Zaloguj się do konta

Wyprawa na dorsza wiosną - wspaniała przygoda

Witam ponownie wszystkich miłośników wędkarstwa morskiego. Ostatnio pisałem o wyprawie na dorsze kutrem z Władysławowa. Jak przebyła wyprawa i jak się skończyła, artykuł na blogu w kwietniu 2013. Od tego czasu zaliczyłem jeszcze jeden rejs kutrem z Łeby z córką, pogoda kapryśna i pochmurno- listopad 2013. Poza małym incydentem z wędkarzem, który był pod wpływem alkoholu, wszystko zakończyło się dobrze i zeszliśmy z kutra zadowoleni. Córka złapała jak na tę pogodę dorsza ponad 1,5 kg i kilka mniejszych. Ja, poza niewymiarowymi które wróciły do morza, osiągnąłem limit. Ktoś powie - i co z tego, czym się chwalę, ano tym, że popłynęła ze mną i dała radę. Przy tej przygodzie i zabawie była zadowolona i szczęśliwa, jak tylko złapała pierwszego i największego dorsza. Mnie w zupełności to wystarczyło, zrekompensowało koszty podróży i wyprawy. Wywołany przygodą uśmiech na twarzy dziecka był czymś nieopisanym i radosnym dla ojca, który martwił się jak to przeżyje. Wracając do wyprawy - chcę opisać tą z tego roku, to jest z marca 26-27, port Łeba. Wybaczcie, że nie będę podawał jednostek i szczegółów, które mogą z jednej strony być reklamą, ale z drugiej, narazić niektóre osoby na przykrości i nieprzyjemności . Postaram się zrobić to delikatnie, a zainteresowani i tak znajdą to co ich zainteresuje w Internecie. Pierwszy dzień wypłynąłem najszybszą jednostką w Łebie . Załapałem się w ostatnich dniach przed planowanym wyjazdem. Tylko dlatego, że koledzy rezerwują miejsca telefonicznie, na długo przed planowanym rejsem, nie wiedząc do końca czy mają ochotę na rejs i czy zebrana ekipa zbierze się do kupy i wyruszą w podróż, do samego końca twierdzą, że na pewno stawią się na pokładzie w wyznaczonym dniu wypłynięcia. Kiedy nadchodzi ten dzień, kontakt z nimi urywa się, a właściciel jednostki robi co może żeby dobierać brakujące osoby, tak by rejs był opłacalny. Na samym początku widać, że wina jest po naszej stronie, co i jak - dalej w opisie. Jak pisałem wcześniej, szybsza jednostka ma swoje niezaprzeczalne atuty. Po pierwsze: śpimy sobie o godzinę dłużej z racji tego, że jednostka i tak jest pierwsza na łowisku, łowimy do końca i jako ostatnia wraca do portu bo i tak wszystkich wyprzedzi - i tu znowu niespodzianka, bo o wiele wcześnie od innych jednostek . Mamy czas dla siebie, jak go spędzimy sprawa indywidualna. Jedni wracają zaraz do domu, inni zostają na następny dzień. Kiedy dopłynęliśmy na łowisko zostawiliśmy całą konkurencję daleko za sobą , więc nie trzeba było się denerwować, że ktoś podbierze nam rybki. Pogoda była deszczowa i pochmurna jednak nie wiał wiatr, a deszcz czasami dał nam odpocząć od siebie, stąd nikt nie narzekał na pogodę, i nie miał czasu na rozmyślania. Łowisko w pierwszym dniu dość głębokie, około 62-65m, więc było co ciągnąć, a wierzcie mi ręce bolały jak cho….a . Były momenty załamania , chociaż nie byłem pierwszy raz, nigdy tak zmęczony się nie czułem. Prawie za każdym razem kiedy zestaw lądował na dnie, na pokładzie lądował dorszyk i gdyby nie korekta na dryf ( trzeba zwijać zestawy żeby nie poplątać z sąsiadem z drugiej strony ) nie byłoby pustych rzutów. Na samym początku i w trakcie łowienie, często meldowały się niewymiarowe, które wracały do wody. Sąsiad z lewej powiedział że ” więcej wypuszczam jak łapie-biore „ Przyznam się że na początku miałem wątpliwości , wypuszczać czy brać. Potem jednak okazało się, że warto było. Sprawiało mi to taką przyjemność, że coraz to częściej ryba wracała do wody. Sąsiedzi byli zdezorientowani. Nie wiem co nimi kierowało, kiedy i oni zaczęli wypuszczać małe dorszyki. Być może zawstydziłem ich swoją postawą, kto to wie? Ryba tak dopisywała do samego końca rejsu że mogłem sobie pozwolić na zabawę z zestawami . Tu muszę na chwilę się zatrzymać i opisać jakim sprzętem dysponowałem . W maju w zeszłym roku miałem wypłynąć na zawody morskie z zaprzyjaźnionego sklepu wędkarskiego który organizował 2-u dniową wyprawę na Bornholm jako zawody. Tak więc uzbroiłem się we wszystko co potrzebne, a tu okazało się że wyprawa odwołana. Cały arsenał: gumy, przewieszki, pilkery, wędki uzbrojone w nowe kołowrotki, plecionki zakupione na zawody, filmy poglądowe, które oglądałem w TV i Internecie, zabrałem ze sobą. Wszystko co miałem było spakowane, na tą opisywaną wyprawę do Łeby, aby sprawdzić czy warto było zainwestować w to wszystko i czy reklama i marketing jest dla sprzedających, a nie dla nas, miłośników wędkarstwa. Sprzęt w pierwszym dniu : Daiwa SEA HUNTER-X 300 cm cast.wt. 100-200 g, kołowrotek „ Robinson QUARTZ PRO SEA 5006 z plecionką Dragon Guide Pro Rainbow 5-kolorowa 0,20, ( nie muszę opisywać komfortu jakie daje taka plecionka, jak określenie odległości do dna i na jakiej głębokości znajduje się przynęta ). Co do pilkera, na takiej głębokości z