Wymarzona wyprawa wędkarska

/ 6 komentarzy


Dawno, dawno temu, za górami, za lasami ....
A wcale, że nie tak dawno, bo parę dni temu i nie za górami, ale na wschodnich rubieżach Naszego Pięknego Kraju.
Kilka tygodni temu miałem bardzo realistyczny sen: otóż śniło mi się, że pobiłem czterdziestoletni rekord Polski w wielkości złowionego na wędkę sandacza. Pół sen, pół jawa w tzw. letargu, po ciężko przepracowanej nocy był następstwem wielotygodniowych myślówek na temat planowanej - wymarzona wyprawa wędkarska po Rybę Życia.
Któż z nas, wędkarzy, nie marzy o odkryciu Krainy Dostatku - Wędkarskiego Eldorado? Myślę, że większość z nas.
Jakieś zapomniane śródleśne jeziorko, dziewicze starorzecze, nieuczęszczane miejsce na rzece, zarośnięta glinianka, czy popowodziowo zmienione nasze stałe łowisko może nas obdarzyć przecież rybą życia.
Podczas kolejnych spotkań Jacek rozgrzewał moją wyobraźnię opowieściami o Tajemnym Miejscu. Słuchając go nie mogłem powstrzymać podniecenia, a EKG moich emocji osiągnęło apogeum, kiedy zobaczyłem amatorski filmik nagrany telefonem komórkowym! Bajka! Normalnie, bajka! Wychodzący na prostą, zza ostrego zakrętu dziki, nadgraniczny Bug i przepiękna skarpa, zwalisko kamieni i głazów, którymi wzmocniono brzeg, mnóstwo powalonych drzew i przed prostką piękny wolniak. Na szczycie drewniany kościółek. Pół rzeki nasze, a połowa "Ruskich".
- Haloo, słucham!
- Haloo, to ja, Stachu. Co, nie wyświetliło się? Czy dodzwoniłem się do Łysego, znaczy się Węża, Łysego, redaktora znaczy?
- Co, tam?
- yyy, znaczy się jest sprawa, były przyjacielu …
- Ty mi tu z przyjaźnią nie wyjeżdżaj, bo czasami lukam po portalu i widzę, co za głupoty wypisujesz. Niedługo, to zostaną Ci tylko byli przyjaciele!
Napiłeś się, że dzwonisz?
- Nie, no przecież przy ostatnim spotkaniu mówiłem Ci, że już siódmy rok leci, a ja o suchym pysku.
- Do rzeczy, bo ja tu na Słowacji i sandacze sobie łapię.
- Właśnie, Redaktorze, ja w sprawie sandacza dzwonię.
- Ryby zabieram sporadycznie, a już na pewno nie rozdaję. W ogóle, to z tego zbiornika nie wolno ryb zabierać. Dlatego tu są.
- Tylko, że ja złapałem sandacza i to dużego. Ciężkiego, znaczy.
- ???
- Zadzwoniłem do Ciebie, bo Redaktorem jesteś, przecież. Trzeba to zgłosić, żeby rekord Polski uznali…
- ???
- No właśnie.
- A ile on ma.
- Czego, ile ma?
- Długości ku.wa, bo czego?
- No, bo z tą długością, to on nie bardzo, ale ciężki za to, właśnie.
- A wymiarowy chociaż? He, he, he …
- Nie, no, bez jaj! Sześćdziesiąt, to bite i jakieś ze trzydzieści kilo.
- Co Ty pieprzysz? Sześćdziesiątka i trzydzieści kilo, chyba śnisz! To, co to jest mutant popromienny jakiś?
- Sam ku.wa nie wiem, bo pod Terespolem jestem, na Bugu i na granicy łapię.
- Wyślij mi MMSa, to popatrzę, bo może jakiegoś warchlaka podhaczyłeś. A łeb i ogon, i resztę ma na miejscu?
- Właśnie, że tak. Tylko, że ja mam starą Nokię, taką przedpotopową i zdjęcia nie da rady.
- To, co Ty chcesz ode mnie.
- No, żebyś przyjechał, tu do mnie i go opisał. Rekord Polski musi być dobrze udokumentowany, a poświadczenia Straży Granicznej mogą nie uznać.
- I Ty chcesz, żebym ja zsiadł z łódki i tysiąc kilometrów przyjechał i żebym jakieś wzdęte dziwadło oglądał?
- Tak właśnie.
- A są tam jacyś świadkowie?
- Jest Jacek, mój kolega z pracy.
- I nic nie palicie?
- Tylko normalne cygarety, nawet nie ruskie. Sam nie wiem, czy go wypuścić, bo jak się namnoży, to już nigdy wymiaru nie złapiemy. Chyba, że pod prąd popłynie i na naszą stronę nigdy nie wróci. Ale pewności mieć nie możemy, bo może na Zegrze zapłynąć. Zabić też nie mogę, bo to Rekord Polski (??), chyba, znaczy. I co?
- Co, co? Helikopter mam wziąć i na tę waszą imprezę przylecieć?
- Dobrze by było, bo my z Jackiem jutro do roboty, a już się ściemnia i nie możemy tu przecież tej pękatej bestii zostawić, tutaj. Mirecki przecież ma kasę, to może coś wyczarterować.
- Wiesz, co, Stachu, miło że zadzwoniłeś, pozdrów żonę i … ostrych haków. Zmień łowisko, może. Żeby Ci przykro nie było, to jak wiesz, ja tylko długość uznaję. Do WW zadzwoń, może oni Ci pomogą. Cześć, trzymaj się.
