Zaloguj się do konta

Za ostatni grosz

Podczas wędkarskich wypraw, ja i mój wierny kompan Miras, często odkrywaliśmy różne ciekawe miejsca. Nie raz i nie dwa, przedzieraliśmy się przez paskudne krzaczory, by dotrzeć do ukrytych przed ludzkim wzrokiem miejscówek. Takie odludne enklawy, przycupnięte w niedostępnych gęstwinach, wiele razy okazywały się przysłowiowym strzałem w dziesiątkę. Można by przypuszczać, że miejsca takie, nie obfitują w ryby, ponieważ z przyzwyczajenia, „chodzą” one tam, gdzie wędkarze na okrągło podają karmę w postaci zanęt. Tak też myślałem przez znaczną część mojego wędkarskiego zauroczenia. Jednak w miarę postępu naszych poszukiwań, coraz bardzej utwierdzałem się w przekonaniu, że nic bardziej błędnego. Łaziliśmy po przybrzeżnych krzakach, niejednokrotnie raniąc twarze i ręce o wystające gałęzie i parząc skórę pokrzywami. Ile owadów nas chciało pożreć, to już inna sprawa. Nieraz bywało, że ucierpiała na tym któraś wędka lub śliczne ubranko morro.
Pamiętam, jak pewnego razu, na takiej dzikiej miejscówce, wycięliśmy z Mirasem pas trzcin, za pomocą zmyślnego „wieszaka” oczyściliśmy pas dna z wodorostów i rozsiedliśmy się wygodnie na nowej miejscówce. Już po godzinie, zaczęły nam pod kij podchodzić ryby. Poruszone dno i żyjątka wodne, wypłukane z wodorostów, przez cały dzień wabiły nam płocie i leszcze o całkiem przyzwoitych gabarytach. Nawet nie trzeba było zanęcać. Trafił się nawet ładny karp i średni lin. Około południa, na tafli zbiornika pojawiła się wypasiona łódka. Starszy jegomość podpłynął na bezpieczną odległość i zagadnął:
-Witam koledzy. Jakieś efekty?!
Miras podniósł głowę i wyciągając kolejną trzydziestocentymetrową płoć, z właściwym tylko dla siebie spokojem odparł:
-No jak nie, jak tak.
Starszy pan kontynuował rozmowę:
- No panowie, miejsce sobie do diaska znaleźliście przepiękne. Ale zachodzę w głowę, jak żeście tu dotarli, bo ja tyle lat wędkuję tu z łodzi i w życiu nie widziałem wędkarza w tym miejscu. Super miejscówka. Ryba tu spokojna, nikt jej nie płoszy, a przede wszystkim bierze, bo nie karmiona.
Całkiem sympatyczny wydał mi się ów człowiek, więc odpowiedziałem:
-Przypadkiem to znaleźliśmy. Ale pan się przyczynił, bo całe życie kombinowałem, gdzie ten gość tą łódką pływa. Widuję pana bardzo często.
Człowiek w łódce zaśmiał się serdecznie i ciągnął rozmowę:
- Ja tą łódeczką docieram wszędzie. Też tak kiedyś łaziłem po kolczastych ostępach jak wy, ale od kiedy mam „Agatkę”, mogę łowić tam, gdzie inni nie dotrą nigdy w życiu , no chyba że wy koledzy, bo widzę, że nie ma dla was bezdroży.
Pogadaliśmy jeszcze dłuższą chwilę, wymieniliśmy wędkarskie „połam kije bracie” i łódeczka z imieniem wnuczki na burcie zaczęła się oddalać. Popatrzyliśmy po sobie, potem w ślad za odpływającą łódką i obaj jednocześnie odezwaliśmy się do siebie:
-Wiesz co Miras?!......
Parsknęliśmy śmiechem jak na komendę. Powiedziałem do kolegi:
-Dobra…. Wal pierwszy.
Miras potarł nos i oświadczył:
-Wiesz, my chyba naprawdę jesteśmy jacyś inni. Po co my się telepiemy po tych wertepach? Nie można tak jak on?
Odparłem:
-Można. Tylko trzeba coś wykombinować, bo nie mam kasy żeby sobie łódkę kupić.
No i klamka zapadła. Wiedzieliśmy doskonale, że następną rzeczą której razem dokonamy, będzie budowa czegoś, co pozwoli nam eksplorować nieznane miejsca, bez koniczności narażania ciała i sprzętu na destrukcję w gęstwinie nieprzebytych zarośli.
