Wyprawa na nocke 2010


Hmmm... moja nocna przygoda... Bylo kilka ciekawych, opisze jedną z nich która wedle mnie była najlepsza...
Lipcowy piątek w pracy, upal niemiłosierny, wentylatory nie pomagają ale przesiedzieć swoje trzeba.
Jako że zajęcia nie było szukałem na youtube.pl filmików wędkarskich, i trafiłem na jeden ciekawy, gdzieś za granicą jakiś wędkarz ciągnął wielkiego suma.
Nie wiele myśląc stwierdziłem- nie ma bata, jadę na nockę.
Przyjechałem do domu, obiadek i chwile później złowieszcze spojrzenie żony... po którym padło słowo: "Znowu"??? Na krótkie pytanie krótka odpowiedź... "Tak, znowu" :)
Nakopałem rosówek ( mam gdzie - wioskowe życie ), kupiłem wątróbkę, oczywiście zanęta, pszeniczka, białe robaczki też się znalazły, w końcu nie tylko sumy są w wodzie..
Ok 17 wyjazd z domu, pól godziny później bylem na miejscu. ( Rzeka Warta )
Lekki wiaterek, i ogólnie strasznie duszno.
Rozłożyłem sprzęcik, pozbierałem drewienka na ognisko i oczekuje na potwora... :)
Drobnica zaczęła skubać, krąpiki, ploteczki i nawet mały leszczyk się trafił...
Ok 22 zaczepi się sumik ok 60cm, ( na wątrobę )nawet nieźle walczył, ale okazałem się lepszy :P
Mimo mojej wygranej wrócił do wody... Czekam dalej...
Wiaterek się zerwał, chmurska naszły... myślę sobie - ale będzie lipa. Ok 3godz.
A tu nagle...
Branie na feedera... tym razem na rosówki...
Zacinam.
Coś jest ( daleko w prądzie )
Ciemno, latarka nie sięga aż tak daleko.
Holuje... Myślę sobie. To nie sum, za lekko idzie..
A tu nagle na drugą wędkę branie... ( Na wątrobę )
Żylaka z kołowrotka ucieka i to szybko, w ręce inna wędka i hol... Ryba daleko od brzegu.
Co tu robić teraz...
Nagle bez zastanowienia... ( w końcu po suma tu przyjechałem )
Rzuciłem federka w krzaki i do drugiej wędki.
Zacinam...
Jest..
Coś dużego...
Dalej odchodzi, plecionki ubywa...
Nagle stanęło...
Patrze na drugą wędkę czy czasami mi wciąga jej do wody... jednak leży w krzakach więc ok.
Próbuję ciągnąc ( podejrzewałem że to sum ), coś powoli się rusza ale takim tempem to do zimy będę tą rybę wyciągał.
Nagle znowu odjazd.
Odpływa a ja nie mogę nic zrobić, poszedł chyba z prądem i to jeszcze poprzez wystającą główkę.
Nie bylem w stanie go zatrzymać mimo że miałem dobry sprzęcik, na główkę też nie moglem pobiec bo byla przed nią zatoczka porośnięta krzakami i drzewami, wiec co mi pozostało, próbowałem to monstrum zatrzymać i się zerwał.
Załamany wyćiągam papierosa i odpalam...
Przypomniała mi się druga wędka.
Powoli skręcam, zaczynam czuć że żyłka się powoli naciąga, tak się naciągnęła.
taaa... naciągnęła się aż za bardzo... ZACZEP. ( i po kolejnej rybie ).
Cale szczęście że chmury przeszły bokiem.
Do świtu kilka brań ale już nic konkretnego się nie przytrafiło.

Nad ranem najlepszy numer odwaliłem, śmieję się z tego do dziś. ( chociaż wtedy do śmiechu mi nie było )
Wędkowałem na federki, nie wyspany, zmęczony, ( wiecie jak to jest )
Wyciągnięciem jednego położyłem na podpórce i zabrałem się do założenia przynęty.
Nagle widzę branie i od razu zacinam, szkoda tylko że to byla wędka której haczyk trzymałem w lewej ręce. ( zaciąłem prawą )
Wbil mi się chyba do kości, - wyjąć sam go nie moglem.
Po tym od razu się zwinąłem do domu, po drodze ( wiem że nie można kierująć ) telefon do kuzynki (jest po szkole medycznej ) która wyjęła mi haczyk- nie wiem jak ważne że już go nie mam w palcu.

Zdjęć nie mam bo sobie sam ich nie robię, ( jak co niektórzy np: na naszej klasie )
Na pewno jak bym tego suma wyjął to by były. ( poza tym jestem teraz w pracy )
Podsumowanie wyjazdu.
Ryba życia i mala szkoda w postaci haczyka w palcu.
POZDRAWIAM



 


5
Oceń
(2 głosów)

 

Wyprawa na nocke 2010 - opinie i komentarze

skomentuj ten artykuł