- Dzięki, Ty Rudą też.
- No i co, nie przyjedzie? – zapytał Jacek.
- A je.ał go pies! Byłego przyjaciela, znaczy. Niech se łapie te słowackie wymoczki. Zazdrości i tyle.
W przeddzień wyjazdu zadzwoniłem pod całodobowy numer Straży Granicznej w Terespolu i zgłosiłem, że pół godziny po wschodzie słońca, 26 sierpnia przyjadę na ryby do X i że będę tam do zmierzchu. Podałem pesel i numery samochodu. Że po Rekord Polski, przemilczałem, żeby mi miejscówki nie zadeptali.
Poderwałem się o 2.30, w środku nocy, znaczy i pojechaliśmy z Bolesławem po Rybę Życia, pod Terespol, właśnie.
Ze sprzętu wziąłem zachlastaną fifurę, pudło Plano (napełnione po brzegi!), dwie ciężkie gruntówki, zaśmiardniętą wątrobę, ser żółty, dendrobenę (największą!), leszczową zanętę do sprężyny, gripa i niehumanitarną osękę. Na wszelki wypadek tylko, bo nasłuchałem się o wielkich sumach, tam grasujących. A podbierać, jak Kosa, niestety się boję.
Wziąłem tego tyle, bez specjalizacji specjalnej, bo jak już tego wymarzonego sandacza złapię, to jak czas zabiję, w oczekiwaniu na przedstawiciela redakcji pisma wędkarskiego? Jakiś sum, może brzana, może leszcz? Muszę być przecież przygotowany, żebym później nie żałował.
Żebym pod koniec nie pobłądził, to byłbym na czas, a tak zajechałem pół godziny spóźniony. Tak powiedział mi Pan Chorąży ze Straży Granicznej, który czekał już na mnie z kolegą w pięknej terenówce przy zejściu na moje wymarzone łowisko. Posprawdzali panowie moją tożsamość, obejrzeli sprzęt, przywitali się z psem i życzyli udanego połowu. Niedokładnie ich słuchałem, bo całą uwagę skupiłem na dwóch wędkarzach rozlokowanych na „moich” głazach poniżej kościółka. Jeden z chorążych okazał się wędkarzem i podgrzał mnie jeszcze opowieściami o holach swoich metrowych szczupaków, które, jak wiecie niewiele mnie interesowały. Chorąży wędkuje w tej okolicy, więc wskazał mi na otarcie łez kilka alternatywnych miejscówek. Takich w zasięgu wzroku od Eldorado. Kiedy zapytałem go, czy zna tych ludzi i czy aby nie muszą do pracy na jakąś późniejszą godzinę, szczerze się roześmiał i powiedział – Proszę pana, tej miejscówki, do zmroku się nie odpuszcza!
Pięknie podziękowałem i poszliśmy z psem przyjrzeć się z bliska magicznemu miejscu. Zabraliśmy trochę klamotów, żeby zająć coś w pobliżu, bo jak jeszcze ktoś dojdzie, to będziemy mogli sobie tylko pokibicować.
Warknąłem jakieś wędkarskie pozdrowienie w kierunku dwóch, Bogu ducha winnych wędkarzy i poszliśmy ze spinningiem, „zachlastaną fifurą”, znaczy na rozpoznanie. W trzecim rzucie uczepił się szczupak, prawie wymiarowy, ale spadł tuż przy brzegu. Dobrze, bo nie będę sobie przecież rąk narybkiem zasmradzał. Chodziłem tak sobie po brzegu nie spuszczając kościółka z oczu i … urywałem. Urywałem i urywałem różne przynęty (przeważnie gumy) bez żalu. Po to tu przecież przyjechałem. A wiadomo przecież, że „gdzie patyki, tam wyniki”, więc robiłem to z wielką wiarą w sukces, rychły, znaczy. Przy kolejnym dowiązywaniu zestawu zorientowałem się, że etui z przyponami zaczyna świecić pustkami …
Nie, żeby szczególnie zależało mi na zębatym, ale szkoda je kaleczyć i … przynęt, kilerów, znaczy, też szkoda. Jak zeżrą.
Odłożyłem spinning i zmieniając zaplanowaną kolejność postanowiłem zapolować na suma. A niech tam! Dam szansę i leszczowi. Na prowizorycznym, przejściowym, znaczy łowisku zarzuciłem dwie gruntówki.
Kiedy się ocknąłem po otwarciu pudełka z wątrobą (omal nie spadłem ze skarpy porażony odorem), to zbytnio się nie rozsiadałem, aby mieć szybsze zacięcie, oczywiście. Za chwilę odłożyłem wędkę na leszcza, bo uświadomiłem sobie, że sam, niestety, to ja dwóch ryb, na raz holował nie będę. Bez pośpiechu. Damy szansę każdemu: i leszczowi, i sumowi, i brzanie. Pomyślałem, że może wykołuję od chłopaków coś na filecika i spróbuję sandała inną metodą. Chaotyczny byłem, bardzo. Podniecony.
- Nic nie mamy.
- ???
Po siatach szpiegował przecież nie będę, żeby kawałek rybiego mięska odkroić, a zresztą żadnych siatek nie widzę?!
- A wy cieniasy – pomyślałem. A dobrze wam tak!
