Zaloguj się do konta

Weekendowe wędkowanie

Piątek 14 września 2012r., godz. Coś koło 20.00 walizka spakowana do luku bagażowego starego autobusu, jakoś udało mi się ulokować na siedzeniu, plecak wciśnięty pod nogi, pokrowiec z wędką dumnie sterczy znad rzędu siedzeń.
20.20 stary dieslowski silnik zaklekotał, plunął kłębem spalin i ruszyliśmy, na starcie mamy 5 minut opóźnienia ale nic to wracam do domu, do rodziców, zostawiam za sobą cały meczący tydzień i zgiełk stolicy. Tak rzadko się u nich pojawiam że wstyd się przyznać, jednak odkąd się wyprowadziłem moje życie jest dość ściśle związane z Warszawą, tu mieszkam, pracuje, uczę się, tu spotykam się ze znajomymi, nie jestem „Warszawiakiem” i nigdy nim niż będę jednak lubię to miasto i jak już wcześniej zaznaczyłem jesteśmy ze sobą ściśle związani, ale nie o tym miał być ten wpis. Kierunek Wyszków. Na weekend poczynione zostały już pewne dość konkretne plany i tak jakby właśnie nimi teraz żyję. Myślałem że podróż minie mi całkiem spokojnie jednak pierwsze oznaki czekającej mnie gehenny powoli zaczęły się objawiać. Fotel rozkłada się przy każdym najlżejszym nacisku, a siedzący obok pasażer zaczyna coraz głośniej manifestować swoje niezadowolenie i kwestionować umiejętności kierowcy. W sumie nic to myślę już o niedzielnym wypadzie na rybki, jestem umówiony, wędki wiozę przecież nie od parady. Pan obok dalej nie daje spokoju kierowcy a i autobus robi się jakiś taki tłoczny ale nie dziwota skoro miejsc jest 54 a pasażerów już coś koło 80 i przybywa, cala ta sytuacja już dawno wymknęła się komukolwiek z pod kontroli, głosów niezadowolenia przybywa i moje myśli wędrują do cążek wędkarskich schowanych w plecaku. Kto padnie pierwszą ofiarą, gderliwy współpasażer czy zatrzymujący się i zbierający coraz więcej osób kierowca ?
Obyło się bez ofiar, w drodze do domu zachłannie łapie powietrze, którego tak bark było mi przez drogę jeszcze tylko pogadać chwile z rodzicami pobawić się z kotem i spać.

Sobota mija szybko na pracach przydomowych i innych takich pod bacznym okiem kota który pomaga jak tylko potrafi zabierając miarki, wysypując gwoździe, albo gryząc korbkę kołowrotka. Dzwonie do Marcina żeby przypomnieć mu o naszych na niedziele, okazuje się jednak że nie poszedł dziś do pracy i ma wolne. Dalej idzie już szybko, jesteśmy gotowi w 30 minut, tankujemy gaziorek i jazda… ale gdzie my chcemy jechać ???
Grubsza rozkminka, papierosek i już jest absolutnie wszystko jasne jedziemy na Gółczewo, jeszcze tylko kawałek po dołkach i od rzeki grodzą nas tylko nadbużańskie chaszcze. Marcin mnie zaskakuje przy wypakowywaniu składając mi spóźnione życzenia urodzinowe. Wędki poskładane, wpis w rejestrze jest to nad wodę. Drugi raz od zakupu towarzyszy mi mój Black Rock jeszcze się nie znamy i każde się musi siebie nauczyć, Marcin młóci wodę Mistralem Navigatorem( swoją połamał na Knurowcu) też mu to średnio idzie ale dużo szybciej nagina spina do swojej woli i każdy kolejny rzut jest już równy. Niestety ja cała sobotę docierałem się ze swoją nową krótka(213 cm) i sztywniejszą wędeczką. Miejscówki obławiamy po kilka kilkadziesiąt rzutów i wspinamy się dalej w górę rzeki. Brzeg jest dość wysoki i niemal pionowo ścięty co może oznaczać że pod samymi nogami mamy głębszą rynnę. Jak na razie jesteśmy po kilku zmianach przynęty i nadal bez brania, no może poza zaczepami które trochę uszczupliły nasz arsenał. Pogoda jest szczupakowa niebo zachmurzone i nawet wiatr przestał nas atakować. Z postępem naszej wędrówki docieramy do małej zatoczki w której ktoś zacumował łódkę. Zostaje tu na dłużej bo coś się w niej zdecydowanie panoszy niestety nie okazuje zainteresowania ani kombinacji gum, ani blaszek.
Czy Ci cholerni kłusole wszystko już z tego Bugu wyciągnęli ?!
Ponure myśli rozwiewa Marcin wypadając w krzaków z okoniem +/- 30cm.
- Masz cążki ? Głęboko capnął i nie mogę wyhaczyć.
- No mam, zaraz. – Gorączkowo szukam na dnie plecaka, są, krótka operacja i po sesji okonek wraca do wody.
- Tam za drzewami jest stawik. W pierwszym rzucie mi wpadł. – Tyle go widziałem, bo poleciał łowić dalej.
Spakowałem swoje klamoty i ruszyłem za nim, tym razem zmiana miejsca okazała się trafiona, wpadł pierwszy w tym sezonie szczupak ok. 40cm., parę fotek i do wody, niech się poskarży dziadkowi. Jednak szczupak wcale nie miał zamiaru się skarżyć dziadkowi, tylko zapikował głowa w muł i trzeba było mu pomóc wyjść. Naszym łupem padły jeszcze jeden okoń i niewielki szczupak. Wracamy do domy ciekawi co przyniesie nam niedziela.


