Zaloguj się do konta

Wyjątkowe otwarcie sezonu

Sezon 2010 jest dla mnie wyjątkowy. Dzieje się tak z wielu względów. Przede wszystkim wznawiam moją przygodę z wędkarstwem po trzy letniej przerwie spowodowanej różnymi względami. Nowe jest dla mnie także miejsce w jakim przyjdzie mi wędkować, a więc Okręg PZW Kraków. Dotychczas byłem członkiem koła reprezentującego Okręg Katowicki. Zmiana otoczenia spowodowana była tym, że postanowiłem kontynuować studia w Krakowie. Przez cały okres zimowy snułem plany i marzenia związane z nowym sezonem. Kupowałem prase wędkarską żeby się dodatkowo 'nakręcić', kompletowałem oraz wymieniałem sprzęt.

Doszedłem do momentu kiedy nie mogłem juz wysiedzieć spokojnie w miejscu tak byłem podniecony. Zacząłem organizować sobie wyprawy na potencjalne łowiska które wcześniej upatrzyłem. W ich doborze kierowałem się bliskością od miejsca zamieszkania ze względu na to, że poruszam się pieszo lub komunikacją miejską. I tak jednego dnia poszedłem wzdłuż Wisły od okolic Wawelu aż po Nową Hutę w poszukiwaniu potencjalnych miejscówek, drugiego dnia zlustrowałem rzeczkę Wilgę, a trzeciego wyrobisko pożwirowe 'Bagry' nazywane czasem 'Krakowskimi Mazurami'. Każda ta wyprawa była na tyle ciekawa, pouczająca i nosząca za sobą znamiona pewnej tajemniczości związanej z odkrywaniem nowych miejsc, że można by pisać o nich osobne opowiadania.

Z jednej strony królowa polskich rzek niosąca z sobą tak mieszane uczucia, od kompletnego zniechęcenia wynikającego z uregulowanych, zaśmieconych brzegów przepełnionych turystami, po zaskoczenie i zauroczenie kiedy na odcinku w okolicach Nowej Huty ujrzałem dzikie brzegi i stada kormoranów! Z drugiej strony piękno potężnego wyrobiska żwirowego jakim są 'Bagry' położonego w sercu dzielnicy Płaszów, gdzie kontrastują ze sobą bloki mieszkalne, malutkie plaże oraz spacerowicze z połaciami trzcin i wszelakim ptactwem wodnym na przeciwległym brzegu w sam raz na zasiadkę wędkarską. W końcu rzeczka Wilga która w okalicach swojego ujścia do Wisły urzeka stosunkową ciszą i spokojem jak na samo centrum miasta. W ten oto sposób starałem się zapełnić wolny czas przed nastaniem cieplejszych dni.

Po świętach wielkanocnych przywiozłem reszte sprzętu z domu i ze względu na późną porę poszedłem spać z postanowieniem że następnego dnia po zajęciach na uczelni udam się na ryby. Na obiekt swojej zasiadki wybrałem 'Bagry'. Zajęcia skończyłem o 13:00 po czym udałem się do sklepu wędkarskiego żeby kupić świeże robaczki, a następnie do mieszkania zjeść obiadek, zmątować zestawy i spakować rzeczy na wyprawę. O godzinie 16:30 byłem juz gotwy na oficjalne otwarcie sezonu. Był 9 kwiecień 2010 r. Od rana pogoda była względna. Raz świeciło słońce, innym razem niebo spowite było chmurami, czemu towarzyszył lekki wiaterek. Wziąłem pokrowiec z wędkami na plecy, reklamówkę do ręki, wychodze na zewnątrz i ... 'krooopi'! Troche mnie to zbiło z tropu ale powiedziałem sobie, że nie odpuszczę tym bardziej ze na weekend zapowiadali znaczące pogorszenie pogody.

Ruszyłem uparcie do przodu. Do celu miałem jakes 20 minut marszu (ze sprzętem na plecach troszkę więcej). Po dotarciu na miejsce upatrzyłem sobie stanowisko na niewielkim półwyspie i o 17:00 byłem juz gotowy do wędkowania. Ku mojej radości okazało się, że: 'Bóg nagrodził męstwo' i przestało padać. Wybraną przeze mnie na dzisiaj metodą połowu była metoda gruntowa. Jeden zestaw miałem na tzw. 'grubą rybę', a więc duży kołowrotek, gruba żyłka, wytrzymały kij, domowej roboty sygnalizator brań wykonany ze spinacza i orzecha włoskiego oraz świeżo zakupiony koszyczek zanętowy z rurką antysplątaniową. Drugi zestaw to delikatna wędeczka o masie wyrzutowej 30 gram z drgającą szczytówką, na której umieściłem niewielką sprężynkę zanętową.