Kiedy wróciłem do siebie, to usłyszałem znajomy odgłos. Ktoś pukał plastikowym wiaderkiem o kamienie. Oho!
Poleciałem z powrotem. Nie myliłem się, sąsiedzi opróżniali wiaderka z zanętą.
- Co, panowie, zwijacie się?
- Tak, idziemy.
O matko, ale chorąży, to ściemniacz. Odszedłem wolno, ale za górką dostałem takiego przyspieszenia, że sam siebie zadziwiłem.
Pies, pies z łańcuchem i coś do drugiej ręki. Jak jego zobaczą, to nikt nie podejdzie. Ja, na spokojnie (?!) poznoszę resztę.
Była 10.00, więc czasu na zrealizowanie nawet tak wyśrubowanego planu, aż nadto. Ale się będzie działo! Nie mogłem powstrzymać działań moich emocji i musiałem się znanymi mi technikami wyciszać, aby nie dostać częstoskurczu, jakiegoś. Czy innych hercklekotów.
La, la, la, piesek sobie leży, deszczyk popaduje, niebko odpowiednio zachmurzone, obleśne gruntówy już oparte o krzaczory, pudełeczko już otwarte, parę ćwiczeń rozluźniających ramiona i do dzieła!
Ojoj, a co to? Taka ciężka główeczka i nie dochodzi. Nic nie szkodzi, jesteśmy przygotowani, przecież. To, w takim razie 35 gramów, 30 przeskoczymy, jak mistrz w skoku o tyczce. La, la ,la.
Wreszcie przygrzmociło o dno, aż poczułem w łokciu! Piękne, twardziutkie z mnóstwem kamyków. Idealnie. Rzuciłem blisko nurtu, pięknie sprowadziło, cała rynna nasza, polska znaczy. Przy bystrzu, to przynajmniej nie ma ryzyka spotkania z pękatą paskudą ze snu, bo tu nie dałby gad rady ze swoją „fizjonomią”.
W najgłębszym miejscu złapałem zaczep. Solidny! A niech tam, po paru próbach odstrzelenia urwałem, bo czasu szkoda, przecież.
Następne wiązałem już bez przyponu i rwałem, i rwałem. Aż doszedłem do gumy, na którą złapałem zeszłorocznego, mojego największego. Troszkę mi rączka zadrżała, ale co tam. Kiedy, jak nie teraz?
I rwałbym tak dalej, gdyby nie Jacek. Wrócił z pracy i zszedł do mnie z wędkami. Dobra, co się odwlecze, to nie uciecze.
Odstawiłem fifurę i rozstawiliśmy gruntówki. Ja, już po całości, a co tam. Jest pomagier, to będziemy ciągać. Zarzuciłem dwie na wątrobę i rozsiadłem się w fotelu. Jacek na dendrobenę i drugą na białe robaki.
Coś tam Jacentemu przedzwoniło na cięższym zestawie, ale dwukrotnie nie zaciął. Popatrzyłem na chłopaczynę. Wyglądał mizernie. Doba w pogotowiu i podróż z Warszawy odcisnęły się na kondycji kompana.
- Idź, Ty, Jacuś do domku, zdrzemnij się, z dzieciorkami se posiedź, bo jeszcze nocka w Terespolu przed Tobą. Ja tu ogarnę. Rybek doniosę.
- Po nocce kierowcy, mam jeszcze dobę ratowniczą.
- To, tym bardziej, zawijaj pindle i do chałupy!
Zostałem sam. Na odchodne Jacenty pojmał uklejkę, co mnie bardzo ucieszyło. Zagniotłem łebek i postawiłem na trupka. W samym gnieździe.
Długo nie czekałem. Zadzwoniło. Ale tylko raz i cisza. Oho, bawisz się kolego ze mną? Zaraz zobaczysz, jak cię załatwię!
Po pół godzinie wyciągnąłem zestaw. Zdjął skurczybyk. Nie szkodzi, jest przecież fifura, są gumy, nawet blachy, ciężkie, są obrotówki, też ciężkie, są woblery, głęboko schodzące, różnokolorowe koguciki, są mutanty trollingowe i jeszcze parę innych wynalazków. Czymś cię dosięgnę.
Pies już się znudził i od paru godzin spał w samochodzie, na swoim futrze. Zawsze, to lepiej, niż w deszczu, na glinie. Ja ciągle w ruchu, ciągle w napięciu. Zmęczyłem się. W międzyczasie przyszedł Jacek z ciepłym obiadkiem. Pochłonąłem go szybko i odzyskałem siły. I, jakby od nowa: rzucałem i urywałem, rzucałem i urywałem, jak za dobrych, starych czasów, kiedy to Kiwak uczył mnie opadu na Wiśle. Wtedy wracałem, kiedy wyrwałem wszystko, co nad wodę przynosiłem. Nawet więcej, bo zawsze coś od niego wycyganiłem.
Przyszła szarówka i pora było się żegnać z moją Krainą Dostatku. Coś tam w pudle zostało. Na następny raz będzie, jeszcze uzupełnię i przyponów dorobię. Wrócę tu, wrócę z pewnością i spróbuję raz jeszcze. Może zabrakło szczęścia, bo wysiłków i towaru nie poszczędziłem.
Wstąpiłem do Jacka na kawę przed drogą i ten mi powiedział coś, co przecież wiem – Sukces, o którym my, wędkarze marzymy, to wypadkowa wielu składowych: miejsce, czas, instynkt, no i … szczęście.

