Wisła, sum, węgorz

/ 33 komentarzy

[p]Trzy tygodnie temu rozpocząłem swój siódmy sezon przygody z wędką. Póki co efektów brak, miętusy chyba nie wiedzą, że już jestem nad wodą. Ale przecież tu nie chodzi o złapanie, tylko o łapanie… więc i tak jest przyjemnie. Ale nie o miętusach ma być, a przynajmniej nie w roli głównej.
W wędkowaniu, poza samym holem ryby, fascynuje mnie (nawet nie wiem, czy nie bardziej) masa innych rzeczy. Zadziwiają, ciekawią, narzucają się pytania. Szukając odpowiedzi śledzę pogodę, ciśnienie, kierunek wiatru, fazy księżyca, kalendarz brań, stan Wisły, nurt i kilka rzeczy o których jeszcze wspomnę. Wszystko to rzecz jasna odnoszę do efektów połowów.
Przede wszystkim jestem ciekawy, czy moje doświadczenia są odosobnione, czy może jednak coś udało mi się trafnie wydedukować. Stąd też pozwolę sobie rozwinąć się odrobinę i napiszę trochę o tym co nad wodą zastałem, co z wody wyciągnąłem i co z tego w głowie zostało. No ale muszę od początku.

Pierwszy sezon 2007 – trudno tu mówić o wędkarstwie, raczej jedna wielka próba cierpliwości i nauka panowania nad nerwami. Jak to zawiązać?! Dlaczego ciągle haczyk mi się wbija w palce i spodnie?! Dlaczego spławik nie leci i nie stoi tam gdzie chcę?! Gdzie są ryby?! A pierdzielę taki wypoczynek!
Zaczęło się niewinnie. Szwagier, wówczas dla mnie „wielki wędkarz” zaprosił na piwo nad Wisłą. A że do rzeki od domu jest 200m, browar zimny i ogólnie wiało nudą – łaskawie się zgodziłem. Od urodzenia, aż do tej chwili wędkowanie wydawało mi się najgłupszym i najnudniejszym zajęciem na świecie, a sami wędkarze...
…no cóż, przepraszam za to co sobie myślałem.
Czteropak pękł, szwagier nie złapał nic, a ja na jego wędkę 15cm płoteczkę i … zwariowałem. Następnego dnia byłem już właścicielem nowego szklaka z rynku, kilku najbardziej niezbędnych akcesoriów i się zaczęło spławikowanie. Do końca lata każdy weekend nad wodą. Efekty – 2-3 szt drobnicy dziennie (okonek, płotka, krąpik, wtedy nie potrafiłem ich nawet nazwać), a ja chodziłem dumny jak paw. Zabawa do września, później wędka na strych i czekam następnego ciepłego okresu przekonany, że ryby biorą tylko latem.

