Zapomniane historie: Srebrne „Okonie“

/ 3 komentarzy / 3 zdjęć


Podczas robienia porządków w komputerze znalazłem stary ordner ( taki dawno zapomniany) z opisanymi wędkarskimi historiami. Po dokonaniu kilku małych zmian i uściśleń postanowiłem część z nich opublikować. Poniżej opisana przygoda miała miejsce w 1993 roku.

Srebrne „Okonie“
Jedziemy na Schlei (jest to rzeka wpadająca do Bałtyku, niedaleko duńskiej granicy). Mój wędkarski przyjaciel, a zarazem sąsiad Marek, którego pod wieloma względami mogę nazwać moim wędkarskim „mentorem” twierdzi cyt: „... tam są super okonie...“. Czytaliśmy artykuły o rzece i słyszeliśmy od znajomych, że warto jest poświęcic jej czas. Marek ma racje, to miejsce obfituje w urodziwe „pasiaki“, ale zlokalizować je nie jest tak łatwo. Aczkolwiek nie jest to niemożliwe. Rzeka jest szeroka, z bardzo urozmaicenie rozwiniętą linią brzegową, co stwarza wędkarzom możliwość wypróbowania różnorodnych metod połowu. Marek, wędkarz z wieloletnim stażem, który w niejednej wodzie kije moczył i ja można powiedziec początkujący, mało doświadczony adept sztuki wędkarskiej. Niesamowicie zapalony i nieobliczalny w swych czynach, jak sie pózniej okazało. Ja nazywam to gorącą krwią !!!. Po wykonaniu kilku telefonów udało mi sie ustalić u kogo i za ile można wykupić licencje uprawniającą nas do połowu. Nie marnowaliśmy czasu i w szybkim tempie zaplanowaliśmy wyjazd. Wszystko było i tak uzależnione od pogody, która tu potrafi zmieniać się w mgnieniu oka. Wyjazd z samego rana, jak dla takiego spiocha jak ja, to średnia przyjemność. Choc i tak nie wstawaliśmy wcześnie rano, jakoś nie mogłem sie dobudzić. Około 100-u km trasa mija bardzo szybko i zbliżając się do rzeki zacząłem odczuwać lekkie poddenerwowanie.

Schlei prezentowała się dostojnie, szeroka majestatycznie płynaca rzeka wzbudzała we mnie podziw. Mógłbym powiedzieć, że czułem się przy niej jakoś dziwnie mały. Marek fachowo na pewniaka skierował nasze pierwsze kroki pod przecinający rzeke most. Niestety ani pod ani obok nie było wolnych miejsc. Nieciekawy dostep i mała powierzchnia, gdzie można byłoby rozłozyc wędki, była juz skrupulatnie przez (przypuszczam) miejscowych wędkarzy „zagospodarowana“. Nie pozostało nam nic innego jak szukać innych ciekawych i bogatych w ryby miejsc. Rzut oka na mapę... i po parominutowej wymianie słów jedziemy dalej. Jadąc saomchodem próbowaliśmy wyszukać coś w miare ciekawego. Mniej wiecej widać było zarys rzeki, ale dopiero po zaparkowaniu i przebyciu około jednego kilometra znalezliśmy się nad wodą. Wyszukaliśmy miejsce, które Marek uznał za ciekawie (mnie przyznam, mniej sie tam podobalo). Duża otwarta przestrzen, naturalnie utworzona zatoczka i i średniej wielkości cypelek. Tam własnie rozłożylismy nasz sprzęt i postanowilismy łowic od strony zatoczki. Osłonięci byliśmy tylko jednym małym wzniesieniem, co w efekcie końcowym bardzo ułatwilo nam życie. Wędki poszły w ruch. Zmontowaliśmy zestawy gruntowe, każdy dwa, na haki powedrowaly śliczne swieżutkie robaki i do wody. Krajobraz o tej porze roku nad Schlei jest dosć surowy, było zimno i mało przyjemnie. Nie przeszkadzało to nam, w końcu przyjechalismy tu na ryby, a nie podziwiać uroki tych okolic. Podczas gdy zimny wiatr zaczynał pomału dawać się mnie we znaki(Marek wzorcowo ubrany nie miał z tym żadnych problemów), wzrokiem co chwilke ladowaliśmy na wskaznikach brań. Pierwsze okoniowe branie rozgrzało nasze emocje. Na jednej z moich wędek coś się ruszyło, wskaznik najpierw lekko, a potem szybciej powędrował w góre. Zaciołem „jak się należy”, mając żyłke 0,25 byłem na wszystko przygotowany. Opór troche wiekszy niż zazwyczaj u okonia, co mnie bardzo ucieszyło, już przed oczami widziałem kilowego „Garbusa”. Walczył jakoś inaczej, i te odjazdy w prawo i lewo?. Nie... , to nie okoń, powiedziałem do Marka. Na co on tylko skinał głową, jakby już wcześniej to wiedział. Z niecierpliwością czekałem na moment w którym zobaczę mojego przeciwnika, a znajac zasade im pózniej tym lepiej, wcale się nie spieszyłem. Około 4-rech metrów od brzegu coś się pod powierzchnia wody zakotłowało i wtedy zobaczylismy jasno-srebrną rybę. Boleń?, pytajaco spojżałem na Marka. 

