przynęty niestety spaliły na panewce. Błystka ani drgnęła, zaczep nie puścił i po chwili usłyszałem suchy trzask pękającej żyłki.
Ciekawe czy Ciebie też urwę” – pomyślałem wiążąc do stalki 8 cm czarnobiałe kopyto. Zarzuciłem je w dół rzeki i zacząłem prowadzić skokami pod prąd. Gdy przynęta znajdowała się mniej więcej w połowie długości rynny przy kolejnym skoku poczułem mocne uderzenie po czym nastąpił gwałtowny odjazd na środek rzeki. Ryba uparcie trzymała się dna. Niczym parowóz ciągnęła pod leżące w wodzie drzewo, a ja niewiele mogłem zrobić. „Niech się dzieje wola Boża” – pomyślałem dokręcając mocniej hamulec kołowrotka. Ryba poczuwszy opór wyskoczyła nad wodę, a moim oczom ukazał się ponadmetrowy szczupak. Nogi pode mną się ugięły. Wielkie zielone cielsko z hukiem upadło do wody i znowu gwałtownie przymurowało. Ale o dziwo drapieżnik zrezygnował z chęci schronienia się w konarach drzewa i zaczął spływać z nurtem rzeki kierując się w stronę rynny. Szybko poluzowałem hamulec. Teraz zaczęło się prawdziwe przeciąganie liny. Każdy odzyskany przeze mnie metr żyłki skutkował kilkumetrowym odjazdem szczupaka. Jednak po około 20 minutach ryba zaczęła słabnąć, a ja odzyskiwałem coraz więcej żyłki. Gdy mój przeciwnik był jakieś 2-3 metry ode mnie postanowiłem wejść do wody. Zsunąłem się więc ze skarpy i nagle poczułem jak w woderach gromadzi się woda…Popatrzyłem na swoją prawą nogę i na wysokości kolana zobaczyłem dziurę, w którą spokojnie mógłbym włożyć kciuka. Tymczasem esox wyłożył się na powierzchni wody i zaczął patrzeć na mnie swoimi dużymi, dzikimi ślepiami. Ależ on był wielki !! Łeb monstrualnej wielkości, płetwa ogonowa niczym liść łopianu, gruby, masywny kark. Delikatnie włożyłem podbierak do wody i powoli naprowadzałem na niego swoją zdobycz. Gdy szczupak dotknął jego obręczy gwałtownie zawrócił, przymurował, a ja poczułem luz. Uniosłem wędkę do góry i zobaczyłem smętnie zwisającą końcówkę żyłki urwanej bądź też przegryzionej powyżej stalki. A może to węzeł strzelił ? W sumie nie miało już to większego znaczenia. Zły na siebie postanowiłem zakończyć wędkowanie, by się jeszcze bardziej nie pogrążyć. Złamanie szczupakowego kija, zapomnienie przynęt kleniowych i szpuli z grubszą żyłką, strata ulubionego woblera i łownej błystki, rozerwanie wodera, przegranie walki ze szczupakiem…
Z mozołem wygramoliłem się z wody. Sfrustrowany, z przemoczoną nogą kląłem na wszystko i wszystkich. Powoli poczłapałem w stronę samochodu.
A może żona miała rację i trzeba było jednak jechać do teściowej ?