Zaloguj się do konta

Wędkarski wypad w gorący weekend - Koniec Świata!

            No i wykrakałem ………………………………………………………… jedziemy na Pawłowice. Cały wypad nad Nielisz dokuczaliśmy sąsiadowi ze na Pawłowicach to chociaż koluchy by brały i stało się jedziemy powalczyć z kolczakami. Młody zrejterował, szkoli się. Jak już się wyszkoli to zostanie ratownikiem wodnym + kurs z pierwszej pomocy przedmedycznej. Tak swoją drogą to jeżeli ktoś ma być ratownikiem, czy to wodnym czy medycznym to powinien mieć charakter naszego młodego. Młody bardzo serio traktuje to co robi i nie robi nic po tak zwanych łebkach. Zaangażuje się albo w pełni albo wcale.  I to by było na tyle jeżeli chodzi o kadzenie młodemu, jeszcze nam się na rybach zacznie nad wodą unosić. Mamy sobotę jest dokładnie godzina 14:50 (wyjazd zaplanowany na 15), postanowiłem zadzwonić i delikatnie przypomnieć sąsiadowi że wyjeżdżamy za 10 minut. Zbaraniałem jak usłyszałem w słuchawce że czeka już przed moim domem. Koniec świata, już drugi raz w tym roku sąsiad podjeżdża przed czasem, normalnie ktoś go chyba podmienił. Pewien byłem że zapomniał zabrać połowę rzeczy ale przepytany na tę okoliczność cały czas odpowiadał z uśmiechem ,,mam’’ lub ,,zabrałem’’. Koniec świata, coś jest nie tak, niby podobny ale  nie ten sam.  No nic, będę mu się przyglądał przez weekend. :) 

