Wędkowanie to nie pasja to stan ducha.

/ 4 komentarzy / 10 zdjęć


Czas płynie i nie chce się zatrzymać mijają godziny dni i tygodnie a u mnie ani chwili wolnej na ryby, w pracy sporo zadań po półtora miesięcznym urlopie i góra zaległości, niby człowiek powinien być wypoczęty ale ja wzorem większości mieszkańców naszego wspaniałego kraju urlop spędziłem w remontolandii i przy dwójce dzieci nie bardzo dosypiałem. Mój stan był bliski stanu krytycznego i groziło wybuchem większym niż wybuch reaktora atomowego w Czarnobylu. Dodatkowo moja negatywna energia była tak znakomicie wyczuwalna że bliscy zaczęli mnie unikać z dziećmi włącznie, nie mogłem się rozładować nawet w czasie porannych i wieczornych ćwiczeń.

Moja małżonka stwierdziła że chyba powinniśmy odbyć rozmowę i zaczęła się poruszać po cienkim lodzie, pytając mężu co się z tobą dzieje, nie wytrzymałem i wylałem swoje żale odnośnie czasu pracy od piątej rano do jedenastej wieczorem i brakiem ciągłego snu związanego z koniecznością obsługi najmłodszego członka rodziny. I chyba się jej oczy otworzyły bo pokiwała tylko ze zrozumieniem głową i powiedziała że chyba powinienem zrobić małą przerwę i wybrać się na ryby bo jakiś taki inny z nich wracam. Od razu poczułem że brakuje mi czegoś i to może być klucz do odzyskania spokoju ducha i mojej stoickiej postawy wobec świata.

W piątek pierwszego sierpnia postanowiłem nie pracować po pracy zabrałem rodzinę na zakupy gdzie przy okazji postarałem się wynagrodzić wszystkim moje zachowanie, wykończone dzieci o godzinie 19:00 były już wykąpane i w łóżkach a ja zaplanowałem wyjazd na rybki o 3 w nocy i powrót około 10 koszenie trawników i kolejny wyjazd w okolicach godziny 17 do 21 w sobotę oraz od 3:00 do 10:00 w niedzielę. Jakie było moje rozczarowanie gdy w sobotę otworzyłem oczy i na zegarze ujrzałem godzinę 9:00 zaspałem na ryby skurcz serca żal i żal okrutny ale może tak miało być nie wiem.

Zjadłem śniadanie i po takiej dawce snu powoli poprawiał mi się humor, Wiktor dwu miesięczny synek zaczął coś tam po swojemu ćwierkać i zacieszać swoim niemowlęcym uśmieszkiem, trzyletnia córka przyszła i się przytuliła po raz pierwszy chyba od dwóch tygodni i zaproponowała zabawę na którą przystałem.
Wszystko zaczynało wracać na swoje dawne tory a ja pełen werwy wykonywałem zaplanowane prace tak ze o 16:00 byłem już wolny.

Gdy pakowałem auto córka przyleciała i zapytała się czy może jechać ze mną na co z ochotą przystałem i pomogłem spakować kanapki ubranko i picie do plecaczka.

O godzinie 17 już byliśmy na łowisku gdzie po raz pierwszy swój chrzest miały odbyć nowe wędki i kołowrotki. Nie mogłem sprawdzić jednak ich donośności ponieważ łowiłem na 15 metrze od brzegu i rzucałem z pod siebie.

Jako że było mało czasu który postanowiłem wykorzystać na zabawę z córką założyłem pellet na włos obu zestawów i sypnąłem kilka garści do okoła zestawów.

Pierwsze branie mieliśmy o godzinie 18 z minutkami i na wędce którą moja córeczka zaanektowała jako swoją zameldował się leszczyk .
Moja córeczka cieszyła się ogromnie i postanowiła zjeść nieboraka i wszelkie namowy do darowania leszczykowi nie przyniosły skutku musiałem zabrać leszczyka i tyle.

Po zarzuceniu zestawu oddaliśmy się wspólnej zabawie i dyskusji a moje baterie ładowały się niesamowicie ale jak to w życiu bywa całość wędkowania popsuła para z wielkim jak ciele owczarkiem niemieckim. Para ta bezmyślnie spuściła psa ze smyczy i zdjęła mu kaganiec, pies przybiegł i zaczął warczeć na córkę miał tylko tyle szczęścia że kobieta zdążyła dolecieć do niego przede mną bo ja śmigałem z siekierą w ręku.
Ciśnienie na 200 w obecności przestraszonego dziecka nie chciałem zbyt dosadnie wylewać frustracji i bardzo, bardzo grzecznie przypominałem parze o kagańcu i smyczy. Po chwili zobaczyłem wielką gałąź lecąca do wody 5 metrów od stanowiska i zaraz za gałęzią psa który wskoczył do wody.
Myślałem że wyjdę z siebie bezmyślność ludzi nie zna granic lub złośliwość. Znowu ze słowem do pary a towarzysz kobiety że musimy dojść do jakiegoś kompromisu, więc ja do niego że jest tu 5 stawów dlaczego kąpie psa 5 metrów od wędkującego i psuje wypoczynek on że to publiczna woda i może sobie psa kąpać więc ja mu wskazałem na tabliczkę informacyjną na drzewie i wyjaśniłem temat oczywiście na odejście jeszcze raz gałąź poleciała do wody i w ślad za nią pies. W normalnych okolicznościach nie skończyło by się to dobrze ani dla gościa ani dla psa ale hamowała mnie obecność córki.

