Wielka wyprawa wędkarska

/ 4 komentarzy

Czy może być coś lepszego niż niedzielny, słoneczny poranek nad wodą z wędką? Tak, ale tylko niedzielny, słoneczny poranek po spokojnej nocy spędzonej nad wodą z wędką i w doborowym towarzystwie
A było to niespełna pięć lat temu, kiedy z braćmi wyruszyliśmy na pierwszą moją nockę. Oczywiście jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, że będzie to WIELKA wyprawa. Była to jedna z tych wypraw, które to powtarza się rzadko, chociaż ma się apetyt na więcej, ale jak to bywa w życiu: praca, szkoła, żona czy dziewczyna. Być może w tym tkwi WIELKOŚĆ owej wyprawy, mianowicie w jej wyjątkowości i niepowtarzalności.
Plan był krótki – nie było planu. Bredzę, oczywiście, jak przystało na młodych moczykijów, był jeden nadrzędny cel, który motywował plan całej wyprawy. Celem było oczywiście złowienie TAAAKIEJ RYBY! Nie pozostało nam więc nic innego, jak tylko uczynić pospieszne przygotowania i wyjechać nad wodę, co by żaden inny przymoczek nie wyłowił naszej RYBY ŻYCIA.
Godzinka saunoPKSem w 30 stopniowym upale minęła jak z bicza strzelił i jesteśmy na miejscu, wypad zaczął się na dobre.
Ile nawylewaliśmy z chłopakami potu, ile nastrzępiliśmy języka, ile się nawyzywaliśmy, ile ostatecznie naśmialiśmy i nabawiliśmy, zanim dotarliśmy na miejsce. O tym spokojnie mógłbym napisać kilka osobnych artykułów. Najważniejsze jednak, że trafiliśmy, chociaż jeszcze wtedy sami nie wiedzieliśmy gdzie dokładnie. Jedynym pewnikiem było to, że byliśmy nad piękną rzeką, przed wyśmienitym zachodem słońca i przed wizją dobrego wędkowania.
Lokujemy się na miejscówce za zakolem rzeki. Po rozłożeniu sprzętu zorientowaliśmy się w terenie i dopiero wtedy dostrzegliśmy prawdziwy klimat i urok miejsca, w którym znaleźliśmy się w dużej mierze z czystego przypadku. Nie słychać ani samochodów, ani krzyków, tylko delikatny szum płynącej z prądem rzeki, przerywany gwałtownymi, pewnymi atakami drapieżników. Regularnie co kilkanaście sekund drapieżniki pokazywały, kto jest królem tego łowiska, dając swoisty koncert na tafli rzeki.
Drewno na ognisko przygotowane, stanowiska ogarnięte, czas więc na zarzucenie zestawów. Na haczyku rosówka, w koszyczku zanęta, na końcu kija drgająca szczytówka – obiekt wszystkich spojrzeń przez najbliższe kilka godzin. Na efekty nie trzeba było długo czekać i choć początkowo nie były to sztuki rekordowych rozmiarów, brania były ciągłe. To był debiut jeśli chodzi o nockę i łowienie z gruntu, nie oczekiwałem więc oszałamiających efektów. Wszystko zmieniło się z czasem, kiedy bracia zaczęli wyciągać większe sztuki. Po prawej ciągnie coś Marek, chwilę później wygięty kij u Piotrka. A u mnie nic, studnia, co się dzieje? Już nawet mniejszy krąp i płotka przestały interesować się moją smakowitą rosówką, zmieniam ją więc na pęczek białych robaków, niestety, nadal nic. Zaczynam kombinować, chociaż kończy się to zrywaniem kolejnych zestawów i ogólną plątaniną. Pewnie gdyby nie dobre nastroje braci, którzy już trochę połowili, czekałby mnie porządny opiernicz.
W końcu emocje powoli ostygają, jestem już pogodzony z myślą, że nic większego nie złapię, bo i braciom przestało coś brać. Zestaw zarzucony od niechcenia, leży tam już od dobrych kilku minut, nie chce mi się już nawet sprawdzać stanu robaka na haczyku, powoli przysypiam. Nagle porządne szarpnięcie całym kijem! Wędka aż spadła z podpórki. Szybko zacinam, Marek mnie uspokaja i instruuje widząc moje zakłopotanie. Na nic to się jednak zdało biorąc pod uwagę moje podniecenie i ożywczą reakcję. Z młodzieńczą werwą, zanim się obejrzałem ryba była już na brzegu.
Do rana nie złowiliśmy już żadnego większego okazu, ale mi i tak wystarczyła ta jedna sztuka, żeby już do końca wędkowania nie znużył mnie sen.
Tak jak już wcześniej pisałem, byliśmy tam jeszcze kilka razy, ale już nigdy nie było takiego klimatu, jak podczas pierwszej wyprawy. Bracia doczekali się własnych samochodów i nie musieliśmy już tłuc się pksem i maszerować z całym tobołkiem niczym pątnicy, zyskaliśmy komfort, ale utraciliśmy przez to pewien urok wyprawy z prawdziwego zdarzenia. I chociaż nie byliśmy już tam kolejne lato, wierzę, że kiedyś znów uda się nam wybrać w taką samą wyprawę, w tym samym składzie.

Z wędkarskim pozdrowieniem, Łukasz Zagulski.

 


5
Oceń
(18 głosów)

 

Wielka wyprawa wędkarska - opinie i komentarze

Zander51Zander51
0
Świetny debiut literacki Łukaszu ! Widać, że nie obijałeś się na j. polskim. Ja co prawda wożę klamoty wędkarskie autem "od zawsze", szczególnie, gdy czekała mnie nocka, ale zdarzały się spacery ze spinnem w ręku wzdłuż brzegu Łyny... (2013-06-18 01:23)
chenio123chenio123
0
Dziękuję panie Mirku za ten pozytywny komentarz. Z j. polskim nie obijam się dalej z racji studiów - filologia polska. Zdaję sobie sprawę, że w moim warsztacie jeszcze wiele do poprawienia, ale jak mówi stara, jednak wciąż powszechna myśl: "Nie od razu Rzym zbudowano". Pozdrawiam i życzę połamania kija! (2013-06-18 17:40)
dunster35dunster35
0
No , debiutancki i jaki świetny. Bardzo ciekawa wyprawa. Pozdro!:) (2013-06-19 20:09)
ferozaferoza
0
Gratuluję "startu"; i tego nocnego i tego powyżej! W pełni się zgadzam z opinią Kolegi Mirka. Są jeszcze młodzi ludzie pozytywnie bawiący się językiem. To cieszy. Po informacji: "Z j. polskim nie obijam się dalej z racji studiów - filologia polska. Zdaję sobie sprawę, że w moim warsztacie jeszcze wiele do poprawienia, ale jak mówi stara, jednak wciąż powszechna myśl: "Nie od razu Rzym zbudowano". Pozdrawiam i życzę połamania kija!, "podniesiemy poprzeczkę". Żartuję; gratuluję i pozdrawiam.***** (2013-06-21 17:45)

skomentuj ten artykuł