          Nad wodą zajęliśmy dokładnie tę sama miejscówkę na której łowiliśmy w roku ubiegłym (wpis – spławikowanie).  Zdecydowaliśmy się na grunt i spławik, to znaczy sąsiad na początek dwa grunty a ja mam zamiar kontynuować eksperymenty z kulka wodną. Przynęty tradycyjnie, białe, czerwone, kukurydza. Do koszyczków gotowa zanęta, lin – karaś. Woda to lekko faluje to zmienia się w idealną taflę, ogólnie prawie że idealne warunki na kulkę. Łowisko najbardziej znane z wręcz plagi sumika karłowatego ,,kolucha’’, wzdręg i płoci.  W głowie siedzi krasnopióra życia, na łowisku na pewno jest, do tego mam kulkę, nic tylko największą wyciągnąć z wody. Na początek zabawa w ustawianie gruntu. Od napotkanego ,,tubylczego’’ wędkarza wiemy że woda w najgłębszych miejscach ma od metra do 1,5m, są oczywiście głębsze miejsca ale nie tam gdzie my się rozstawiliśmy. Dno muliste a ponadto obfitujące w podwodną roślinność.  Okoliczności przyrody wręcz zarąbiste, konkurencji praktycznie żadnej. Koniec świata żeby nad tak piękna wodą w sobotnie popołudnie wędkarzy było jak na lekarstwo. Może o rekina to jest tu trudno ale z drobnicą zabawa gwarantowana, nie ogarniam o co chodzi. Pierwsze ustawienia gruntu to około pół metra, na haczyk białe (sąsiad testuje czerwone ale bez powodzenia). Przez około godzinę nie doczekałem się brania, na haczyku melduje się kukurydza a ja robię grubo ponad metrowy grunt. Sąsiad przygotował kawę, a ja tradycyjnie obok fotela ustawiłem skrzynkę, na skrzynce kubek z kawą oraz dolnik wędki tak aby kołowrotek nie leżał na ziemi. Łyczek pysznej czarnuli i zadzwonił telefon. Mam zaproszenie na mazury na dłuższy weekend (Boże Ciało), kolega jest szczęśliwym posiadaczem działki w okolicach Ożysza (nazwy jeziora nie pamiętam). Podczas rozmowy obserwuję jak kulka zaczyna pływać raz w prawo raz w lewo. Przygotowując się do zacięcia telefon przycisnąłem ramieniem do ucha (twardziele przecież nie muszą przerywać rozmowy żeby rybę wyciągnąć). W tym momencie kulka poszła w grunt, złapałem wędkę zacięcie i …………………………………………………………………………………. niech to wszystko jasna cholera, poczułem jak gdyby ktoś moją prawą stopę zaczął rozgrzanym do czerwoności metalem przypalać.  Okazało się że kubek gorącej kawy spokojnie mieści się w bucie, towarzyszy jednak temu pewne uczucie dyskomfortu. Zdjąłem but i skarpetkę, widok nie był zbyt pocieszający. Powiem tak: prawa tylna ćwiartka stopy, tak do kostki,  silnie zmieniła kolor na bardziej czerwony a że towarzyszyło temu bardzo silne uczucie pieczenia to nie pozostało nic innego jak rozpocząć chłodzenie poparzonego miejsca. Uczynny sąsiad podał wiaderko z wodą dzięki czemu po zanurzeniu poczułem ulgę. Przez najbliższą godzinę bardziej przypominałem masochistę niż wędkarza. Co jakiś czas wyciągałem stopę z wody by po chwili z grymasem bólu wkładać ja z powrotem do wody. W miedzy czasie zrezygnowałem z wiaderka i stopę moczyłem bezpośrednio w wodzie. Ten skubaniec sąsiad zamiast współczuć koledze, cieszył się jak dziecko z pierwszych w życiu cukierków. Coś mi się wydaje że dzięki mojej przygodzie załatwiłem gościowi udany weekend, przynajmniej do końca będzie uśmiechnięty chodził. Ale zaraz …………………….. to blog wędkarski, miało być o rybach …………………………………… :)  Ryby, no cóż ………………………………………….. gruntówki milczą, na kulkę jedno pięknie branie (efekt opisany powyżej). Po kilku godzinach sąsiad zdecydował się na uruchomienie spławika, efekt natychmiastowy, całkiem fajna płoć, poprawiona ukleją a po chwili jazgarzem. A że jak się okazało sąsiad to nie byle jaka popierdółka tylko prawdziwy łowca a tacy jak wiadomo nie zajmują się drobnicą, musiał skubaniec zacząć szykować sprzęt na grubego zwierza. Zmienił ten mizerny haczyk 12 na jakąś 6, spławik 0,5 zmienił na dużo cięższego waglera (z żyłką nie kombinował) i .................................. na tym na razie skończył wyciągać ryby . Miało to również dobre strony. Skoro ryby przestały współpracować mogliśmy rozpalić ognisko i upiec kiełbaski. To pierwsze tegoroczne z ogniska, były zajebiste. Troszkę napełnieni wróciliśmy do wędek. Przy ściąganiu mojego gruntu okazało się że mam zapiętego okonia, takiego pewnie dwudziestaka. Nie było żadnego brania, dzwonek milczał, że o drgającej szczytówce nie wspomnę, wziął na białe. Najważniejsze że i ja mam coś wreszcie na koncie.

