Wędkowanie na Bugu - odsłona druga

/ 8 komentarzy / 24 zdjęć


Jakieś miesiąc temu siedząc z kumplami przy kartach (w tym oczywiście z sąsiadem) pada hasło, musimy jechać na Bug. Od słowa do słowa i wyprawa gotowa. Dwóch naszych kolegów postanowiło jechać z nami. Wyjazd zaplanowany na połowę września, ostatecznie ruszyliśmy 18. W tak zwanym międzyczasie, byłem jeszcze na weselu, gdzie temat przy stole zszedł na wędkarstwo. Okazało się że dwóch braci mojej prywatnej, osobistej, małżonki, Marek i Darek również cenią sobie to hobby. Pochwaliłem się ,że mamy zaplanowane wędkowanie na Bugu , chłopaki zgłosili chęć wyjazdu, goście są ok’ więc ekipa rośnie. Po kilku dniach potwierdziłem rezerwację w lokalnej agroturystyce, Borsuki ,,Pod Lipą’’ polecam. Niestety tydzień przed wyjazdem wypada nam jeden z kolegów, trzeba trochę zmienić strategię wyjazdu. W sumie żaden problem, jedyna różnica jest taka że nie ruszymy w czwartek nad ranem a dopiero w południe. Niestety w środę po południu drugi z kolegów obwieszcza że nie może jechać, a niech to! Troszkę nas koledzy rozprowadzili, ale ,,nic to’’ jak mawiał Pan Wołodyjowski. Środowe popołudnie poświęcamy na szykowanie zanęty i przynęt. Ja szykuję czarodziejską miksturę o składzie: pęczak, płatki owsiane, otręby owsiane, bułka tarta, makaron, kukurydza + przyprawa do pierników (poprzednim razem na Bugu sprawdziła się idealnie). Po ugotowaniu formuję z tego stożki z wykorzystaniem kubka jednorazowego. Następnie mrożenie i gotowe do użycia. Sąsiad szykuje jakieś swoje zanęty na bazie gotowanych kukurydzy i grochu, ale przyznam że nie znam dokładnej receptury. Jako przynęty posłużą tradycyjnie białe i czerwone robaki, kukurydza (kilka puszek smakowych + zwykła konserwowa), oraz szykowane specjalnie na tę wyprawę, makaron gwiazdki oraz żółty ser moczony w mleku, tyle dla ryb. Dla siebie generalnie wyroby chmielowe, trochę chleba i worek ziemniaków. Jesteśmy gotowi można ruszać. 

 
Bug powitał nas piękną pogodą i mnóstwem wędkarzy. Woda niska, w porównaniu z naszą czerwcową wizytą linia brzegowa wiele metrów niżej, ale widoki………………………………. jak dla mnie bajka. Wszędzie dookoła widać ślady po wysokiej wodzie, wszędzie pełno wyschniętych już gałęzi i nawet całych drzew przyniesionych przez wysoka wodę lub zwyczajnie wyrwanych z korzeniami. Na wprost pięknie wyrzeźbione przez wodę wysokie skarpy, wzdłuż linii brzegowej widać mnóstwo pochylonych nad wodą lub całkowicie zwalonych drzew. Może nie jest to nieskażony ludźmi obszar ale przynajmniej (moim zdaniem) dzięki tej swojej surowości zakątek te prezentuje się pięknie. Ma tylko jeden feler, ze względu na niska wodę jest praktycznie tylko jedna miejscówka która daje wręcz gwarancję udanego połowu. Tak, to dokładnie to miejsce w którym łapaliśmy poprzednio. Niestety tym razem miejscówka była już zajęta. Później dowiedzieliśmy się że przyjechaliśmy około 2 godzin za późno. Za późno oczywiście na objęcie w posiadanie tej wymarzonej miejscówki. Ale co tam, nie będziemy wybredzać, tym bardziej że mamy do dyspozycji ładny kawałek brzegu na którym możemy się rozłożyć mając w perspektywie dojazd jeszcze dwóch kolegów.