Drugi sezon 2008 – uzbrojony już w dwie spławikówki i kartę wędkarską (wiem, rozumiem, powinienem mieć ją rok wcześniej), oraz torbę pełną przeróżnych pierdół, w zasadzie niepotrzebnych, ale pieczołowicie przez zimę dokupowanych, rozpocząłem jakoś w czerwcu wędkowanie na tej samej główce na której we wrześniu zakończyłem. Efekty podobne, pomimo że czasu spędzałem tam coraz więcej. Piątek, sobota, niedziela – łącznie, przez te trzy dni 6-10szt drobnicy, czasem trafiło się coś wielkości dłoni, a dla mnie każdy taki okaz był wręcz medalowy. Klasyczny początkujący. No i w końcu ktoś się nade mną zlitował. Poznałem miejscowego, przemiłego starszego pana, który na tych brzegach łowi od lat 50-tych. Totalny maniak i entuzjasta wędkowania. Nad Wisłą spędza pewnie więcej czasu niż w domu i to od pół wieku. Wcześniej widywaliśmy się dość często nad wodą, ale jakoś nie rozmawialiśmy. Któregoś jednak dnia tak się poskładało, że w rozgrzane, sierpniowe popołudnie ugasiliśmy wspólnie pragnienie zimnym browarkiem i znajomość zakwitła. Spotkaliśmy się nad Wisłą jeszcze wiele razy, pan chyba był rozbawiony moim totalnym amatorstwem, nieporadnością i brakiem jakiejkolwiek wiedzy w dziedzinie wędkowania, imponował mu natomiast upór jaki prezentowałem. Ja przez weekend brzegu Wisły w zasadzie nie opuszczałem. Co prawda wówczas moja zaciętość wynikała również z tego, że nic innego do roboty nie miałem, ale fakt faktem, że wciągnęło mnie maksymalnie. W każdym razie kilkukrotnie zasiedliśmy razem na główce i rozpocząłem zgłębianie tajników wędkarstwa.
- Jak wiążesz? Źle. Zobacz, zawiąż tak, to się nie zerwie. Jak zakładasz robaka? Nie, załóż tak bo ryba to, tamto, siamto. Nie rzucaj tu, rzuć tam, bo dno jest tak, a nie tak… Zobacz, nurt wody, tu płycizna, tu rów, tu warkocz, tam piach, podpiach, przecinka, przychodząca, odchodząca…Zdejmij spławik, pokaż… Zrobimy picker-a, koszyk, zanęta, rzuć w to miejsce, to zanęta nie ucieknie. A dawniej to było… A kup na następny raz taką i taką zanętę… zmień haczyki na takie i takie, bo ryba…
Minęło kilka tygodni. Miejsca nie zmieniłem, za to zastosowałem się do wszystkiego, co usłyszałem od nowego znajomego. Efekt? Nie do wiary. W zasadzie, gdybym sam tego nie doświadczył, to bym nie uwierzył. 30-40 szt. DZIENNIE!!! Okonki, płotki, krąpie, klenie, świnki, sapy, certy, leszczyki, ukleje. W tym samym miejscu, tylko… trochę inaczej. Wariactwo! Poznałem Mistrza, dał wskazówki, chyba wszystkie trafne, efekty piorunujące. Co prawda żadna ze złowionych ryb nie przekroczyła 30 cm, ale czułem się jakbym zgłębił najbardziej ukrywane przed światem tajniki łowienia ryb i został najlepszym wędkarzem przynajmniej w Polsce północnej. Koniec lata.

Trzeci sezon 2009 – nadal oszołomiony efektami nauk z końcówki poprzedniego lata rozpocząłem już w kwietniu, bez większych efektów. Nowy picker, nowa spławikówka, kolejna masa nowych drobiazgów z wędkarskiego. Tym razem zakupy już bardziej przemyślane, choć i tak wiele rzeczy nietrafionych. Kilka sztuk dziennie, drobnica. Początek maja. Jest i Mistrz. Wsiadaj, płyniemy - powiedział. Nie wspominałem wcześniej, że Mistrz ma starą łódeczkę wiślaną, którą przemieszcza się na co lepsze miejscówki. Zapakowaliśmy sprzęt i szpula na drugi brzeg. Dziś złapiemy suma, pogoda dobra – oświadczył, a mi oczy wyszły na wierzch. Jak to? To można zaplanować co się złapie? Czary.
No i okazało się, że można. I to po 20 minutach! Mistrz zarzucił dwie wędki – ta będzie twoja, ta moja powiedział. No dobra, przecież nie mam swojej gruntówki. Sam rozwinął małą spławikówkę i zaczął, jak to określił: ganiać okonki. Całkiem zgrabnie ganiał, wyciągnął ich przez wieczór ze 40. Masakra. No i oczywiście wywód, co, jak, dlaczego, po co właśnie na tej główce, dlaczego w tym miejscu, co robią okonki i dlaczego biorą falami. Dzwonek, wędka wygięta w pałąk, ta „moja”! Mistrz zaciął, wykonał kilka obrotów korbką, dał mi wędkę – kręć! Co mam tu pisać, adrenalina zalała cały organizm, emocje osiągnęły zenit, ręce i nogi jak galareta. Wyciągnąłem! Dla mnie to był krokodyl! Aligator! A może i wieloryb. Brzydki, śliski, bez łusek z białym brzuchem i wąsami. Kolos! Kilo i dwadzieścia deka – rzucił Mistrz i wrócił do ganiania okonków. Szał. Do 21:00 Mistrz złapał jeszcze dwa sumy, trochę większe od mojego. Co za wieczór! Ryby do siatki, pakujemy sprzęt i wracamy na nasz brzeg. A tam… wszystkie ryby, czyli 3 sumy i około 40 okoni do wody! Niech rosną u nas, uśmiechnął się Mistrz z błyskiem w oku. Zrozumiałem.
Pod okiem nauczyciela, a czasem sam, ze świeżo zakupiona gruntówką i gadżetami do niej wędkowałem sobie we wskazanych przez Mistrza miejscach do końca września. Z tą różnicą, że gruntówka stała się moja podstawową wędką, a picker lub spławik stawiałem jako drugą, dodatkową, na drobnicę, lub przerabiałem na drugą, lekką gruntówkę. Wynik? 7 sumów, 2 węgorze, 1 sandacz! Rozmiary? 6 sumów wróciło do wody, okolice kilograma, niektóre może półtora. Jeden miał 4,5 kg! Złapany o 23:30. Mój największy okaz. Pyszny był. Węgorze również zacne, kilogram każdy, wędzone były rewelacyjne. No i sandacz. Godzina 15:00. Gruntówka + spławikówka przerobiona na grunt, czekam. Przyszedł Mistrz, płynie dziś gdzieś w górę rzeki. Rozmawiamy, nagle potężne branie. Hol, jestem pewien, że to niezły sum. 3-4 minuty, jest na brzegu. Sandacz! Wielki! Dobre trzy i pół kila powiedział z uśmiechem i poważniej dodał: gratuluję, teraz jesteś już prawdziwy wędkarz. A ja z dumy urosłem o dobre 20 cm.

