Zaloguj się do konta

Wielkanocne leszcze - dawnych wspomnień czar

Nareszcie sypnęło śniegiem ! Jest już z 10 cm, zrobiło się biało dookoła. Nadeszła zima. Śnieg da większą uciechę dzieciakom niż wędkarzom podlodowym, ale dzieci zaczynają ferie i będą w końcu miały swoją zimową frajdę. Nam, wędkarzom potrzebniejszy jest solidny mróz w pierwszej kolejności. Śnieg opóźni przyrastanie lodu i raczej nie wejdę na swoje ulubione leszczowisko na J. Lutry. Dziś są moje urodziny i zawsze świeże rybki spod lodu były na stole. W tym roku ich nie będzie. Wobec tego wspominam dalej...

Wiosnę czuć było już zdecydowanie. Słońce przygrzewało całkiem mocno i robiło się bardzo przyjemnie. Wędkowaliśmy bez czapek i rękawic, często zdejmowaliśmy kurtki. Ale lód był gruby. Nie pamiętam takiej zimy, by zamiast na pochód 1-majowy człowiek jechał na wędkowanie z lodu. Zabrakło tygodnia, by faktycznie tak się stało.
W lany poniedziałek budzę mego wilczura o 5 rano i wyciągam go na spacer. Spojrzał na mnie zdziwiony, że to ja go budzę a nie on mnie, ale nic nie powiedział, tylko posłusznie poszedł za mną na dwór. Ja tymczasem do piwnicy po sprzęt , by cichutko zapakować go do auta. Zaraz, a gdzie buty ? Hm, może postawiłem pod kaloryferem , by przeschły. Ponaglam Atosa a ten jak na złość ociąga się jak nigdy.
Musi wszystkie krzaki obwąchać, poczytać wiadomości od "kolegów" z osiedla. Wracamy w końcu do domu i nie ma butów ! Żonka na bank gdzieś schowała, bym nie jechał. No moja pani, nie ze mną takie numery !. W trampkach, ale pojadę na te leszcze. W nocy zero stopni, więc woda ścięta. Trudno, pojadę w zamszowych trzewikach. Mają co prawda kożuszek w środku, ale to tylko zamsz Widno już było, gdy dotarłem nad jezioro. Nie ma żadnego auta. Głupio tak jakoś samemu. Może jakiś miejscowy chociaż będzie na lodzie... Jeszcze 20 minut marszu z manelami. Ciągnę wielkie wiadro, torbę, która spada mi z ramienia co chwila i świder.

W końcu dotarłem na miejsce. Cieniutka warstwa lodu pęka pod piętą mego zamszaka. Otwory są duże, wybijane pierzchnią, by nie mieć problemów z wyjęciem dużych leszczy. Wrzucam do każdego z trzech otworów po kulce zanęty leszczowej Stępniaka. Jest oleista i z piernikiem. Wyjątkowo wabi leszcze. Rozkładam spławikówkę. Grunt ustawiam 1-3 cm nad dnem. Zakładam 4 ochotki na haczyk nr 12 Lubię patrzeć jak spławik tonie. Nie minęło 5 minut a spławik powoli znika mi z oczu. Zacinam i jest . Holuję pierwszego leszcza, ale wiem , że nie ma kilograma. Następne branie i spławik odpływa w bok. Kolejny niewielki leszcz. Denerwuje mnie to kręcenie kiepskim kołowrotkiem. Zmieniam wędki. Będę łowił na mormyszkę. Opuszczam na dno i pukam. Nie ma brania. Zmieniam przerębel. Tylko podniosłem mormyszkę z dna a kiwok prostuje się. Zacinam i jest spory leszcz. Czuć wyraźnie różnicę. Wybiera mi żyłkę z kołowrotka. Hamulec pięknie gra. Co go pod pompuję, to za chwilę odjeżdża mi. Ale w połowie wody słabnie zdecydowanie. Wyciągam go na lód. Na oko ma z 1,5 kg. Nie ma brań, więc wrzucam niewielką kulkę zanęty i siadam przy trzecim otworze. Dwa podniesienia i branie. Przestaje brać, to wrzucam kulkę zanęty i idę do innego otworu. A tam już branie, tylko mormyszka z ochotkami znalazła się w pobliżu dna. Kręcę się między trzema otworami. I kolejny leszcz. I kolejny...