Na dzień dobry w wodzie ląduje trochę zanęty i po chwili pierwsze zestawy. Mój ustawiony na makaron gwiazdki. Długo nie muszę czekać na pierwsze branie, szybkie zacięcie i jest. Niestety urywa się gdzieś pół metra od brzegu, płakać nie będę, był to chyba krąpik max 10cm. Zarzucam ponownie, szczytówka drgnęła dwa razy, po chwili powtórka, zacinam, nic. Na haczyku zostały tylko zapinki z białych, po gwiazdkach nawet śladu. Kilka kolejnych zarzuceń i dokładnie to samo, branie i ściągam pusty haczyk. Niestety te brania to chyba jednak straszna drobnica przy której nie ma szansy na połknięcie haczyka. Ta pierwsza (zerwana) też prawdopodobnie zacięta była nietypowo. Przeszedłem na żółty ser w nadziei że może jakaś brzanka się trafi (leszcz również nie powinien pogardzić serem), pozostało tylko czekać. Nasz młody szaleje ze spinningiem, atmosferę podgrzewają jeszcze grasujące bolenie i to niektóre atakują 2m od brzegu pod naszymi nogami. Żartujemy że chyba najlepszy efekt to będzie jak przyczaimy się przy brzegu z podbierakiem. Sąsiad tak jak by się wyłączył, taki nieobecny, jak nigdy. Świeże powietrze mu zaszkodziło czy jak? A może po prostu się relaksuje? Tak mijają kolejne godziny, połów d….y nie urywa, normalnie prawdziwy, regularny ,,Chillout’’. Nad wodą pojawia się coraz więcej samochodów. Przez chwilę zastanawiamy się czy to nie będzie jakaś strefa kibica, w końcu dziś mecz Polska – Rosja. Ale nie, z naszej perspektywy wygląda to jak stałe utrzymywanie miejscówki przez grupę wędkarzy. Widać że to starzy znajomi, a teksty ,,… o której miałeś przyjechać……?’’ świadczą że chyba nie będzie szansy na zmianę miejscówki. No cóż trzeba będzie zastanowić się co robimy dalej, zostajemy na teoretycznie bezrybnej czy tez szukamy innej?. Wieczorkiem przyjechał nasz forumowy kolega ,,mirasqq’’. Wreszcie możemy się poznać, chwilę pogadaliśmy i Miras sam ruszył na łowy ze spinem. Nad wodą robi się tłoczno ale towarzystwo w porządku, chętnie dzielą się z nami informacjami na temat łowiska. Poznajemy charakterystykę wody, występujące gatunki ryb oraz najlepsze metody. W sumie to lekki impas, są miejscówki na drugim brzegu, ale tam z kolei łapanie w głównym nurcie. Nie wiem co wymyślimy. Zrobiło się ciemno trzeba więc wracać na kwaterę, niedługo powinno do nas dołączyć warszawskie wsparcie, czyli Marek i Darek (MiD - kurcze jak to się fajnie pisze). Chłopaki na miejsce docierają około dziesiątej w nocy. Robimy powitalny browarek i snujemy plany na jutro. 