Jako zanęta posłużyła mi niedroga resztka sklepowej zanęty płociowej jaką miałem jeszcze w zanadrzu, zmieszana z odrobiną pinki i kukurydzy, którą wcześniej zasypałem cukrem waniliowym (nie wiem czy to coś dało ale postanowiłem poeksperymentować). Na haczyk na przemian – pinka, kukurydza, pinka. Na początek w ruch poszedł zestaw 'na grubą rybę', którym dotąd nie łowiłem i tu pierwszy wniosek – wędkowanie jest jak jazda na rowerze, nie można go zapomnieć, ale wyjść z wprawy i owszem. Zestaw poleciał maksymalnie 15 metrów. Troche zbity z tropu zwijam, wymieniam przynęte i rzucam ponownie z podobnym skutkiem. Jestem poirytowany ale nie poddaje sie i zwijam zestaw. I w tym miejscu drugi wniosek – niektóre akcesoria wędkarskie sprzedawane w sklepach są do niczego.

Koszyczek zanętowy który kupiłem pare godzin wcześniej wyparował! Została cała reszta a on urwał sie w drugim rzucie! Na domiar złego nie mam zapasowego. Robi się zimno. Polowanie na okazy jestem zmuszony zostawić sobie na inny termin. Biorę się za moją sprawdzoną wędeczkę z wysłużoną ale za to NIEZAWODNĄ sprężyną. Rzucam i od razu leci na 40 metrów. Nie ma to jak stary sprawdzony sprzęt. Siadam sobie na krzesełku i czekam ze skupieniem wpatrując sie w szczytówkę. Nic. Ściągam zestaw i przerzucam lekko w prawo. Nic. Zaczyna padać deszcz. Na szczęście tylko postraszyło i przestało ale jest mi potwornie zimno. Parokrotnie jeszcze przerzucam i czekam. Nawet skubnięcia (nielicząc kaczki która postanowiła sobie urządzić nurkowanie przy mojej żyłce).

Dochodzi 18:30 jest mi tak zimno że zaczynam się poddawać dochodząc do wniosku, że początek sezonu to w moim wydaniu kompletny niewypał. Nagle z zamyślenia wyrywa mnie jakby lekki ruch szczytówki. Pomyślałem, że mi się przywidziało ale zwiększam swoją czujność. Po chwili widzę już wyraźnie bardzo delikatne ugięcie! Chwytam wędkę obiema rękami, serce zaczyna bić mocniej, jeszcze jedno ugięcie i mocno zacinam! Ale o zgrozo nie czuje oporu. Nie czuje drgań. Ani śladu walki! Ściągam zestaw. Miejscami mam lekkie zatrzymania, ale już wcześniej dały mi sie we znaki ogromne połacie wodorostów pokrywających całe dno więc zawiedziony zwijam żyłkę. Do brzegu zostało mi jakieś pięć metrów i nagle ... wybucham radością!

Jest ryba! Ona też mnie dostrzegła i zaczeła ucieczke w trzciny, to w lewo, to w prawo, ale nie pozwoliłem się jej zanadto rozszaleć. Oceniam ją z daleka i myśle sobie ze na płoć trochę za duża, więc pewnie leszczyk. Podciagam zestaw pod sam brzeg i ku mojemu zaskoczeniu okazuje się, że to jednak płotka ale za to największa w moim życiu! Wyciągam ją na brzeg, mierze i z zadowoleniem przyjmuje fakt ze mój pierwszy w tym roku okaz ma 28 cm. Zmarznięty ale zadowolony pakuje sprzęt i udaję się do domu z podniesioną głową. Sezon otwarty.

Opinie (5)

DZIUBEKUE

Oby tak dalej, wytrwałość i cierpliwość to podstawa w wętkarstwie. [2010-04-13 16:57]

kari96

ładnie . Pozazdrościć. ;) [2010-04-13 18:02]

Arci70

Gratuluję tak ładnie rozpoczętego sezonu. A już był tak blisko powrót o kiju. Dlatego zawsze tak robię, że wędki stoją o samego końca, i kiedy już jestem spakowany to dopiero je zwijam. Podejrzewam, że 99% z nas tak czyni. [2010-04-13 20:35]

tukamil

Dzięki za komentarze i dobre oceny. To mój pierwszy tekst więc tym bardziej mi na tym zależy ;)

[2010-04-14 16:04]

klawik93

Fakt ja też wędki zwijam dopiero na sam koniec. ;)cierpliwość popłaca. [2010-04-21 17:26]

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za komentarze Internautów.

Czytaj więcej

Łowisko Tuszynek

ŁowiskoNa Łowisko Tuszynek wybraliśmy się w drugiej połowie lipca na k…