Po całym zajściu spakowałem sprzęt i o 19:00 byliśmy w domku. Opowiedziałem żonie o zajściu i do końca dnia byłem znowu naładowany dopiero kilka złocistych piwek poprawiło mi humor i już nie mogłem doczekać się niedzielnego poranka.

Dla bezpieczeństwa nastawiłem kilka budzików ale niezawodny okazał się synek Wiktor który punktualnie o 2:50 domagał się cycka i trzeba było go dostarczyć żonie do karmienia.

Szybko ubrałem się złapałem za torbę i o 3:20 byłem na łowisku. Przy świetle latarki czołowej zbudowałem zestawy zarzuciłem pierwszą wędkę i zabrałem się za przygotowanie drugiej i gdy tylko mocowałem stoper do włosa na drugim zestawie odezwał się dźwięk sygnalizatora w ułamku sekundy się rzuciłem się do wędki .

Błyskawicznie przytrzymałem szpule i uniosłem wędzisko do góry, walnięcie które poczułem przeszło moje oczekiwania, rozdygotany rozpocząłem holowanie i w czasie gdy próbowałem uniemożliwić odjazd w gęstą roślinność zanurzoną przez głowę przebiegła mi myśl a gdzie podbierak.
Oczywiście w pokrowcu bo karpie nie biorą od razu i jest czas na wszystko popełniłem błąd i jak się później okazało musiałem za niego zapłacić.
Ale wracając do holu karpia robiłem wszystko aby nie pozwolić mu wjechać w rośliny i się wypiąć a pas wolnej od roślinności wody miał może 15 metrów, karp niewiele robił sobie z moich zabiegów i szalał jak chciał ja tylko dokręcałem hamulec i odzyskiwałem powoli utracone metry żyłki, nie odczuwałem upływu czasu i walka trwała coraz dłużej czułem tylko jak boli mnie ręka i w końcu moim oczom ukazał się misiek i to misiek mojego życia.
Gdy pokazał się tylko na powierzchni znowu ostro odjechał a ja będąc pod jego urokiem nie zareagowałem odpowiednio szybko i karp z całym impetem wjechał w moczarkę o tyle dobrze że zrobił to wierzchem i po chwili wyszedł na czystą wodę.
Sprzęt spisywał się wspaniale i działał bez zarzutu ja już opracowałem plan podjęcia karpia niema rady trzeba wejść do wody i lądować w łapy miśka.
Szybko zrzuciłem z siebie buty i spodnie pozostając w bokserkach i koszulce próbowałem wymęczyć karpia na tyle aby dal się podebrać rękami.
Specyfika miejsca gdzie łapie jest taka że 1,5 metra od brzegu jest jakieś dwa metry wody tak że stojąc po pas nie mogłem zrobić nawet kroku bo tam musiałbym pływać. Przyciągam mojego misiaczka do brzegu odgradzam go od otwartej wody ciałem i trzymając kij pod pachą próbuje wytaszczyć go na brzeg ale wystarczył jeden dotyk aby mój przeciwnik odzyskał siły i pojechał przy brzegu nic nie mogłem zrobić tylko z żalem patrzeć jak zaszył się w największe ziele i przy próbie wyciągnięcia go z ziela wyciągnąłem tylko jego wielką kępę.

Żal ryby, ale adrenalina buzuje inni by się może złościli nie przeczę że wyrwała mi się jedna maleńka k…wa ale tylko jedna.
To jest to dlaczego robię to co robię to było piękne dziś wygrałeś ty ale kiedyś wygram ja, z tą myślą zebrałem swoje rzeczy i z rogalem na ustach przebrałem się i rozłożyłem podbierak. Zarzuciłem zestawy i wiedziałem ze po takiej walce będę miał chwile spokoju.

Rozstawiłem fotel wyciągnąłem aparat i rozsiadłem się delektując się wspomnieniami z walki jaką dwadzieścia minut wcześniej stoczyłem. W między czasie chmury które zakrywały niebo przerzedziły się i miałem gdzieś w okolicach godziny piątej szansę oglądania wspaniałego wschodu słońca który sączył się przez zielone liście drzew nadając wodzie i otoczeniu wspaniały wygląd. Po raz kolejny poczułem się wspaniale a że miałem w rękach aparat uwieczniłem tą chwilę i zatrzymałem ją dla siebie. Oddałem się kontemplacji i moje akumulatory naładowały się i wrócił mój stan ducha który trwa uśmiech od jakiegoś czasu nie schodzi mi z twarzy i ciągle wracam myślami do walki z rybą i tego jedynego klimatycznego wschodu słońca.