Mając w pamięci ruch jaki panował nad wodą, oraz że dopiero był to czwartek, pobudkę proponujemy na czwartą rano, może uda się choć utrzymać miejscówkę z czwartku. Jeszcze po ciemku meldujemy się nad wodą, jest czas na wyładowanie sprzętu. Dwa kursy do samochodu i jesteśmy (sąsiad, młody i ja) rozpakowani. Nie można tego powiedzieć o braciach MiD. Chłopaki do tematu biwakowania nad woda podeszli profesjonalnie. Grill gazowy, komplet ogrodowy (stolik i krzesła). Wyładowanie samej wałówki zajęło trochę czasu, ale normalnie wypas: co kto chce, sery, wędliny, dania obiadowe, przez ogórki kiszone na grzybkach marynowanych kończąc, że o słodyczach i płynach niezamarzających nie wspomnę. Normalnie szczęka mi opadła, z opresji uratował mnie sąsiad wpychając ją na swoje miejsce z obawy że mi robaków nawłazi jak tak będzie na ziemi leżała. A gdzie my? przyzwyczajeni przez lata do minimalizmu, zabieramy jedynie to co jest niezbędne do przeżycia, żadnych zbędnych przedmiotów lub kilogramów. Nie będziemy jednak narzekać na wygody. Pocieszamy się z sąsiadem że gdybyśmy mieli większy samochód to również byli byśmy lepiej przygotowani do biwakowania. No dobra, towar wyładowany, czas na szykowanie wędek i pierwsze zarzucenia. Sąsiad i ja tradycyjnie grunt, reszta naszych kompanów ruszyła ze spinami. Może przez około 30 min łapali w najbliższej okolicy, potem na kilka godzin zniknęli nam z oczu. A u nas, no cóż, okresy drzemki przerywała jakaś drobnica, ja ponownie przerobiłem temat z gwiazdkami. Ogólnie wygląda to tak: na miejscówce określanej jako najlepsza (ale już zajętej) , w czwartek goście wyciągali naprawdę piękne okazy (chodziły tylko 3 wędki ustawione centralnie), dziś na tejże miejscówce brania coraz rzadsze i ryby coraz mniejsze i dalej tylko na środkowe wędki, tak chyba do wyczerpania zapasów w dołku. Wreszcie zobaczyliśmy wracających naszych szalonych wędrowców (patrz spinningistów), ale zdecydowanie nie wyglądali na klientów dźwigających siaty z rybami, czyli wyniki podobne do naszych. Po dotarciu do obozu opowiadają ze wyciągnęli kilka szczupaków ale z kategorii nieletnich. Wielkość ryb w przypadku Marka i Darka nie stanowiła problemu, i tak zaraz po przyjeździe zaznaczyli że dla nich to typowa wyprawa na sportowo. Darek potwierdził opowieści zdjęciami, potwory to nie były, ale i tak większe od naszych dokonań. Nam zapinają się jedynie jazgarze, krąpie i karasie. 

Po obiadku postanowiliśmy nasycić oczy panoramą z punktu widokowego znajdującego się jakieś 30m nad naszym łowiskiem. Kurde, co to była za wyprawa, wejście tak strome że dla mnie to było jak wspinaczka skałkowa. Niby chodzę po górach (to znaczy byłem kiedyś w barze pod wielką krokwią w Zakopanem) ale podczas tej wspinaczki musiałem zrobić sobie dwie przerwy. Normalnie czwarte piętro, gładka ściana, z dołu to tak nie wyglądało. Na górze meldujemy się prawie w komplecie, prawie bo Darek wymiękł i został pilnować obozowiska. Widok naprawdę wart wspinaczki, choć ja trochę marudzę, spodziewałem się panoramy a tu jak przez okno. Jeszcze tylko zejść w tę przepaść. Nasza ekipa od robienia wiatru wędkami rusza ponownie na podbój okolicznych wód, tym razem przeczeszą starorzecze. Do ich powrotu wynudziliśmy się z sąsiadem jak mopsy. Nie pomogła nawet zmiana miejscówek, efekt jeden karaś i dwa zaczepy, sąsiad teraz musi robić dwa zestawy. W wodzie na ujściu starorzecza do Bugu widzimy trzech golasów z ubraniami i wędkami w rękach próbujących dostać się na nasz brzeg, okazało się że to nasze wiatraki. Po powrocie opowiadają że obejście starorzecza to kilka kilometrów i mieli już dość łażenia. A skoro krowy przeszły w tym miejscu kilka godzin wcześniej to i oni zaryzykowali. Zbliżał się wieczór, na szczęście dookoła pełno było suchego drewna (nanosy pozostałe z wysokiej wody), czego jak czego ale drewna na ognisko na pewno nie zabraknie. Noc przy ognisku była super, bynajmniej nie ze względu na ilość brań. Jak to zwykle bywa w takich okolicznościach, znalazł się jakiś napój bogów, były opowieści dziwnej treści. Całą nockę obcowaliśmy z miejscową fauną. To jakiś żmij lub stado zaskrońców (Marek poznawał po świecących oczach) płynęło w nasza stronę, tudzież jakieś inne wodno lądowe zwierzaki. Stwierdziliśmy nawet że jakiś duży zwierz który wydzierał się na drugim brzegu (zupełnie jak by go cisza nocna nie obowiązywała) to musi być ,,żubr’’ który zabłądził w te strony, choć część z nas uważała że to jeleń. Na koniec okazało się że podchodzą nas lisy. Mieliśmy nawet taki chytry plan żeby zapolować na lisy (skoro ryby nie biorą). Przy polowaniach na lisy RAPR nie obowiązuje i można by ustawić zestawy w stronę lasu na kiełbasę uzbrojoną w kilka kotwic. Już widzieliśmy zadowolone twarze naszych kobiet jak po powrocie z ryb wręczamy im futra z lisów, to byłoby coś, ostatecznie odstąpiliśmy jednak od tego pomysłu. Teraz mam problem czy rzeczywiście tej nocy tyle się działo, czy był to tylko efekt smakowania wody ognistej. Będę jednak trzymał się tej wersji, jak to bohatersko przeżyliśmy noc w otoczeniu dzikich (patrz krwiożerczych) zwierząt. 