pewnością sprawdzają się ciężkie 200-250 g w zależności od dryfu, plecionki i zastosowanych przewieszek. Osobiście używałem 150 g z jedną przewieszką, 200-250 g z dwiema bez kotwicy na pilkerze, tylko dlatego że zestaw był pierwszy na dnie. Dominowały pilkery srebrne i przewieszki papryczki. To były najbardziej sprawdzone i łowne zestawy na jednostce wśród wędkarzy. Do samego końca był to zestaw, który dawał największe sukcesy. Ja uzbrojony w wyżej wymieniony arsenał, bawiłem się kolorami , gramaturą pilkerów, przewieszkami, z gumami które zakupiłem dodatkowo i które dawały najlepsze wyniki w porównaniu z gotowymi sklepowymi. Wniosek jakie mogłem wyciągnąć z tego rejsu był jeden, ten cały arsenał był tylko po to żeby poczuć się lepiej, a ryba i tak brała jak zawsze, na sprawdzone przynęty, nie gadżety. Wreszcie nastąpiła chwila zmęczenia i ryba była górą, do tego stopnia że miałem dość i czekałem kiedy szyper odtrąbi koniec. Tak więc życzę każdemu kochającemu morze , morskie przygody i morskie wędkowanie takiej przygody . Co do jednostki , schludna , miła obsługa, gorące napoje. Jeśli chodzi o posiłek to na takiej szybkiej jednostce nie ma warunków do spożywania, zwłaszcza kiedy na morzu jest fala, a nasza jednostka płynie z szybkością 32 węzły. Nie chciałbym być oblany gorącym posiłkiem, a trafienie łyżką do ust graniczy z cudem. W tym dniu ławica była na tyle duża, że kutry ustawiły się w kręgu i wszyscy łowili z takimi samymi sukcesami, do samego końca. Do portu wypłynęliśmy jako ostatni, a w porcie byliśmy jako pierwsi, z dużym dystansem do innych . . Zmęczenie jakie mnie dopadło pierwszego dnia, było tak duże, że nie miałem siły podnieść kubka z kawą. Następnego dnia zmieniłem jednostkę na wolniejszą z jednego powodu ( chociaż miałem propozycję pozostania na tej samej co pierwszego dnia, z wymienionych powodów powyżej) - liczy się umowa i zaprzyjaźnienie z jednostką i załogą, którą już płynąłem w 2013 roku, a która zrobiła na mnie dobre wrażenie. Wiedziałem od samego początku, że popłynie na to samo łowisko co wczoraj, tylko o wiele wolniej. Tym razem założyłem bandaż elastyczny na rękę, z dziurą na kciuk, i zabawa zaczęła się od nowa. Postanowiłem tylko zmienić wędkę na sprawdzoną, która towarzyszyła mi we wcześniejszych wyprawach we Władku i Łebie, w takim zestawie: Dragona Thytan Multi Tip Boat 2,70m ze szczytówką 200 g, tylko dlatego że nie było czasu na zamianę 250g, kołowrotek Dragon FD 760i, plecionka Jaxon Sumato Premium 0,16 mm. Wydawało mi się, że taki zestaw dawałby mi największy komfort. W porównaniu z Daiwą była za długa i za miękka. Kiedy na zestawie lądował więcej niż jeden dorsz, Daiwa gięła się do wody i cała finezja pompowania zamieniała się w walkę z przetrwaniem bólu, który potęgował się z każdym wyciąganiem ryby, nie do zniesienia. Dragon miał jeszcze jeden atut , była krótsza, a dzięki temu, że warunki na jednostce na to pozwalały, bezpiecznie wyrzucałem zestaw znad głowy. Głębokość łowiska jak poprzedniego dnia 64-68 m i kilka przystanków po drodze dla sprawdzenia . Gorący posiłek w drodze powrotnej, gorące napoje na życzenie, to na tej jednostce standard i jak poprzednio nie zawiodłem się na jednostce , załodze i umiejętnościach szypra i właściciela kutra. Ryba dopisywała jak poprzedniego dnia (co mniejsze wracały do wody), z tą różnicą, że łowiliśmy o kilka godzin krócej, a i tak wszyscy byli bardzo zadowoleni. Podsumowując, dwudniowy rejs po Bałtyku na dorsza wczesną wiosną uważam za wart każdego wydanego grosza. Jak widzicie sprzęt, przynęty różnych firm, nie miały znaczenia, skoro rybka brała wszystko co opadło na dno. Szkoda tylko tych zakupionych przynęt, których nie miałem okazji sprawdzić , ocenić i opisać spostrzeżeń, co do zasadności zakupu jak i łowności. Być może sprawdzę je w innym terminie lub najbliższej nadarzającej się okazji, również w miłej atmosferze jaka była tym razem na obu jednostkach. Pisałem z nadzieją, że nie odbierzecie tego artykułu jako tendencyjnego i reklamowego. Z mojej strony ,kiedy przyglądałem się jednostkom stojącym na nabrzeżu w porcie, nie wypływającymi na rejsy z wędkarzami, lub na sprzedaż, widziałem problem armatorów kutrów z utrzymaniem się w tak trudnej branży. Pocieszające jest to, że rybacy i właściciele jednostek założyli coś na kształt stowarzyszenia , zrzeszenia, żeby walczyć o swoje prawa. Być może, prawdopodobnie, przetrwają ci najlepsi i najsolidniejsi. Panowie rządzący tak mieszają w przepisach i regulaminach wędkarstwa morskiego i śródlądowego, że niedługo nie będzie stać nas na tak miłą formę rekreacji i wypoczynku , z rodzinami włącznie. W sieci jest tak wiele na ten temat, że strach o tym czytać. Co dalej, do czego to dojdzie? Wyprawę na dorsza uważam za najbardziej udaną jaką przeżyłem do tej pory, w tych trudnych i bezrybnych czasach. Z morskimi pozdrowieniami „A-HOJ! „ Zbychu.

