Wędkarskie ADHD

/ 14 komentarzy / 6 zdjęć


Normą jest i rzeczą sprawdzoną, że najlepsze efekty zawsze będziemy osiągać poświęcając się celowi bez granic. We wszystkich strefach życia zawodowego, dzięki specjalizacji, osiągamy sukcesy. Przekłada się to na wyniki finansowe, a specjaliści są osobami poszukiwanymi i cenionymi. Wiadomą sprawą jest, że w wędkarstwie specjalizacja również odgrywa ogromnie ważną rolę na polu sportowym, jak i czysto hobbystycznym. Dzięki ludziom, którzy latami poświęcają się łowieniu poszczególnych gatunków ryb, tworzone są nowe przynęty, zanęty, a nawet metody. Chwała im za to, bo sam korzystam z dobrodziejstw, które powstały dzięki doświadczeniu speców, a obecnie ich produkty zasilają moje pudełka z przynętami. Cały czas chodzi mi jednak po głowie, jak oni to robią? Zanim doszedłem do otarcia się o specjalizację w jakimkolwiek gatunku ryb, minęło prawie 20 lat mojej przygody z wędkarstwem. Niestety, cierpię na wędkarskie ADHD, i choć ostatnimi laty udało mi się je stłumić, do dzisiaj zdarzają mi się nad wodą chwile, w których już sam nie wiem, co i na którą wędkę łowić. 


Ta niegroźna przypadłość, czyniąca mnie w oczach kolegów wędkarzy dziwakiem i oszołomem, ujawniła się wiele lat temu. Wyjazd na płocie kończył się pogromem szczupaków. Gdy jechałem na szczupaki, na kiju lądowały karpie, a wypad na liny, kończył się łowieniem żerujących akurat okoni. No bo jak tu siedzieć spokojnie przy feederach, gdy w warkoczu chlupie się boleń lub zbiera kleń. Może bym zachował spokój, ale ponieważ jestem strasznym bałaganiarzem, w pudle z koszyczkami zanętowymi i haczykami, poniewierają się zawsze jakieś gumy, woblery i inne dobrodziejstwa, które przez przypadek tam zostawiłem. I jak tu oprzeć się pokusie? Przecież na upartego spinningować można fiderem, a spinningiem łowić na spławik. Nie jest to jednak zbyt komfortowe ani wydajne, więc ADHD zaczęło powoli i systematycznie przyprawiać mnie o garba. Aby być przygotowanym na wszelkie możliwości, zacząłem zabierać nad wodę górę maneli, kilka wędek i innych pierdół mniej lub bardziej potrzebnych. Tak więc jadąc na leszcze zabierałem bolonkę, ale na wszelki wypadek w pokrowcu lądowały dwa grunty, bat, w miarę uniwersalny spinning, a nawet muchówka. Wyobraźcie sobie, ile pudeł ze sprzętem jest potrzebnych, aby mieć przy sobie wszystko do wymienionych metod wędkowania. Objuczony jak wół, ledwo doczłapywałem do łowiska, a tachaniem po zakrzaczonych brzegach tej góry klamotów, płaciłem za syndrom rozkojarzenia. Co dziwne, mój świr wcale nie wpływał negatywnie na moje wyniki, a zdarzało się, że wychodziłem na mojej przypadłości dużo lepiej od cierpliwych kolegów, bez ruchu wpatrujących się w nieruchomy spławik lub biczujących godzinami wodę bez brania. 