Czwarty sezon 2010 – picker do śmieci, spławikówka w zapasie, 2 nowe feedery uzbrojone po zęby, skrzynka z akcesoriami pełna. Startujemy. Tylko jak? Wisła na łąkach od maja do lipca była trzykrotnie, więc nie połowiłem, Kilka razy, na wysokiej wodzie, brudnej wodzie. Bez większych atrakcji. Totalny falstart, a ja coraz bardziej niecierpliwy. Dobrze, że zajęcie sobie znalazłem, a w zasadzie dwa zajęcia, razem mają 8 kopyt, dwie grzywy i żrą masę trawy. Jest co robić. A Wisła w końcu opadnie.
Od połowy lipca do końca września łowię. I nadal się uczę. Mistrz opowiada gdzie płynie nurt, gdzie robi się płytko, mówi dlaczego tak się dzieje i co w takim przypadku robią ryby. Innymi słowy – gdzie je znaleźć. W tym czasie zrozumiałem, że miejsca trzeba szukać, a nie łowić tam, gdzie nam się wygodnie siedzi, łatwo dojedzie samochodem, czy mamy fajny widok. Ryby mają to gdzieś. One posiadają inne wymagania i potrzeby. Inny niż wędkarze gust w kwestii krajobrazów, a do tego jeszcze zależny od pory roku, pogody, ciśnienia, kierunku wiatru. Tak, kierunku wiatru. Mistrz to mówi, a jak mówi, to coś w tym musi być. To nie jest tak, że wierzę we wszystko co powie bezkrytycznie. Ale cholera ja już wiem, że on wie co mówi. Sprawdzę to, już w kolejnych sezonach. Ten kończy się wynikiem: 12 sumów, 3 węgorze, 1 brzana. Dwa sumy zjedzone, 2 węgorze uwędzone, brzana (2,5kg) sprezentowana koledze, reszta w wodzie, niech rosną, u nas.