          Zaczęło zmierzchać, pogoda piękna, ciepło. Zaczęliśmy rozmawiać o tym że na wodzie na której królował sumik karłowaty dzieje się coś dziwnego, sumik praktycznie zniknął. Koniec świata normalnie. Dyskutowaliśmy ostatnio na forum jak pozbyć się kolucha ze stawu i okazało się że najlepiej to staw osuszyć, zastosować agresywną chemię i liczyć na cud. A tu proszę, kiedyś na 10 brań zacinało się 7/8 koluchów. Pamiętam jak kombinowałem z przynętami, gruntem, odległością,  żeby już przestały czepiać się mojego haczyka. Doszło do tego że w kręgu znajomych zostałem uznany za tego który przyciąga sumiki i że jeżeli na danej wodzie jest chociaż jeden to ja go wyciągnę bez względu na wielkość zbiornika. Ileż to razy przekonałem się że ukłucie ich kolcem bywa bardzo bolesne. Złowiłem nawet sumika albinosa. A teraz kurde nic, regularny koniec świata. Po tym co stało się za chwile, normalnie oniemiałem. Dzwonek na feederku sąsiada, jest branie. Sąsiad kończy hol ja przygotowany z podbierakiem a tu ……………………………………………………. Szanowny pan koluch we własnej postaci. Poszedłem po szczypczyki i rękawice a tu następna anomalia, ryba zapięta delikatnie za dolna wargę, a jedną z cech tej ryby jest to że jak już połyka przynętę to już do tak zwanej samej dupy. Koniec świata, same dziwne rzeczy dzieją się dookoła. Ale to branie napełniło nas nadzieja na udany połów i tak jak mawiał pewien klasyk o misiu "To jest miś na miarę naszych możliwości, i to nie jest nasze ostatnie słowo!", my mieliśmy swego kolucha na miarę naszych możliwości i nie było to jeszcze nasze ostatnie słowo.:)))) Lekko oszołomieni tym wędkarskim sukcesem zasiedliśmy w fotelach, emocje opadły, w oddali słychać było rechot żab a nad nami ptasie trele. Niech się schowają wszystkie Bachy i Mozarty to czego byliśmy świadkami to dopiero była filharmonia, mieliśmy taką swojską ,,Teatro alla Scala’’. Udzielił mi się ten koncertowy nastrój i próbowałem nawet gwiżdżąc twarzą naśladować głosy ptaków, uważam że nawet dobrze mi to wychodziło, sąsiad oczywiście miał inne zdanie na ten temat. Rozgorzała między innymi dyskusja, ile tych ptaków jest. Sąsiad twierdził że jest to jakaś parka i że po prostu to kłótnia jak na stare dobre małżeństwo przystało, a mnie z kolei wydawało się że śpiewających ptaków jest więcej. W każdym razie doszliśmy do wspólnego wniosku że jesteśmy farciarzami. Nie każdemu dane jest doświadczyć takich atrakcji na łonie (jak zwał tak zwał) natury, zajebistość tego miejsca i czasu sięgała zenitu. Na przeciwległym brzegu pojawiło się kilka ognisk, na prawo i na lewo od nas od czasu do czasu słychać głosy, nie jest tak źle. Okazuje się że nie tylko my postanowiliśmy spędzić sobotę nad woda a nie przed telewizorem. Mijały kolejne godziny, minęła też euforia po złowieniu sumika, wędki milczą, nie licząc alarmów wywołanych przez pocieszyciele. Około północy sąsiad decyduje się udać na zasłużony odpoczynek, ja zdecydowałem ze jeszcze trochę posiedzę. Wytrzymałem jedynie do godziny 1 i gdy po raz kolejny złapałem się na przysypianiu, przeniosłem się do samochodu.

          Wstałem o godzinie 4,  dokładnie na wprost naszej miejscówki tak około 2m o brzegu woda się wręcz gotowała widać było ataki drapieżnika. Ponieważ ze mnie dupa nie spinningista ustawiłem zestaw na żywca, zobaczymy, może coś się połakomi. Dodatkowo oczywiście ciąg dalszy testów kulki i tu od nowa Polska ludowa, przynęta, grunt i zero efektów. To znaczy, mam kilka odjazdów, lekkie gruntowanie ale nie udaje mi się zaciąć. Wstał sąsiad, on postawił na gruntówki. Przez najbliższe dwie godziny, cisza spokój, lajcik taki. Spławik żywcowy spłynął bliżej brzegu, straciłem go z oczu pochłonięty łowieniem nowa metoda na drugą wędkę. Kątem okaz zobaczyłem że żywcówka zachowuje się jak Fedder, po chwili okazało się że to młody szczupaczek zgłodniał, wygoniłem skubańca po rodziców i ponownie zarzuciłem zestaw. Sąsiad nareszcie zmądrzał i stwierdził ze pierdzieli te olbrzymy i znów zrobił delikatny zestaw. Okazało się to strzałem w 10, zaczął wyciągać rybę za rybą, krasna, ukleja krasna, ukleja i tak cały czas utrzymywania się gładkiej tafli wody. Przychodziła fala, trochę zmarszczek na wodzie i brania ustawały. W przypadku mojej metody istniała inna prawidłowość. Zakładałem świeże robaki, zarzucenie i od razu odjazd i lekkie gruntowanie (zacięcia nieskuteczne), następnie 15/20 minut kulka nawet nie drgnęła, zwijam, zakładam nowe robaki, taniec kulki i ponownie 20 minut przerwy. Cały czas oczywiście starałem się zarzucać pod pas trzcin +- jakieś 20m, nie przyniosło to jednak rezultatów. Sąsiad w tym czasie ustanawia chyba jakiś rekord świata w wyciąganiu drobnicy. Śmiejemy się że wyjął ostatniego kolucha w zbiorniku a mnie w udziale przypadł ostatni szczupak. Nareszcie jest, rozdziewiczyłem kulkę. Ściągając zestaw zatrzymałem kulkę około 1m od brzegu, po chwili odjazd kuli i wreszcie skuteczne zacięcie, tyle że muszę trochę odpocząć od kulki i powalczyć z sąsiadem. Przezbrajam zestaw na spławik i dołączam do sąsiada. Łowienie wygląda tak że na spokojnej wodzie, ryba za rybą, pojawiają się zmarszczki, koniec brań, woda się uspakaja rozpoczyna się koncert brań, fala koniec, i tak cały czas.

