Zachodniopomorskie łowiska cz.24. Model wędkarstwa w XXI w.


Nowe podejście do łowisk. System kanadyjski.
            W dzisiejszej dobie, kiedy pseudoekolodzy krzyczą „ Ziemia ginie”, a przedsiębiorcy ze wszystkiego chcą wycisnąć pieniądze trzeba nam się rozejrzeć za zrównoważonym podejściem do natury i jej darów. I znów nawołuję jak wyjący na puszczy do niewyważania otwartych drzwi. Świat już dawno odkrył pewne modele należy tylko do nich wrócić i na pewno udoskonalić ku pożytkowi nas wszystkich. Wpis swój opieram na książce wybitnego miłośnika przyrody, profesora Politechniki Krakowskiej i Wyższej Szkoły Inżynierskiej w Koszalinie ( dziś Politechniki Koszalińskiej) Pana Andrzeja Rzymkowskiego wydanej w 1976 roku pod tytułem „Szkice z natury”. Pan profesor był dzielnym wędrowcem po ziemiach polskich i wielu krajach Europy. Jeszcze jak byłem mały widywałem go z plecakiem i laseczką w okolicach Białego Boru i Miastka. Był nieodłącznym elementem krajobrazu pomorskiego. Na sercu leżała mu ojczysta przyroda i zachowanie jej pierwotnych walorów w jak najbardziej pierwotnym kształcie. Dziś w holu Politechniki Koszalińskiej usytuowane jest na pamiątkę jego popiersie. Na pewno na nie zasługuje.
Jego ideą było zagospodarowanie wód polskich o wyjątkowych walorach przyrodniczych bez zamykania ich na świadomych turystów , wędkarzy i innych miłośników terenów ojczystych. Na przykładzie Jeziora Bobięcińskiego (bodaj największe jezioro lobeliowe w Polsce ) stworzył model udostepnienia wody dla wszystkich mimo Parku Krajobrazowego. To profesorowi zawdzięczamy, że te piękne, czyste jezioro żyje i ma się dobrze. Każdy kto tam bywał w latach do 1989 roku pamięta liczne domki rekreacyjne. Był pomysł w czasach świetności Edwarda Gierka by zbudować nad tym jeziorem trzy , cztery ośrodki wypoczynkowe dla „ mas pracujących”. Jezioro zostało by zniszczone przez z ścieki i hałas. Zbudowano już nawet płot ogrodzeniowy. Na szczęście profesor pojechał do ówczesnych decydentów w Warszawie i odwiódł ich od tych karkołomnych decyzji. Dziś domków już nie ma a przyroda toczy swoje życie jak przez tysiące lat. Nie był jednak profesor przeciwny wypoczynkowi i „używaniu” jeziora do celów rekreacyjnych. Uważał jednak, że musi to być zorganizowane bez szkody dla walorów przyrodniczych tych okolic.
Właśnie dlatego zaproponował model kanadyjski wykorzystania tego akwenu. Myślę, że część kół wędkarskich z całego kraju mogła by pójść tym tropem organizując według tego schematu wspaniałe łowiska. Chodziło profesorowi by połączyć wypoczynek z rezerwatami przyrody z obopólną korzyścią. Model zakłada, że do rezerwatu nie wolno wjeżdżać samochodem , wiec należy najpierw ok. dwa kilometry od łowiska wybudować recepcję. Tam przyjeżdżali by wczasowicze z wykupionymi w całym kraju miejscami noclegowymi. Tam zostawiali by samochody i byliby zawożeni na miejsce biwakowania przez recepcjonistę samochodem elektrycznym (który nie zanieczyszcza środowiska). Po zakończeniu pobytu recepcjonista odbiera wczasowiczów i sprawdza czy nie wyrządzili jakiś szkód przyrodniczych czy innych. Nadmienić należy, że w tym systemie trzeba wyliczyć liczbę wędkarzy, turystów i żeglarzy która bez szkody dla środowiska może przebywać na danym terenie. Sugerował 100 osób na sto hektarów, co przy takim jeziorze jak Bobięcińskie daje ok 500 osób dziennie. Miejsca biwakowo-kempingowe usytuowane są w pewnych bezpiecznych odległościach bez wzajemnego wkraczania sobie w drogę. Kolejnym pomysłem jest pływająca po jeziorze od kwietnia do października barka sklep-bar z usługami dla wędkarzy i innych turystów (napęd elektryczny). Zobaczcie jak to zmienia perspektywę wypoczynku grupy rozsiane po 5-10 osób zamiast ośrodka molocha na 500 osób. Odpada kłopot zanieczyszczenia środowiska przez odchody chemiczno-organiczne w ogromnych ilościach.
Na każdym stanowisku powinien być pomost, sprzęt turystyczny, wędkarski i składany domek lub domek holenderski i łódka z elektrycznym silnikiem. Dziś agregat prądotwórczy to mały koszt a wielka wygoda. Mogły by być też stanowiska dla prawdziwych biwakowiczów survivalowców bez większych wygód.  Utylizacja odchodów byłaby prosta i skuteczna. Dookoła jezior mogła by być ścieżka spacerowa lub biegowa. Można też wybudować przy współpracy z Lasami Państwowymi punkty widokowe.
Opiekun wędkarski wiedziałby ile ryb się łowi, kiedy pomóc w naturalnym tarle a kiedy dorybić ewentualnie łowisko. Przy recepcji mógł by być sklep, muzeum fauny i flory, punkt usługowy, tablica ze zdjęciami rekordowych ryb itd.
I tak bez kłopotu udostępniamy przyrodę jej miłośnikom nie ingerując zbyt mocno w świat zwierząt i roślin. Można tak dostosować dowolne łowisko w Polsce. Zawsze pracę w takim mały „przedsiębiorstwie” znajdzie kilku miejscowych bezrobotnych i może nie będą musieli kłusować. Do dzieła pasjonaci i społecznicy.
 

 


3.6
Oceń
(12 głosów)

 

Zachodniopomorskie łowiska cz.24. Model wędkarstwa w XXI w. - opinie i komentarze

skomentuj ten artykuł