Zrobiło się ciepło. Aż paruje nad lodem, który błyskawicznie roztapia się . Jest już chyba z piętnaście stopni na plusie. Mam nietęgą minę. Coraz więcej wody na lodzie a ja w zamszakach. Łowię te leszcze i wpuszczam z powrotem. Już nie rajcuje mnie łowienie. Głowę moją zaprząta myśl jak ja wrócę do auta...Leszczy sporo, ale obiecałem rodzinie i sąsiadom. 5 największych pakuję do reklamówki. Jest dopiero południe, ale mam już dosyć. Wiem, że czeka mnie męka zanim dotrę na brzeg. Po jasną cholerę wziąłem świder ! Nogi zapadają się w roztopionym lodzie. Czuję zimną wodę wlewającą się do butów. To przestało być śmieszne a na pewno nie jest przyjemne. Pęka reklamówka i wysypują się leszcze. Tego jeszcze brakowało ! Wiadro pełne i nie mam gdzie tych leszczy wsadzić. Jestem już z 200 metrów od łowiska i boję się wracać po tej brei. Trudno. Męczę się z pakowaniem leszczy do pękniętej reklamówki, które co chwila wypadają z niej. Wracałem chyba z godzinę. Odmówiłem całą „Drogę Krzyżową” i kilka zdrowasiek. Miałem po prostu strach w oczach. Lód roztapiał się w mgnieniu oka.
Nigdy tak nie byłem przestraszony jak owego lanego poniedziałku. Ale dobry Bóg zlitował się nade mną i pozwolił bezpiecznie wrócić na brzeg...Jednak swoje musiałem odchorować. Jestem raczej przesądny i nigdy więcej w świąteczny dzień nie wybieram się już na ryby...

Łowienie leszczy stało się tak popularne, że pół miasta następnej zimy „waliło na lód” po leszcze. Niektórych nigdy bym nawet nie posądzał, że łowią spod lodu. Bogdan, zapalony łowca okoni na blaszki, które sam robił namawia mnie na niedzielny wyjazd na „mój blat” . Oczywiście na leszcze. Już zasypane ma dziury i leszcze już ktoś łowił. Trochę skacowany, trochę wyrwany jak niedźwiedź z zimowego snu dałem się namówić na wyjazd. Ale wędki nie przygotowane, żyłka nie zmieniona. Pogoda paskudna. Z 17 stopni na minusie i dokuczliwy wiatr. Trudno. 2 piwa do torby i jadę głównie dojść do siebie...

Posadzili mnie przy jakimś bocznym przeręblu. Wędkowanie zacząłem od solidnego łyka... Ledwie mormyszka doszła do dna i jednym podniesieniu a kiwok prostuje się. Zacinam odruchowo. Potężny odjazd ryby. Klękam jak zawsze na prawe kolano, gdy holuję większą sztukę.. Mirońcio już podśpiewuje – „Ole ole Janku Mirek na kolanku...” Ryba zatrzymała się. Pompuję ją. Ale co podniosę wędkę do góry to żyłka momentalnie obmarza. Kolejny odjazd. Wszystko trzeszczy. Hamulec ustawiam prawie na zero. Wołam Mirka, bo nie dam sam rady. Ten cholerny mróz ! I wiecie co zrobił Mirek ? Brał w usta żyłkę i roztapiał z niej lód.

Nie wiem jak długo walczyliśmy z tym leszczem, ale go wyjęliśmy. Zdążyłem w tym czasie zupełnie dojść do siebie. Otrzymaliśmy brawa od innych wędkarzy. Leszcz miał 2,60 kg na żyłce 0,08 mm przy trzaskającym mrozie. Następnego już nie dałem rady wyjąć. A Boguś pluł sobie w brodę, że posadził mnie przy najgorszym przeręblu...

Opinie (3)

darek300

Niesaowita przygoda z tymi leszczami. Ale dużo nie brakowało do tragedii żonka miała rację***** [2012-01-15 10:54]

Zander51

Oj Darek. To jeden z największych koszmarów w moim życiu.Ale wiedziałem,że będzie brał leszcz. Jeszcze nie raz narazimy swoje życie. Dlaczego ? Odpowiem jak Kwinto. Bo tam były ryby... [2012-01-15 11:48]

użytkownik

Tak, bo tam były ryby..."5"Tylko że to troszeczkę przeważa szalę na stronę "ducha walki", ale gdy na drugiej szali położysz strach rodziny to jestem pewny że 2x przemyślisz za i przeciw. Okres Wielkanocny to już mimo wszystko troszkę zbyt ciepło.Z własnego doświadczenia "lodowego" ale jako hokeista stawowy ;) pamiętam jazdę w 1 cm warstwie wody która była na tafli stawu. Lód pękną na szczęście nie pode mną i uniknąłem totalnej kąpieli morsa, ale mimo wszystko wróciłem do domu mokry po akcji wyciągania kolegi.Szczęście nasze to to że stawa miał głębokość wody ok.1,00m ale mułu było 0,5m.Kolega był totalnie zakonserwowany i mógłby służyć za przynętę bo tyle ochotki na nim było :)PozdrawiamZbyszek/N [2012-02-02 13:39]

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za komentarze Internautów.

Czytaj więcej