Umówieni jesteśmy na 7 rano, ale wyjazd się przeciąga bo ma do nas dołączyć jeszcze jeden znajomy, tak też wyruszamy o 9, zahaczamy o wędkarski i na 10 docieramy na Ślężan, niestety w pierwszym miejscu nic, kawałek dalej mamy kolejny kawałek pięknej wody, dość tłoczno, panowie stoją na łódkach i młócą aż miło popatrzeć, trzeba się dołączyć do tej wesołej zbieraninki i coś połowić, po udanej sobocie nastroje mamy bojowe. Każdy z nas zajął odmienne stanowisko i kije poszły w ruch. Woda jest głęboka i dość mocno zarośnięta, co chwile ciągnę jakieś zielsko i mam już ich pod butami spora kupkę. Pogoda się poprawia wychodzi słoneczko i robi się cieplej nadal jesteśmy bez ryby i może właśnie to zaczyna irytować moich towarzyszy. Czarę goryczy i ostateczna decyzję o zmianie miejsca przelewają 3 szczupaki wyciągnięte przez ekipę na łódce każdy ma na oko ponad 60cm. Jest 13 i trzeba się zastanowić czy jedziemy dalej czy składamy broń i wracamy o kiju. Jakoś udało mi się przekonać kolegów do poszukaniu nowego miejsca i tak oto najpierw trafiamy na Młynarze skąd niestety po 2 godzinach przeganiają nas szerszenie. Łowiskiem ostatniej szansy jest wczorajsza miejscówka na Golczewie. Podczas gdy my wypakowujemy sprzęt i zbieramy się nad wodę kolega Marcin wyskakuje z samochodu jako pierwszy, w biegu składa wędkę i już ma, pierwsza rybę. Chłopak pokazał nam co to znaczy mieć jedno sprawdzone pudełko przynęt, tak zatem pierwszy szczupak ląduje w siatce. Nałowimy sobie ładny komplecik i zrobimy im ładną końcowa fotkę. Staje jakieś 10 – 15 metrów dalej od Marcina uzbrojony w małego perłowego ripperka, zgrabny rzut między gałęzie parę ruchów korbką i siedzi, trochę się opiera ale plecionka Mistrall Shiro 0.12 nie pozwala mu za bardzo poszarżować. Mamy już dwa szczupaki. Marcin się śmieje że to mój wczorajszy szczupak kamikadze, po dokładnych oględzinach nie stwierdziłem jednak żadnych śladów po haku. Kuba tylko jako jedyny pozostał o kiju i ta sytuacja nie zmieniła się już do końca wypadu. Na pożegnanie wodę pod gałęziami zakotłował nam większy osobnik i obiecałem sobie że jeszcze po niego wrócę.

Opinie (7)

MsKamiru

Fajny wpis :) Ostatnio kupiłem to plecionke :D 5 :) [2013-03-11 18:00]

MateuszR86

Będzie Ci się nią dobrze łowić. Fajna mięciutka plecionka i zauważyłem że 0.12 Mistralla mniej się rwie od 0.15 Sufixa. Za jakiś czas coś o niej napiszę. [2013-03-11 18:22]

roman55

Ciekawa relacja z wypraw. Pozdrawiam ***** [2013-03-11 19:06]

ekciak

super relacja :D 5***** [2013-03-11 21:25]

JAQU

...bardzo fajny wpis, w dobie dzisiejszego kryzysu "rybostanu" naszych wód, każda rybka, która da się wędkarzowi oszukać cieszy podwójnie. Fajnie, że na takie wędkowanie wybieracie się wspólnie swoją paczką, taka wyprawa jest o wiele atrakcyjniejsza i pozostaj w pamięci na długo. Oczywiście 5 + Pozdrawiam [2013-03-12 09:23]

Lin1992

Super się czytało. Życzę dalszych sukcesów. [2013-03-13 19:27]

slawekkiel17

mily wpis, fajnie sie czyta i ... *****5-ka !!!. [2014-01-14 22:23]

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za komentarze Internautów.

Czytaj więcej