-

 


4.7
Oceń
(26 głosów)

 

Wymarzona wyprawa wędkarska - opinie i komentarze

Pawelski13Pawelski13
0
Dobry wpis i sam tytuł - myślałem, że jakieś dorodne rybsko się uczepiło:)***** (2014-09-03 09:36)
StachuStachu
0
Niestety, ale tylko we śnie. pozdrawiam (2014-09-04 19:39)
Thoma23Thoma23
0
He he ładnie...W tych wirach na Krzyczewie trzeba umieć znaleźć rybkę...Szkoda że nic Pan nie wyjął...Ale w tym roku ogólnie ludzie narzekają...A chorąży pokazywał zdjęcia w telefonie i tą swoją metrówkę :P (2014-09-08 14:33)
StachuStachu
0
Tomek, Ty skurczybyku, zdemaskowałeś miejscówkę! Teraz, to se Jacenty już połapał... Chorąży tylko opowiadał i żadnych dowodów (zdjęć) nie pokazywał. pozdrawiam (2014-09-08 15:26)
Thoma23Thoma23
0
Ech na faktycznie...Ale nie ma czym się przejmować, miejsce bardzo trudne :) Choć mam tam swój personal best kwalifikujący na srebrny medal :D (2014-09-09 11:53)
StachuStachu
0
Gratulacje, więcej nie pytam, żeby się nie rozniosło... Może, jak wpadnę tam następnym razem, to pościemniamy na miejscu. pozdro (2014-09-11 12:37)

skomentuj ten artykuł