Wstyd się przyznać, ale większość moich pierwszych okazowych sztuk nie padłoby moim łupem, gdyby nie rozpaczliwe szukanie innych możliwości i rozwiązań podczas braku oznak żerowania ryb docelowych. Moja największa życiowa troć padła przypadkiem. Po paru godzinach znudziło mi się szukanie srebrnych ryb. Zmieniłem sprzęt na kleniowy, i po paru rzutach ogromny kaban przyładował w maleńkiego woblerka z mikro kotwiczką. Nie było łatwo wyholować rybę, ważącą około ośmiu kilogramów na żyłce 0.18mm, ale się udało. Pierwszego dwucyfrowego karpia złowiłem w jeszcze dziwniejszy sposób. Siedziałem z żywcówką i czekałem na branie szczupaka. Jak tu się jednak skoncentrować, gdy parę metrów ode mnie piękny karp beztrosko podjadał sobie przysmaki z powierzchni wody. Ustawiłem grunt na prawie trzy metry, podciągnąłem obciążenie pod sam spławik, a kotwicę opatuliłem pokaźną skórką od chleba, oderwaną z kanapki. Gdy przynęta wylądowała w jego pobliżu, zassał ją, aż zafurczało. Cyprinus był tak zachłanny, że nawet nie zauważył stalowego przyponu. Największy boleń przykotłował w obrotówkę, wystartowaną z ustawionego na leszcze feedera, a leszcz wziął na żywca, którego postawiłem znudzony brakiem brań jego pobratymców. Takich przygód związanych z moim kombinatorstwem miałem bez liku i mógłbym opowiadać o nich godzinami. Niestety, nie zawsze jest różowo i często traciłem z powodu braku cierpliwości i samozaparcia. Bardzo negatywnym objawem jest ciągła chęć przenoszenia się z miejsca na miejsce i szukania co rusz to nowych zdobyczy. Może to nic złego, gdy łazimy sobie ze spinningiem, ale opuszczanie zanęconych miejscówek najczęściej kończyło się dla mnie niedoczekaniem podejścia zwabionych ryb. Całe szczęście, że w życiu przychodzi czas na refleksje.



Zmęczyła mnie ta ciągła radosna bieganina i postanowiłem się wędkarsko ustabilizować. Nie, nie myślcie sobie, że zostałem specjalistą od jakiegoś konkretnego gatunku. Z czasem podzieliłem rok na działy, i wraz z cyklem natury, korzystam z tego, co niosą mi nadchodzące pory roku. Ponieważ kocham łowić wszystkie ryby każdą metodą, przypasowałem sobie najlepsze okresy żerowania poszczególnych gatunków do moich ulubionych metod. Wczesną wiosną zaczynam łowić jazie i klenie na robale. W połowie kwietnia odkładam feeder i spławikówkę na rzecz lekkiego spinningu. W maju mam poważne rozdwojenie jaźni, bo zarówno kuszą bolenie, jak i szczupaki. Czerwcowe sandacze odkładam w lipcu, zdradzając je z moimi ukochanymi brzanami. W sierpniu wracam do kleni, aby we wrześniu zając się z powrotem drapieżnikami. To oczywiście czubek góry lodowej, bo w międzyczasie ganiam za trocią, jeżdżę na belony, łowię pstrągi i okonie. Nie tacham ze sobą już ton sprzętu, przestałem chodzić nad wodę z lekkim i ciężkim spinningiem na raz, i wyjąłem muchówkę z pokrowca z gruntówkami. Przysiadłem na tyłku, przestałem uciekać z zanęconych stanowisk, i staram sobie wszystko najpierw przemyśleć i poukładać. Chociaż moje wyniki były wcześniej zadowalające, teraz z roku na rok są jeszcze lepsze. Wiecie dlaczego? Przez wiele lat, gdy podczas łowienia targały mną emocje i rozpierała ciekawość nowego, bardzo dużo się nauczyłem. Moje ADHD powodowane było intuicyjnym przymusem reakcji na wszystko, co działo się w wodzie. Non stop obserwowałem otoczenie i próbowałem skleić w całość zachodzące w nim zmiany. Jeżeli właśnie teraz czytając ten tekst, jesteście na starcie swojej wędkarskiej przygody, i widzicie u siebie opisane przeze mnie objawy zespołu nadpobudliwości psychoruchowej z deficytem uwagi, który objawia się natychmiast, gdy widzicie wodę, nie przejmujcie się tym. Bieganie nad rzeką, czy jeziorem, jak kot z pęcherzem to nic złego. Z czasem nauczycie się wybierać najtrafniejsze warianty, a szukanie nowego, zaowocuje wiedzą i doświadczeniem, okraszonym wspaniałymi wędkarskimi przygodami.