Sobota (ostatni dzień wędkowania na Bugu), dzień jak co dzień choć nad ranem trochę popadało, wiatraki w trasę a my feedery. Efekt podobny do poprzednich dni, nie bardzo jest się czym pochwalić. Po kilku godzinach już wszyscy łowimy stacjonarnie, efektów brak. Po południu pakowanie i w drogę, warto by obejrzeć półfinał w domu. Podsumowując , nie możemy co prawda pochwalić się ani życiówkami ani ilością złowionych ryb a jednak wracamy zadowoleni. Jest coś w Bugu i tej miejscówce, coś co powoduje że chętnie będziemy tam wracać, coś co powoduje że to dla takie wręcz ,,magiczne’’ miejsce. A ryby których nie złapaliśmy tym razem, no cóż muszą poczekać do naszej kolejnej wizyty.
Pozdrawiam
połamania

 


4.8
Oceń
(27 głosów)

 

Wędkowanie na Bugu - odsłona druga - opinie i komentarze

użytkownik102837użytkownik102837
0
***** (2014-09-30 18:53)
barrakuda81barrakuda81
0
Piękna rzeka.Przyznam że nigdy nie byłem nad Bugiem.Malownicze tereny.Takie widoki wynagradzają nawet nie najlepsze wyniki.Grunt że wyprawa była udana.*****Pozdrawiam. (2014-09-30 20:05)
GramarGramar
0
Nie łowiłem nigdy na Bugu, ale po przeczytaniu i obejrzeniu zdjęć, chyba powinienem kiedyś się tam wybrać. Dalem piątkę, pozdrawiam (2014-09-30 20:21)
Jakub WośJakub Woś
0
Czy to zdjęcie przełomu w miejscowości Gnojno? (2014-10-01 01:19)
krisbeerkrisbeer
0
Dokładnie tak, to Gnojno (2014-10-01 08:11)
antyquariatantyquariat
0
W weekend byłem nad Bugiem w Niemirowie - piękna sprawa. Białoryb nawet nie drgnął, ale za to szczupaczki się brali ;) Szykuję relację i ***** zostawiam :) (2014-10-01 08:38)
Pawelski13Pawelski13
0
Jak to mówią - najważniejsza przygoda:) (2014-10-01 09:27)
Jakub WośJakub Woś
0
Byłem tam raz dwa lata temu i ten widok zostaje w pamięci. (2014-10-01 23:29)

skomentuj ten artykuł