Zaczęło się przeszukiwanie internetu, przeglądanie starych książek Adama Słodowego pt. „Lubię Majsterkować” i „Zrób To Sam” oraz wszelkich możliwych publikacji na temat budowy łodzi. W miarę zdobywania wiedzy, nasz entuzjazm topniał coraz bardziej. Dowiedzieliśmy się o potrzebnych materiałach, narzędziach ,technologii i cenach. Niestety, po szacunkowych obliczeniach, okazało się, że będzie nas ta przyjemność kosztować w wielkim zaokrągleniu jakieś półtora tysiąca Złotych Polskich. Jednak nie poddawaliśmy się. Co jakiś czas, odbywały się spotkania grupy roboczej pod nazwą „Łódka Dla Mirasów”. Spotykaliśmy się to u mnie, to u Mirasa. Bywało, że takie narady, przeciągały się do późnych godzin nocnych i owocowały tym, że wściekłe małżonki musiały nas odwozić. Jednak po którejś z kolei takiej naradzie, doszliśmy do wniosku, że fachowa literatura swoje, a my i tak dopniemy swego, choćby nasza łódka samoróbka, miała pływać pięć minut i od razu pójść na dno. Umówiliśmy się na sobotę.
Kiedy około dziewiątej rano znalazłem się na podwórku u Mirasa, okazało się, że ten ma już wykrojony zarys dna i zaczyna się brać za wycinanie burt.
-Szybki jesteś cholera. Powiedziałem.
Miras uśmiechnął się i z właściwym dla siebie spokojem odparł:
- Zbudowałem już kilka modeli okrętów, to i z tą krypą sobie poradzę.
Wiedziałem, że Miras interesuje się wszystkim, co związane z morzem i wszelkiego rodzaju krypami, bo służył kiedyś w marynarce wojennej i rzeczywiście kilka jego prac modelarskich było całkiem udanych. W ciągu zaledwie trzech dni, mieliśmy gotowy całkiem nieźle zapowiadający się kadłub. Nacinaliśmy sosnowe listwy w taki sposób, by można było je wyginać w łuki. Za pomocą wkrętów do drewna i wodoodpornego kleju, łączyliśmy ze sobą elementy poszycia. Poszycie stanowiła brzozowa sklejka o grubości czterech milimetrów, która zalegała mi w piwnicy jako pozostałość po produkcji szopek bożonarodzeniowych, które drzewiej wykonywałem dla znajomych. W warsztacie stolarskim Mirasa, który jest pozostałością po zakładzie stolarskim jego ojca, dziadek Leon nagromadził tyle różnego drewna, że można by spokojnie zbudować nie łódkę, ale prawdziwą Arkę Noego. Gdy kadłub był ukończony, wykonaliśmy wokół burt dość szeroki wieniec z grubej na dwadzieścia milimetrów sklejki. Z takiej tez sklejki, wpasowaliśmy do kadłuba kilka wzmacniających wręg i mocowania do dulek oraz ławeczek. Z dębowych listew wykonaliśmy drabinkę która trafiła na dno łódki, a która zabezpieczała dno przed naciskiem stóp. Od spodu, do dna umocowaliśmy dwie półokrągłe listwy, które zastąpiły kil, by łódka lepiej się prowadziła na wodzie. Z pasków cienkiej sklejki wykonaliśmy wzmocnienia poszycia.
Teraz pozostało już tylko pokryć kadłub żywicą.
Mój cioteczny brat, prowadzi w Bielsku Białej wytwórnię lotniczą. Metodą laminacji, w oparciu o tkaniny węglowe i szklane, wykonuje się tam elementy samolotów, szybowców i łopat do elektrowni wiatrowych oraz śmigła i wentylatory górnicze. Kilka razy pomagałem przy takich pracach, więc miałem ciut pojęcia o temacie laminowania. Kuzyn na moją prośbę, podarował nam ścinki włókniny szklanej, kilka kilogramów żywicy i tak zwanego żelkotu. Najpierw napuściliśmy sklejkę od zewnątrz rozcieńczoną żywicą. Wsiąkła pięknie do połowy grubości. Potem było matowanie papierem ściernym. Następnie pokryliśmy kadłub trzema warstwami tkaniny szklanej, wklepując żywicę w każdą warstwę tkaniny za pomocą pędzli w taki sposób, by tkanina dokładnie przylegała do wszystkich elementów. Ważne było, by nie zostawiać pęcherzyków powietrza w laminowanej warstwie. Właściwie to warstwy włókniny szklanej były tylko dwie, bo nam jej zabrakło, ale Miras podstępnie podprowadził Grażynie z szafy prześcieradło, które z powodzeniem zastąpiło ostatnią, trzecią warstwę poszycia.
