Wspomnienia 2014- część1


Ponieważ to już koniec roku postanowiłem trochę powspominać. Będą to wspomnienia z moich wypraw,bez chronologii , ot jak mi się coś przypomni i pisać zechce;)
W lipcu tego roku byłem w Międzywodziu, krótki urlop. Postanowiłem ten czas wykorzystać na wędkowanie. Ponieważ nie czułem się na siłach by spróbować wędkowania z plaży, (zrobię to w nadchodzącym roku) postanowiłem zobaczyć co można schwytać w jeziorze Wrzosowskim. Codziennie przez sześć dni , od 3 rano do około 9, byłem nad jeziorem. Już w pierwszy dzień przekonałem się że złapanie czegoś normalnego nie będzie proste. Potężne stada uklei pochłaniały wszystko co tylko znalazło się w wodzie i to nie tylko przy brzegu ale również po zarzuceniu feedera. Dwa dni walki i na koncie setki uklei i nic więcej. Trzeciego dnia postanowiłem wykorzystać ukleje jako żywiec ale nic ciekawego się nie zdarzyło. Czwartego dnia znów założyłem żywca. Po godzinie 7 nagle spławik na chwilkę znika ale zaraz wypływa. Już miałem holować a tu po woli spławik zaczyna płynąć w kierunku srodka jeziora. zaczyna przyspieszać i po chwili znika pod wodą. Biorę wędkę w ręce i czekam, widzę że żyłka ucieka więc mam nadzieję na sandacza. Żyłka się zatrzymuje na kilka chwil , później znów ucieka. Blokuję zatem i energicznie zacinam. Jest!! Zaczynam hol. Męczę się dobre kilkanaście minut ale już za chwilkę będę go miał. Nie ma nikogo w pobliżu a ja zapomniałem rozłożyć podbierak. Zaczynam jedną ręką trzymać wędzisko a drugą kombinować przy torbie aby wyjąć i rozłożyć podbierak. Bez niego nie dam rady, do lustra wody mam około metra(łowię w marinie). Po chwili walki podbierak rozłożony, w tym czasie sandacz wjechał mi między stojące łódki, chwilka mojej nieuwagi, kontakt żyłki z cumą i trach !!! Po sandaczu. Dobrze że w pobliżu nikogo nie było , mogłem dać głośno wyraz mojemu gapiostwu !
Następnego ranka nim złowiłem pierwszą ukleję już mam wszystko przygotowane, staję też dalej od jachtów by nie pozwolić znów na wejście pomiędzy nie ryby. Mam nadzieję ze gdzieś tam jest jeszcze jakiś głodomór który skusi się na moją przynętę. Najpierw spinninguję ale po godzinie odpuszczam , łapię ukleje i pakuję ją na hak. po 6 dołączają inni wędkarze, tym razem nie będę sam w razie czego. Chłopaki zarzucają feedery a ja żywca. Nie minęło 10 minut gdy mój spławik idzie energicznie pod wodę a żyłka zaczyna uciekać ze szpuli. Emocje zaczynają rosnąc!
Kilka chwil później spławik wypływa ale nadal oddala się od brzegu. Czekam. Trzymam już wędkę w dłoniach ale pamiętam że mam czekać aż się zatrzyma i znów ruszy, tak mnie uczył kolega który kilka sandaczy w życiu już złapał. Ja do tej pory na koncie mam jednego który właściwie był przyłowem bo polowałem na okonie;)
Żyłka ucieka z kołowrotka jednak bezustannie a spławik widać coraz słabiej. Jeden z wędkujacych obok krzyczy do mnie- No zacinaj w końcu ! Zacinam- siedzi!!! Czuję ze nie jest to maluch, wędzisko wygięte a do holowania około 200m. Robię to bardzo spokojnie nie szarpię , nie spiesze się. Jest coraz to bliżej. Nogi mi się trzęsą i po głowie ciągle mi chodzi zebym tego znów nie sp....zepsuł;). Nie zepsułem. W końcu mam na brzegu sandacza, mierzę- 88cm !! Jestem zmęczony , rozedrgany z emocji i strasznie zadowolony z siebie. Mój drugi w życiu sandacz ! Mój drugi w 2014 r sandacz! Mam nadzieję ze nie ostatni ;)

 


5
Oceń
(2 głosów)

 

Wspomnienia 2014- część1 - opinie i komentarze

skomentuj ten artykuł