Piąty sezon 2011 – a wiecie, że istnieją miętusy? Że nie trzeba kończyć sezonu we wrześniu? Że łowienie gruntowe może trwać prawie cały rok? No ja nie wiedziałem, a może nie zakodowałem żadnych opowieści Mistrza na ten temat? Owszem, mówił o łowieniu na lodzie, nawet sporo, ale to jakby nie moja bajka. Sprawdziłem, nie lubię. Ale miętusy…dla mnie to teraz prolog i epilog do sezonu sumowego. I tu pojawia się inny kolega, również miejscowy, widywaliśmy się wielokrotnie we wsi, ja usłyszałem, że on łowi sumy, on usłyszał, że ja już jestem „prawdziwy wędkarz”. Bo wiecie, wieści po wsi niosą się z prędkością ciągnika. I tak jakoś zaczęliśmy razem na te ryby chodzić. Ja nadal żółtodziób, on wędkarz z trzydziestoletnim doświadczeniem, równie jak ja napalony na łowienie. I zdradził mi tę wielką tajemnicę o miętusach, czasie połowów, tarle, miejscach, przynęcie. Ten sezon zaczął się więc już bardzo wczesną wiosną, jakoś w marcu, nie pamiętam dokładnie. Kolejne historie o dawnych wędkarzach z okolic, miejscach, okazach, walkach z potworami. Nie ma dla mnie wątpliwości, w Wiśle są RYBY i to niemałe. Do końca kwietnia załapałem swoje pierwsze 4 miętusy w życiu, niepostrzeżenie piąty okazał się już sumkiem,. Rzeczywiście, przecież to już maj. I dalej poszło. Nad wodą spędzam 2 - 3 doby w tygodniu, dużo. Ledwo zarabiam na robaki. Na to też jest patent, zaczynam nocami je zbierać, za radą mojego druha od połowów.
Łowimy, szukamy miejsc, śledzimy pogodę, pływy Wisły, zapamiętujemy wyniki. To niesamowity sezon. Spędzam ze 30 nocek nad Wisłą, nie licząc wieczornych zasiadek. Co prawda największy sum ma 3,5 kg, ale łącznie złapałem ich równe 40szt!!! Liczę każdego złapanego i tak 95% z nich wraca do wody. Jednego dnia złapałem ich 8! Kumpel się w końcu wkurzył, bo on stojąc obok mnie złapał dwa. Jak wyciągnąłem ósmego, założył ręce na brzuchu i niby poważnie mówi: To już nie łowienie, to statystyka!
We wsi wszyscy liczą, takie nieformalne zawody. Na sumy i węgorze latem, jesienią i wiosną na miętusy. Są jeszcze szczupakowcy, ale ja nie spinninguję, nie znam wyników. Rozmiary to jedno, mówi się tylko o największych okazach, natomiast każdy wędkarz liczy złapane sztuki. No i się potem przechwalamy. Muszę się pochwalić, ten sezon z Kumplem wygraliśmy! Na moim koncie 40 sumów (0,5kg – 3kg) i 8 węgorzy, w tym dwa dwukilogramowe potwory. Kumpel 28 sumów i 11 węgorzy, ale raczej sznurki, za to miał mniej tych małych, półkilogramowych sumków, większość ponad kilogram, pod dwa. Mistrz jest ze mnie dumny.
Październik i listopad, chyba jeszcze początek grudnia – miętusy. Łącznie z czterema wiosennymi na swoje konto dopisuję 12 sztuk. Działo się.

Szósty sezon 2012 – za dużo mam w głowie tych wszystkich teorii na temat tego, kiedy ryba bierze, a kiedy nie. Muszę do sprawy podejść „naukowo”. Tak też czynię.
Zakładam kalendarz. Od pierwszego łowienia wszystko notuję. Wszystko. Drukuję i weryfikuję szczegółową pogodę na każdy weekend, sprawdzam stan wody w rzece, prognozę czy urośnie, czy opadnie, kontroluję kierunek wiatru, ciśnienie, fazy księżyca, kalendarz brań. Wszystko spisuję. Do tego oczywiście zapisuję co złowiłem, w jakim miejscu, na jakiej głębokości, na jaką przynętę. Oczywiście znalazłem odpowiednie miejsce, gdzie według wszelkich prawideł powinny w tym roku być sumy, a dokładnie dwa takie miejsca. Łowię na nich wymiennie, w zależności od kaprysu, czy może przeczucia. Ale to bardzo blisko siebie położone stanowiska, jakieś 100 metrów, różnica niewielka. Idę dalej, zakładam na jedną wędkę filet lub babkę, na drugą pęk rosówek. Notuję. Miejsca trafione, nauka Mistrza nie poszła w las. Co prawda łowię trochę mniej w nocy. Mam sporo pracy, więc nocek zarywać nie mogę, ale i tak nie jest to mało wypadów. Nadal 2-3 w tygodniu, jednak nie do rana. Wyniki niezłe, do końca lipca mam 21 sumów i 8 węgorzy. Niestety, żadnych okazów, ale też żadnych maluchów, bardzo równe połowy 1-1,5kg każdy, dwa 2,5 kg. Za to węgorz jeden trafił się masakrator. W zeszłym roku największe miałem dwa, dwukilogramowe, ważone w całości. Z tym się zagapiłem, zważyłem w kuchni, już pokrojonego w kawałki – 2,2kg! Zakładam, że z głową i tą odrobiną flaków 2,4 kg miał. I co ciekawe, bardzo krótki, ledwie 90-100cm, natomiast grubszy niż paczka papierosów, nie do objęcia jedną ręką, a rączkę mam niemałą. Zdjęcie pewnie zamieszczę.
Sierpień i wrzesień, 5 wypadów, jakiś żart. Nie mam zupełnie czasu na ryby, robota mnie zawala. Trudno. A i miejsce coś się zmieniło, wypłyciło się, woda inaczej kręci. To już nie jest to, powinienem się przenieść niżej, ale nie przenoszę się. Dla dobra nauki.
Październik, listopad, grudzień – czasu trochę więcej, ale ryb jakby mniej. Tylko 6 miętusów, cały czas w tym samym miejscu. Styczeń, przyszła zima.