          Podsumowując wyprawę. Wyjazd z nastawieniem na drobnicę ale w dużych ilościach, miejsce idealne, poszukiwaczom taaaaaaaaaaaaaaaakiej ryby miejsce to raczej się nie spodoba. Okoliczności przyrody - coś pięknego. Warto tu wrócić dla samego relaksu nad wodą, a rekordy ………….. następnym razem J. Tytuł z jakim umieściłem tekst na blogu to: ,, KONIEC ŚWIATA czyli gorący weekend’’. :)
 
 
Pozdrawiam
Połamania
 
 

Opinie (7)

krisbeer

Szanowna Redakcjo, Tytuł zaproponowany przeze mnie to ,, KONIEC ŚWIATA czyli gorący weekend’’ - pisząc ,,gorący\'\' miałem na myśli poparzenie a nie temperaturę panującą w weekend. Zastanówcie się proszę ,,odrobinkę\'\' zanim znów komuś zmienicie tytuł. Prśba również o zwrócenie uwagi na wyraz ,,Konieć\'\'. Czemu miała służyć ta ........................ zmiana? Pozdrawiam całą szanowną redakcję [2016-05-27 07:52]

ryukon1975

Wczorajszego ranka nad wodą też nie spotkałem nikogo. Ma to swoje plusy, więcej ryb dla mnie. :) \"Wędkarze\" zaś pewnie siedzieli na necie i pisali ze ryba nie bierze. Fakt nie połowiłem rekordów, jednak wiem to tylko ja jedyny obecny nad wodą.:))) [2016-05-27 09:06]

krisbeer

Ja miałem wolne w pierwszy majowy weekend, wczorajszego ranka ,,niestety\'\' musiałem zameldować się w pracy :( [2016-05-27 09:58]

ryukon1975

Oczywistą rzeczą jest że nie wszyscy mogli przybyć i łowić. Niemniej jednak jakaś skromna reprezentacja mogłaby się pojawić.:) [2016-05-27 11:02]

beluczio

A kawa na stopie to kara za to ganianie mnie na Nieliszu :-). Kolega odłuczył się palenia tytoniu, może teraz pora na kawę :-)))))))))))) [2016-05-29 11:46]

krisbeer

A Co to kolega sie tak rozpisał :) to już drugi wpis pod którym pojawia się Twój komentarz. Koniec Świata :))))) [2016-05-29 16:33]

rysiek38

kulka ma to do siebie że brania są często tuż po rzucie z opadu ja osobiście zaczynam nawet od dwudziestu centymetrowego gruntu jak minutę nic się nie dzieje to zmiany -jak się wstrzelisz to setka ryb jest w zasięgu w trzy godzinki [2016-06-01 18:20]

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za komentarze Internautów.

Czytaj więcej

Dwa dni nad wodą.

Pierwszego dnia spontanicznie zaczołem się pakować nad wodę. Było sło…