Zaloguj się do konta

Wspomnienia z Mazur

Wybierałem się tam wielokrotnie i od wielu lat a zawsze coś wypadło i z planów nici. W tym roku po połączeniu rodzinnych sił wreszcie się dało. Uzyskane informacje na temat rybności jeziora Gawlik nad
którym mieliśmy domek nie napawały optymizmem. Z góry więc założyłem, że skupię się na drobnej rybie a przede wszystkim łowieniu wzdręg na spinning. Sprzęt jaki zabrałem to dwa spinningi i dwie spławikówki z myślą o dzieciakach. Zapas przynęt jakim dysponowałem był dość bogaty a pakując to do bagażnika żona zapytała mnie czy zabieramy tylko sprzęt wędkarski…więc przeprowadziłem znaczne cięcia bo w sumie po zastanowieniu stwierdziłem, że trochę przesadziłem.

Po dziewięciu godzinach jazdy docieramy do celu. Od razu dodatkowa atrakcja bo obok naszej posesji przebiega trasa rajdu i małżonka z siostrą wypatrują Hołka i Kubicy co zresztą im się udaje. Ja fanem sportów motoryzacyjnych nie jestem i pierwsze co robię to wskakuję w spodenki i badam jezioro obok domku. Po dość długim (około 40m) odcinku płytkiej zarośniętej wody dno zaczyna opadać i roślinność coraz rzadsza. Szybko montuję spinning i rozpoczynam poszukiwania okonków. Po półgodzinie bez jakiegokolwiek kontaktu zaczynam się zastanawiać nad sensem uiszczenia opłaty za łowienie w tych wodach. Wracam na brzeg zmieniam paproszki na najmniejsze i powrót do biczowania wody. Po kilkunastu rzutach zaliczam pierwszego pasiaczka. Po nim leszczyk i dwie chude płoteczki. Szału nie ma ale „coś” złowiłem. Żona z siostrą i jej mężem Bogusiem no i moje pociechy wracają opowiadając jak to uśmiechnięty Hołek im pomachał itd. Itp. Ja mam w głowie układanie planu na te kilka dni i jakoś nie
zwracam na nich uwagi.

Po południu pod presją córy montuję odległościówkę i ruszamy na połów białorybu. Ryb sporo i to głównie drobiazg ale zabawa jest. Okonki, płoteczki, ukleje i leszczyki nie gardzą robakami. Kończymy pierwszy dzień łowienia przy zachodzącym słońcu.

Budzę się przed piątą, po „cichutku” schodząc po drewnianych schodach z pięterka zabieram kij i wchodzę do wody. Docieram do miejsca gdzie wczoraj łowiłem na spinning drobiazg z nadzieją, że dziś upoluję większego okonia. Kilka rzutów i już wiem, że mam przed sobą kępę jakiś roślin więc postanawiam obłowić ją z obu stron. Zaczynam od lewej i po chwili mam pierwszego okonka ale to malizna. Rzucam na prawo i staram się prowadzić paproszka małymi skokami blisko dna. Czuje, że coś interesuje się gumką, ale to na pewno nie pasiaki. Zaczynam wlec przynętę po dnie i zdecydowanie mocniejsze uderzenie, zacinam i kij wygięty w pałąk ( to delikatny Robinson Light Perch Jig o długości 2,40 i c/w 0,5 do 7). Żyłka 0,14 z myślą o wzdręgach więc delikatnie luzuję hamulec i słyszę za plecami doping rodzinki która właśnie wyszła przed domek- skrzypiące drewniane schody zrobiły robotę. Ciężko mi osądzić z jakim gatunkiem udało mi się nawiązać kontakt, ale kiedy widzę wynurzającą się płetwę grzbietową już wiem, że mam  fajnego leszcza. Hol do ręki, rybą pod pachę i idę do brzegu. Zdjęcie zrobione i miałem rybę wypuścić, ale rodzinka oponowała z myślą o kolacji. Powiedziałem, w porządku ale jeden na cześć osób to mało i idę po drugiego. Oczywiście miał to być żart bo choć ryba była zapięta normalnie a z pyska wystawał tylko czubek główki to uważałem to tylko za szczęśliwy zbieg okoliczności. Wracam na miejsce, stoję po pas w wodzie i wykonuję rzut na prawo od roślinek, wlokę paproszka po dnie i mam kolejną rybę. Tym razem już od początku wiem, że to drugi leszcz i to trochę większy. Rybę jak poprzednio podbieram ręką i wracam na brzeg. Boguś wcześniej mocno wątpiący, że uda nam się cokolwiek złowić większego w tym przekłusowanym jeziorze z szyderczym uśmieszkiem powiedział, że jak jestem taki mądry to niech złowię trzeciego. Traktuję to jako małe wyzwanie i wracam na szczęśliwe miejsce. Kilka rzutów
i mam trzeciego. Wychodzę z wody i mówię, że czas na poranna kawę a ryb nam w zupełności wystarczy. Boguś to fajny facet mający dość skromną wiedzę na temat wędkarstwa (osobiście uważa się za spe  cjalistę wszech metod) i jego poczynania i metody łowienia rozbawiały mnie do łez. Po kilku bezowocnych próbach pokazania mu przyczyn jego niepowodzeń (zestaw do połowu płotek w jego wydaniu: „kij z biedronki”,  niewyważony spławik o wyporności około 20g, żyłka 0,30 bez przyponu i hak 1/0 z uszkiem z dwoma ziarenkami kukurydzy) poddałem się i stwierdziłem niech łowi jak lubi.