Siódmy sezon 2013 – ja im teraz pokażę, tym rybom znaczy się.
Prolog już trwa, trzy razy łowiłem, miętowych brak. Ale to nie to miejsce, a do lepszego nie dojadę, a za zimno bez samochodu, a gdzie ta wiosna?
Sprzęt odnowiony. Często go odnawiam. Mam taką politykę, że kupuję tanie wędki i niedrogie kołowrotki, żeby nie pieścić się z nimi zbytnio. Za dużo łowię, za często, w zbyt nieprzyjaznych dla wędki warunkach, przenoszę, przepływam, nocuję – zajadę każdy sprzęt w krótkim czasie, nie stać mnie na to. Ale jak się człowiek przejdzie po kilku dużych wędkarskich, pomaca, pokręci, zamachnie, a później w necie poszpera, to kompromis między ceną a jakością można znaleźć. Kije – mocne, teleskopowe szklaki, kołowrotki – wielkie, morskie z przednim hamulcem.
Mam już sporo wniosków wyciągniętych z nauk Mistrza, konsultacji z Kumplem, lektury, internetu, obserwacji własnych i statystyk z mojego kalendarza. Pamięć może mylić, dlatego nie sugeruję się specjalnie wynikiem z 2011, bo choć dotychczas najlepszy, to niestety, nie notowałem istotnych dla mnie informacji, starałem się zapamiętywać, ale sami wiecie…
Ten sezon oczywiście notatnik i ścisłe księgowanie danych. Jednocześnie będę porównywał do skrupulatnie zapisanego zeszłego roku. Zobaczymy jak te wiatry, ciśnienie, prąd, księżyc czy kalendarz brań ma się do tego, co nad wodą spotykam.
Postaram się również uzupełniać wpisy w tym miejscu na bieżąco. Liczę na to, że skonfrontuję swoje spostrzeżenia z Wami, że wymienimy się uwagami, że dowiem się od Was jeszcze więcej. Będę wrzucał kolejne „rozdziały”, zapraszam do śledzenia tematu i włączenia się w dyskusję.






[/p]

 


4.9
Oceń
(69 głosów)

 

Wedkuje.pl poleca

 