Po dokładnym oszlifowaniu, nałożyliśmy na kadłub warstwę zabezpieczającego żelkotu w szarym kolorze. No i w tym miejscu narodził się kolejny problem. Zabrakło nam tkaniny i żywicy. Została nam tylko odrobina żelkotu, która miała posłużyć do pomalowania wnętrza kadłuba. Nadszedł czas kolejnej narady wojennej. Zaowocowała ona pewnym pomysłem, który okazał się bardzo trafny. Pogadałem z kolegami w pracy, a ci dostarczyli mi przeterminowaną zalewę do muf kablowych. Jest to rodzaj żywicy dwuskładnikowej. Jest o tyle dobra, że nie twardnieje na kość, a zachowuje pewną elastyczność. Po próbach twardnienia przeterminowanej żywicy, okazało się, że czas tężenia jest przydługawy, ale suma sumarum, została użyta no zabezpieczenia wnętrza łodzi. Fakt, że była trochę przeterminowana, sprawił, że świetnie wsiąkała nam ta żywica w sklejkę, a to z kolei bardzo dobrze wpłynęło na jej wodoodporność. Po nałożeniu kilku warstw tego środka, pomalowaliśmy łódkę od wewnątrz żelkotem.
Czarna farba znaleziona w garażu, posłużyła do pomalowania wieńca. Dulki ukręciłem na firmowej tokarce w ramach luzu produkcyjnego, a Miras sklecił pięknie dopracowane wiosła. Do wnętrza kadłuba trafiły dębowe drabinki i zielone ławeczki. Wreszcie, na podwórku mogliśmy podziwiać naszą ślicznotkę w całej okazałości. Skoro projekt się powiódł i po wielu perypetiach został ukończony, pozostało tylko nadać nazwę naszej łódce oraz zarejestrować ją jako łódź wiosłową w starostwie powiatowym. Miras z uśmiechem oświadczył:
- Bierz farbę i pisz numer boczny. Zaraz przyniosę papiery, to ci go podam.
Okazało się, że kolega Miras zarejestrował łódkę zanim jeszcze ją zbudowaliśmy. Taki z niego trzpiot. Oczywiście odbyła się kolejna, bardzo burzliwa narada, dotycząca nazwy naszej łódeczki. W końcu, po niezwykle konstruktywnej dyskusji, ustaliliśmy nazwę, która została zaakceptowana większością głosów, dwa głosy za, zero przeciwko i zero wstrzymujących się. Następnego dnia, drżącą ręką naniosłem na burty nazwę łódki, za pomocą czerwonej farby.
Nie będę się tu rozpisywał na temat chrztu, który się potem odbył, grunt że i budowniczowie i obydwie matki chrzestne, odczuwali następnego dnia lekki ból głowy. Nie będę też opisywał wodowania i pierwszego rejsu, ponieważ jest to temat na oddzielną historię. Podsumowując koszty poniesione przez nas na owo przedsięwzięcie, okazało się, że razem z napojami chłodząco-rozmownymi, spożytymi w trakcie tak narad logistycznych jak i w trakcie budowy oraz chrztu, wyniosły jakieś dwieście złotych. Klej kosztował dwadzieścia pięć złotych, wkręty jakieś dwadzieścia zet, a reszta materiałów była trofiejna. Przeliczyłem przed chwilą, ile kosztowało by nas zbudowanie tej łódki, gdyby nam przyszło wszystko kupić. Okazało się, że można by osiągnąć zamierzony skutek, wysupłując na zakup materiałów około sześciuset złotych. Wymiary łódki są dostosowane do przewożenia jej w VW.Golf kombi, tyle, że klapę trzeba wiązać sznurkiem, bo się nie zamknie ze względu na wystającą rufę.
A jaka duma nas rozpiera kiedy płyniemy sobie naszą łódeczką o dźwięcznej nazwie „ ZA OSTATNI GROSZ” w niedostępne rejony naszych wód?! Niepowtarzalne uczucie. Zresztą, za wszystko inne można zapłacić za pomocą Master Card, ale ta frajda…….. BEZCENNA! Tym bardziej, że już nie musimy się pchać w krzaczory i ryzykować kontuzji. Naszą łódeczką, docieramy wszędzie.
AHOJ TAM NA BRZEGU!