Po spektaklu w którym słońce grało główną role moje ciśnienie spadło na tyle że zapragnąłem kawy którą od jakiegoś czasu robię w metalowym kubku zalewając ją zimną wodą i gotując dłuższą chwilę na wolnym ogniu.

I w czasie odprawiania rytuału mieszania kawy by nie wykipiała odezwał się wolny bieg i sygnalizator zagrał najpiękniejszą melodię dla uszu wędkarza. Nie dobiegłem jednak na czas ryba siedziała już w moczarce i znów wyholowałem kępę ziela zamiast karpia.

Zarzuciłem kolejny raz zestaw i przerzuciłem drugi zasypałem łowisko pelletem i zacząłem pić gorącą kawę obserwować serię baniek idących w stronę miejsca gdzie leżały zestawy , gdy zobaczyłem mikro ruch swingera byłem już przy kijach, w tym momencie nastąpił odjazd przyciąłem w nadziej na kolejny okaz ale jak się po chwili okazało był to karpik może trzy kilogramowy i to chyba w porywach.
Walka trwała chwilkę bo chciałem poznać lepiej sprzęt podebrałem karpika i ułożyłem go na macie poprosiłem wędkarza który przychodził o zrobienie zdjęcia i później spojrzałem na matę która była cała zalana mleczem.
Oddałem karpia wodzie i posprzątałem bałagan który na robił.
I tu ujrzałem że mój nowy wędkarski towarzysz pies Reksio rasy mieszanej funduje sobie darmowe i całkiem drogie śniadanko z pelletu który miał być dla ryb.
Uratowałem kilka garści aby mieć czym posypać i na co łowić mało mi było jednej kawki więc zrobiłem drugą i w momencie gdy postanowiłem usadowić swoje szacowne cztery litery w fotelu nastąpiło branie gwałtowne jak eksplozja, reakcja natychmiastowa rzut w stronę wędek i na kolanach unoszę wędzisko do góry panika, swinger urwał się z mocowania i nie pozwala holować ryby szybko go wyczepiam i niestety ryba siedzi w zaroślach trudno takie uroki łowienia w śród zielska. Zarzucam zestawy i zamiast swinegra żyłkę przyciskam patyczkiem.
Udaję się na pogawędkę z wędkarzem który rozbił się obok i po chwili branie na drugiej wędce tnę i sytuacja ze swingerem się powtarza straciłem drugi trudno rybka zeszła a ja postanawiam zakończyć łowienie na dzisiaj.

Zwijam sprzęty żegnam się z wędkarzem i wracam w znakomitym nastroju do domu, gestem zwycięzcy po drodze sponsoruje lody dla wszystkich i spędzam niedzielę z dziećmi i żoną.

Trzeba przyznać że łowienie ryb to nie tylko pasja to przede wszystkim stan ducha który pozwala się zatrzymać i docenić to co codziennie mijamy tak obojętnie, pozwala poczuć wieź z przyrodą i naturą oraz dostarczyć pozytywnej energii i pozytywnych emocji które przenoszą się na otoczenie, w konsekwencji pozwalają się cieszyć życiem nie tylko nam wędkarzom ale i naszemu otoczeniu.

 


5
Oceń
(19 głosów)

 

Wędkowanie to nie pasja to stan ducha. - opinie i komentarze

użytkownik105460użytkownik105460
0
Fajny wpis. Zdaje się, że mam ten sam "stan" - na ryby nie chodzę, bo w domu pojawiła się mała Hania:) Mówię sobie, że jesienią nadrobię... Gratulacje za spostrzeżenia i puentę! (2014-08-13 07:16)
kabankaban
0
Dla mnie mimo wszystko to i pasja i stan ducha. Pozdrawiam. (2014-08-13 08:24)
krisbeerkrisbeer
0
Jako że nie jestem wędkarzem wybitnym, u mnie to musi być stan ducha wynikający z pasji. Szkoda tylko że stan ten czasami zakłóca jakaś banda ciołków. Sam mam wielkiego jak ciele owczarka niemieckiego ale nigdy nie pozwoliłbym sobie na to żeby mój pies wystraszył czyjeś dziecko. Ba, w tego rodzaju sytuacjach (a kilku doświadczyłem) puszczają mi hamulce, ale tak to jest jak stado baranów psa wyprowadza. pozdrawiam (2014-08-15 09:14)
rysiek38rysiek38
0
Ja od dwuch lat planowałem 3dni wolnego ,no i co? zamiast na Jurze siedze w Siemianowickiej dziurze,co prawda dziś z rańca dzikol i kilkadziesiąt sztuk ale nijak się to ma do jednego pstrążka z niepozornego potoczku -choć bateryjkę tez troszkę podładowalem a co jutro ??? no cóż -może będzie lepiej i na innym łowisku :-) (2014-08-15 17:19)

skomentuj ten artykuł