p.s. RESZTA JEST MILCZENIEM

Opinie (4)

Pawelski13

Gratulacje udanej wyprawy. Fajnie że córka wędkuje:) Pozdrawiam [2015-04-06 21:07]

zbychu57

Dzięki kolego. Tak wędkuje i syn, chce zapisać się do koła PZW. Mam nadzieje że nie zrażą go te wszystkie przepisy i regulaminy. Celowo nie podawałem szczegółów, aby nie narazić kogokolwiek, chciałem zwrócić uwagę na to że jest jeszcze dorszyk w naszym morzu , jak długo kto wie? Naukowcy wypowiadają się na ten temat, lecz nie wiedzą do końca czy to zmiany klimatyczne, wraki i arsenał po wojnie czy nasze zanieczyszczenia. Pozdrawiam, do zobaczenia na morzu. Teraz wiem że warto wydać parę złoty i jeszcze nieźle bawić się na naszym Bałtyku wypływając z naszych portów. [2015-04-08 13:58]

Pawelski13

Zgadza się wiosenka to jeden z lepszych okresów:) Połamania. [2015-04-08 23:38]

ada-marzec

Ja swoją pierwszą wyprawę morską na dorsza odbyłam dzięki prezentowi, który podarował mi mąż. Popłyneliśmy wspólnie z http://www.kolobrzeg-wedkarstwo.pl/ i cóż mogę powiedzieć...świetna przygoda, którą z pewnością wkrótce będę chciała powtórzyć. [2015-05-07 01:59]

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za komentarze Internautów.

Czytaj więcej