GHOSTMIR.

Opinie (29)

użytkownik

Takim oto sposobem zostałeś szkutnikiem.........odemnie piąteczka***** [2010-06-28 13:53]

użytkownik

Miru, to nie jest możliwe żebyś ten arcik przeczytał. Ja go dopiero wkleiłem! :-) [2010-06-28 13:54]

użytkownik

A jednak , dwa razy oceniłem na piąteczke i powiedziałem że przeczytam póżniej tym razem przeczytałem i oceniłem.

[2010-06-28 14:12]

ziomek

mi sie wydaje ze to juz na tym portalu czytalem! ale i tak ***** [2010-06-28 21:53]

użytkownik

Ano czytał Kolega z pewnością, ponieważ odtwarzam utracone materiały które były kiedyś publikowane. [2010-06-28 21:57]

kazikb

5+. Czekam na następne teksty. Czytane jednym tchem.Pozdrawiam

[2010-06-28 22:27]

ponikwoda

Daje 5*****. Życzę stopy wody pod kilem. Nazwa Waszej łajby jest super. Pozdrawiam.

 

[2010-06-29 10:15]

użytkownik

gratuluje pomyslu i wykonania lodki koledzy teraz dostaniecie sie wszedzie na wodzie i moze by bylo warto zrobic pare sztuk na sprzedaz chetni napewno sie znajda [2010-06-29 12:13]

użytkownik

super opowiadanko gratulacje 5 [2010-06-29 12:51]

minus

Super pomysł, super pływadło i super opowiadanko. PIĄTECZKA - niech służy długo i niezawodnie. [2010-06-29 13:39]

rafal1978

powiem tak.....GRATULACJE!!!!I za opowiadanko i za piękna łódkę :)Ode mnie 5+ [2010-06-29 13:45]

The Piterson12345

witam .. no łódka piękna sprawa nie ma to jak spinningowac z łółdki ehh , a tu jeszcze sami zrobiliscie sobie łajbe ;) hehe za pomysł i artykuł zostawiam ***** pozdrowienia                          [2010-06-29 14:47]

endriut

Witam!

Ja też już drugi raz daję piąteczkę za ten wpisik... Pozdro GHOSTMIR, fajnie że już się zadomowiłeś na nowo na portalu... Czekamy na więcej.