Wisła, sum, węgorz - opinie i komentarze

szutomaszszutomasz
0
Ale przecież tu nie chodzi o złapanie, tylko o łapanie…-- muchy to się łapie a ryby to się ŁOWI ! :D (2013-03-19 19:36)
Lin1992Lin1992
0
Fajny wpis. Zostawiam zasłużone 5 gwiazdek i pozdrawiam. (2013-03-19 19:50)
n-glassn-glass
0
Ciekawy wpis. ***** od zapalonego wiślaka. Pozdrawiam. (2013-03-19 19:52)
GrejszianGrejszian
0
Bardzo fajny wpis :) zostawiam 5 (2013-03-19 20:18)
pioter94pioter94
0
Pogratulować połowów oraz takiego świetnego i cierpliwego nauczyciela. ***** ode mnie. :D (2013-03-19 21:02)
zaruzaru
0
i mi by się taki mistrz przydał nad wodą . pozdrawiam ***** (2013-03-19 21:33)
MankowskiMankowski
0
bardzo ciekawy wpis, czekam na kolejny:) (2013-03-19 22:56)
ermistermist
0
Świetny gawędziarz, a PRZY OKAZJI LEKCJA POGLĄDOWA DLA  niecierpliwych i początkujących. Tylko jak trafić na łowisku na wspomnianego Mistrza? (2013-03-20 09:20)
Grzegorz WedkujeGrzegorz Wedkuje
0
No dziękuję za dobre przyjęcie wpisu, mojego pierwszego w tym miejscu i pierwszego w ogóle w temacie ryb i wędkowania. Nosiłem się z tym jakiś czas. To chyba ta wiedza którą Mistrz i Kumpel do głowy mi kładą, potrzebuje więcej miejsca i usystematyzowania. Hmm, a jak trafić na Mistrza? Dobry temat na wpis w blogu ;) Pozdrawiam. (2013-03-20 09:33)
szogun1szogun1
0
Przyjemnie mi się to czytaó zostawiam 5 Gwiazdek Pozdrawiam (2013-03-20 10:12)
pstrag222pstrag222
0
Bardzo ciekawe spostrzeżenia no i oczywiście , miło się czyta takie własne podpartym własnym czasem spędzonym nad wodą. nie da sie inaczej jak ***** pzdr.pstrag222 (2013-03-20 10:39)
DNSDNS
0
Dobrze mieć swojego mistrza :) 5* (2013-03-20 10:46)
użytkownik27896użytkownik27896
0
Ja niestety do wszystkiego muszę dochodzić sam ale jakoś sobie radzę. Wisła to cudowna rzeka i wspaniałe łowisko tylko trzeba wiedzieć gdzie wetknąć robala czy co tam mamy na haczyku, a to wbrew pozorom nie jest prosta sprawa. Pozdro i połamania ;) (2013-03-20 11:38)
Thoma23Thoma23
0
jakbym czytał o sobie :D piąteczka:D najlepszy tekst tego roku jak dla mnie :) (2013-03-20 14:36)
andrzej3023andrzej3023
0
Bardzo ciekawy opis odemnie tez 5 (2013-03-20 16:16)
WachtaWachta
0
Dobra lektura, przyjemnie się czytało. (2013-03-20 17:23)
fkrol1fkrol1
0
fajny opis i pozdrowienia  (2013-03-20 19:52)
majapmajap
0
Stawiam ***** , pozdrawiam . (2013-03-21 08:13)
karateka994karateka994
0
Bardzo fajny wpis, czytałem z zaciekawieniem. Stawiam oczywiście 5. (2013-03-21 20:08)
kamil-jasinskikamil-jasinski
0
jakiego sprzetu uzywasz?bo w tym sezonie mam zamiar powedkowac na Wisle,glownie z mysla o sumie/wegorzu. (2013-03-22 12:43)
kamil-jasinskikamil-jasinski
0
jakiego sprzetu uzywasz?bo w tym sezonie mam zamiar powedkowac na Wisle,glownie z mysla o sumie/wegorzu. (2013-03-22 12:44)
JAARRYJAARRY
0
no fajnie (2013-03-22 20:59)
BlueFishermanBlueFisherman
0
Mistrzowski artykuł (2013-05-08 16:45)
ADAMSKI1984ADAMSKI1984
0
Bardzo interesuje mnie temat suma i węgorza w rzece gdyż próbuje je łowić w Warcie więc 5.... podobało mi się (2013-05-20 14:55)
nasmnasm
0
świetnie się czyta! piąteczka! i jeszcze większa ochota wybrać się nad wodę, jeszcze 1,5h.. ;-) (2013-05-24 02:36)
Bialy89Bialy89
0
dobry wpis podobał się :) (2013-05-24 12:06)
emgrossemgross
0
DOBRY OPIS STAWIAM 5 POZDRAWIAM (2013-05-29 22:55)
swierkuswierku
0
a wątroba, to ma być wieprzowa czy może drobiowa oraz czy ma być świerza czy troche ma ją by czuć? (2013-06-12 16:00)
SVTSVT
0
No brawo! Bardzo mi się podoba Twoja opowieść. Normalnie wciągnąłem się jakbym czytał książkę. (2014-01-17 16:43)
kolocarpkolocarp
0
Wpis fajny a co do zapisów to ja już tak robię od lat temperatura na dworze gdy łowię karpie to nawet temperatura wody /fazy księżyca no i ciśnienie jest dla mnie ważne i tak jużod lat powiem Ci że bardzo przydatne i często się sprawdza pozdrawiam (2014-11-29 12:56)
kolocarpkolocarp
0
piękny wpis- a co do notatek to ja już tak robię od lat zapisuję temperaturę na dworze czasami gdy łowię karpie to również wody no i ciśnienie -- powiem Ci że jest to bardzo przydatne i bardzo często się sprawdza pozdrawiam (2014-11-29 13:00)
wiesekwiesek
-1
Opis na pięć,łowiąc przez lata każdy z nas ma swoją tak zwaną historię wędkarską.Lata nauki przyniosą same efekty (2016-01-06 11:54)
Jakub WośJakub Woś
+1
Takiego mistrza co uczy łowić sumy w maju to radzę z daleka mijać. (2016-01-06 12:13)

skomentuj ten artykuł

 




Aplikacja