Popołudniu wodujemy z Bogusiem łódkę będącą na wyposażeniu domku i próbujemy swoich sił na szerszych wodach. Obydwaj ważymy w sumie około 200 kg a łupina niewielka i chybotliwa więc kierujemy się w pobliże trzcin na płytsze wody w razie wywrotki. Łowimy sporo ryb ale same maluchy i co dla mnie najgorsze ani jednej wzdręgi. Po około dwu godzinach wracamy i podejmuję jeszcze próby złowienia czegoś większego brodząc wzdłuż brzegu. Między sąsiednimi domkami zauważam suszące się przy brzegu więcierze i zaczynam rozumieć brak większych ryb. Dwa dni później uśmiecha się do nas szczęście i łowimy przy trzcinach z Bogusiem po szczupaku. Obydwa po 55 cm więc bez szału ale jednak miarowe. Wracając trochę dla jaj wrzuciłem do wody woblera Salmo. Perch, Boguś wiosłował i stwierdził, że jak złowię cokolwiek to stawia co nieco\ (co oczywiści nie miało żadnego znaczenia bo na wieczór i tak było to zaplanowane). Po kilkudziesięciu metrach mam branie i wyciągam okonia niewiele większego od woblera a przy wypinaniu zwraca jeszcze małą ukleje i tak zaliczam pierwszą rybę w życiu na trolling.

Te kilka dni na Mazurach choć bez rekordowych połowów i tak zapamiętam na długo. Pogoda poza ostatnim chłodnym, deszczowym dniem była super. Najprawdopodobniej w przyszłym roku pojawię się tam znowu i myślę, że po zebraniu skromnych doświadczeń z połowów na jeziorach co dla mnie jest dość obce kolejny wyjazd będzie obfitszy w większe ryby. Jezioro podobno od dwu lat zarybiane jest w miarę regularnie (takie informacje uzyskałem opłacając licencję w sklepie w Wydminach) i tylko ochrony brakuje.

Bieszczady są piękne, ale Mazury mają jednak to coś czego wcześniej nie było dane mi doświadczyć… .

Opinie (8)

krisbeer

Witam, Tegoroczne wakacje spędziłem po drugiej stronie Giżycka nad jeziorem Dejguny. Tyle że niestety nie połapałem, u nas dzieci rządziły wędkami, a wypady nad ranem nie przyniosły efektu. Gratuluję udanego spinningowania :) pozdrawiam [2015-10-05 14:56]

zbynio 33

Witam. Fajny opis i super spędzony czas. Ja najwieksze i najwięcej krasnopiór łowiłem przy grążelach, ale to był niechciany przyłów przy zasiadkach leszczowych. Brały jak szalone dopóki lesz nie wszedł w miejsce necenia... Grzegorz tego jeziora nie znam, ale na Mazurach pelno jezior G.R. gdzie jest prowadona gospodarka sieciowa i takie omijam z daleka... Super się czytało ***** pozdrawiam :) [2015-10-06 10:03]

ryukon1975

Z udanego wyjazdu pozostały bardzo dobre wspomnienia. Bardzo dobry artykuł Grzesiu. Pozdrawiam. 5 ***** [2015-10-07 06:44]

Piotr 100574

ja byłem kiedyś nad dejgunkiem,przepływałem na dejguny pod mostem kolejowym ,szczupaków połowiłem jak nigdy w życiu [2015-10-08 19:19]

krisbeer

Może słowo klucz to ,,kiedyś\'\' widzieliśmy codziennie spinningistów na łodziach codziennie. Tyle że efektów nie widzieliśmy. Nie licząc opowieści poznanego wędkarza, ze jego kolega to tam przy wyspie wyciągnął metrówę :) [2015-10-08 19:56]

Piotr 100574

byłem w 2012,mam w galerii parę zdięć [2015-10-08 21:03]

Piotr 100574

dobrą przynętą były srebrne obrotówki z czerwonym paskiem [2015-10-08 21:06]

rysiek38

moim zdaniem wszelkie doświadczenia z małych lowisk nijak sie maja do mazurskich łowisk i nieprawda jest że są przełowione,spędziłem tam kiedys bezowocny tydzień ale za to ostatni wieczór po obserwacji pewnego tubylca wynagrodzilo wszystko. Super wpis i foty ***** [2015-10-10 22:18]

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za komentarze Internautów.

Czytaj więcej

Trociowe ostatki

Nie spodziewałem się sukcesów przy ostatnim w sezonie „trocio…