[2010-06-29 15:18]

arturartur

Gratuluje  zacięcia  szkutniczego  .  Niech  się  sprawuje   jak  najlepiej  .  Pozdrawiam  i  5  . [2010-06-29 16:27]

kuniak

Wielki podziw dla inwencji twórczej i cierpliwości. Pozdrawiam. [2010-06-29 17:27]

janusz288

Super i popieram w 100% cenię sobie niezależność i piękne opowiadanie PIĄTECZKA ! [2010-06-29 17:48]

krisal

Nazwa łódki mnie rozwaliła. Piątka ,oczywiście. [2010-06-29 20:19]

użytkownik

witam i daję piąteczkę jak zawsze fajnie się czytało pozdrawiam i z niecierpliwością czekam na następne [2010-06-29 21:20]

kazik

Kiedyś dałem pięć gwiazdek to i teraz również .

 

[2010-06-29 22:15]

MateuszKaminski34

Bardzo dobry pomysł z tą łódeczką.Ja sam mam łódkę z włókna szklanego,łódka bardzo dobrze sie sprawuje.Zrobiłem ją z górnej częsci dachu od mercedesa transportera.Kupiłem tą góre kosztowała mnie 150 zł. wykończenie zrobiłem już sam siedzenia uchwyty do wioseł te sprawy.Wiadomo troche pracy jest ale warto sobie sprawićtaką łódke.Aktualnie wędkuje na akwenie SIKÓRZ.To nie wielkie jeziorko 2ha.Musze jednak przyznać ze w tych latach juz nie ma prawdziwych łowisk i ryb.Niemal na kazdym jezioze jest jakis osrodek wypoczynkowy a wiadomo co sie z tym wiąze ludzie a jak ludzie to śmieci a jak śmieci to zanieczyszczenia i ta kdalej. [2010-06-29 22:25]

ambatczew

no gitara panowie:) [2010-06-30 21:42]

sapek

AHOJ DUCHU, AHOJ PRZYGODO :) [2010-06-30 21:53]

Jogurt

Artykul na 5* czytam poraz pierwszy i oczywiscie 5:)  Ja mam duzo zelastwa w garazu a z tego pojazdu plywajacego nie da rady pospawac:) co najwyzej denny patrol:) Pozdrawiam:) [2010-06-30 21:53]

sapek

@Jogurt: nie ma takiego żelastwa, z którego nie da się coś fajnego pospawać :) Nawet i łódkę :) Choćby była z laminatu na stalowym stelażu :)b. [2010-06-30 21:55]

sicco

ciekawy art. tez przymiezam sie do wejscia w posiadanie czegos co plywa ale ze wzgledu na brak zdolnosci manualnych bede musial sobie kupic :) pozdrawiam i oczywiscie daje 5 ***** [2010-07-01 11:01]

mariusz603

bardzo ciekawe opowiadanie no i hyle czoła za umiejętności szkutnicze ja mam mnóstwo radości z pływania kupną łódką to mogę sobie tylko wyobrazić jaką frajdę sprawia wam wasze dziełooby służyła jak najdłużej pozdrawiam i daje pięć :)       [2010-07-01 13:03]

Bromar

Bardzo sympatycznie się czytało. ***** Pozdrawiam [2010-08-09 12:14]

użytkownik

Kolejny z rzędu bardzo dobry i ładny wpis.

OCENA: 5+

[2010-11-12 22:05]

Mariuszmaja

koledzy pełen szacun :)))! ***** za opis i drugie tyle za oryginalną nazwe [2011-02-13 17:46]

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za komentarze Internautów.

Czytaj więcej

Ślepia bestii

Tego dnia, osobom obecnym na biwaku, nie dopisywały humory. Kilka dni z rz…

Powrót Batmana

Z racji tego, ze pracuję w większości na nocnej zmianie, mój weekend ro…