 


5
Oceń
(45 głosów)

 

Wędkarskie ADHD - opinie i komentarze

TomekooTomekoo
0
Przyznam Seba że sam miałem taki początek łowienia gdzie brałem wszystko na raz ... Koledzy buchali śmiechem jadąc ze mną na leszcza a ja nawet kija nie rozłożyłem a biegłem za bolkami ;-) Od jakiegoś czasu jednak łowię głównie na spining każdą z ryb (prócz trotek , nie było okazji ) i chyba wychodzi mi to na lepsze ;-) Każdy wędkarz ma podobne cechy ... ***** Wesołych świąt ;-) (2013-12-23 13:23)
użytkownik146431użytkownik146431
0
Ja staram się zawsze wybierać...albo spining albo feeder.Chociaż nie raz gul staje w gardle jak łowie na feedera a gdzie atakuje drapieżnik...Człowiek też czasami nie może się zdecydować czy lekki spinning czy ciężki.I tak zmienia w kółko....Od nowego sezonu trzeba będzie robić wszystko z głową. (2013-12-23 13:53)
ZanderHunterZanderHunter
0
Wędkarskie ADHD....skąd ja to znam Sebastian...:))) mim swoich latek często mam nawroty tej "choroby" a myślałem że się wyleczyłem...:) Pozdro!. (2013-12-23 14:20)
użytkownik168824użytkownik168824
0
Oj Seba.Sama prawda,tylko prawda i jeszcze raz prawda.To chyba ma każdy pasjonat tego pięknego sportu,czy starszy czy młodszy.Teraz też mam tą chrobę z tym,że jak łowie na spinning to biorę od najdelikatniejszego kija,po najcięższy,to samo łowiąc na grunt.Nigdy zazwyczaj nie łącze oddzielnych metod np.spinning-grunt,aczkolwiek ta''choroba''w moim mniemaniu jak najbardziej pozytywna.Pozdrawiam,a ocena?Hmm wiadoma. (2013-12-23 15:12)
Zibi60Zibi60
0
Uwielbiam takie prywatne, szczere wynurzenia, podane z lekką ironią, szczególnie, jak mogę się w z nimi utożsamić. 5* (2013-12-23 16:22)
Artur z KetrzynaArtur z Ketrzyna
0
Coś z tym wędkarskim ADHD jest, bo po 3 tygodniach bez wędkowania. Coś we mnie wstępuje i staje się jakiś rozdrażniony. Jedyne lekarstwo to wędka i woda... (2013-12-23 16:28)
ryukon1975ryukon1975
0
Samo życie. :) 5 ***** (2013-12-23 16:48)
kamil11269kamil11269
0
I o to chodzi! Pozdrawiam. (2013-12-23 17:55)
użytkownik91939użytkownik91939
0
ADHD- dopada mnie szczególnie gdy wracam z delegacji, wtedy gdy podchodzę do wędek to trzęsą mi się łapki i nie wiem co wybrać, chociaż ostatnio przeważa spining. Dawniej jechałem na rybki motorowerem a teraz ledwo do auta się zmieszczę, i wcale nie chodzi mi o wzrost:)) Ocena oczywiście5* (2013-12-23 20:09)
marciin 2424marciin 2424
0
Najczęstsze objawy ADHD to ja mam jak już jadę nad wodę, cały się trzęse, gaz do dechy,rozbiegane oczka gdzie ta woda? A jak jestem nad wodą z wędką przychodzi ukojenie zdegotanych nerwów. Za wpisik oczywiście***** (2013-12-23 20:57)
ZielanZielan
0
Dopada mnie szczególnie w maju kiedy to już dobrze bierze biała ryba i zaczyna pogoń za wiosennym szczupakiem. (2013-12-24 12:08)
rysiek38rysiek38
0
Mnie najbardziej dopada jak jest pora nijaka czyli właśnie jak teraz : z brzegu się nieda a lód za cieńki a co do nagłej czasem zmiany metody to mam czasem tak samo- coprawda rzadziej ale jednak (2013-12-24 14:45)
amur2amur2
0
Piątka! Jest dokładnie tak jak piszesz. (2013-12-27 10:10)
sebsidsebsid
0
*****, u mnie było podobnie, ale sie wyleczyłem. Sprzedałem Multivana i kupiłem sedana :) (2014-01-18 23:04)

skomentuj ten artykuł