W tym samym momencie stało się to, co nazywamy wędkarskim horrorem. Mój “Boleń” wyczepił się… szszszszkoda. Z grymasem na twarzy patrzyłem w wodę. Coś tam jeszcze zaklnołem pod nosen i założyłem na hak nowego robaka. Zaczeliśmy z Markiem dyskutować Boleń?..hmm nie to raczej Jaz, ale napewno nie okoń. Był duży...dodałem, calkiem calkiem dodał Marek. Niezły jak na poczatek dnia. Cholera, ze też poszedł !!!. Spojżałem na Marka pytajaco… ale na pewno nie okoń?. Nie, usłyszałem w odpowiedzi. Szkoda… jeszcze raz wymruczałem pod nosem. Wędziska już dość długo moczyły się w wodzie, gdy ponownie na jednej z nich coś ożyło. Marek spokojnym głosem powiedział „bierze“. Faktycznie coś się działo, wskaznik zachowywał się identycznie jak przy poprzednim braniu. Zacięcie ..., trzy sekundy niepewności i nadzieja, że tym razem wszystko przebiegnie bez komplikacji. Ryba walczyla podobnie jak poprzednik. Po uplywie paru minut ukazała się naszym oczom ok. 50-cio centymetrowa Troć. Śliczne „czyste srebro” !!!. Marek podebrał ją i w tym momencie wszystko było jasne. Jak się po zmierzeniu okazało Trotka miała tylko 44 cm. Ryba, która się spieła to też musiał byc przedstawuciel tego gatunku i to o wiele większym , no coż pomyślałem, tak to już w życiu bywa. Z dumą oglądalem pierwszą w swoim życiu złowiona Troć. Niespełna p ół godziny pózniej Marek miał swoje pierwsze branie, które przyniosło mu śliczna srebrną torpedę. Miny nam sie poprawily, bylismy strasznie podekscytowani i z niecierpliwością oczekiwaliśmy następnych brań. Jakoś naszym „srebrnym okonkom” odszedl apetyt na śliczne rosówki i długo, długo nie mieliśmy nawet skubnięcia. W tym czasie Marek opowiadał o wędkarskich przygodach, niesamowitych sytuacjach i rybach, które złowił (byly normalne to znaczy żadne 3 kilpgramowe płocie, czy okonie po 60 cm) Nastepne dwa brania szczesliwym trafem przypadły mnie. Trocie 58 i 48 cm walczyły bardzo długo, a może lepiej powinienem powiedzieć, pozwoliłem im tak długo wałczyc. Całe piękno polega na tym jak ślicznie te ryby potrafią walczyć. Ile energii w sobie mają i jak “katapultują się” ponad powierzchnie wody. Fantastycznie!!!. Trzy Trocie leżące na ziemi przyciągały mój wzrok, gdzies w głebi duszy byłem szcześliwy, nawet dumny. Wiedziałem, że to tylko łut szczęscia i rownie dobrze wszystkie, do tej pory przez nas złowione ryby mogły trafić sie Markowi. Cała ta historia przebiegłaby szczęśliwie do końca gdyby nie… no własnie, gdyby nie ja. Pomału planowaliśmy już “zwijać manele” gdy Marka przycisnęła “naturalna potrzeba”(jesli dobrze pamietam grubszego kalibra). I pech chciał, że właśnie w tym momencie na jedną z jego wędek wzięła, jak myślę Troć. Długa wędka, w każdym razie dłuższa niż mije, delikatny przypon i ja… Jeśli ktoś nie potrafi sobie wyobrazić co się stało to, w kilku słowach przytoczę przebieg sytuacji. 

Ogromne branie, wskaznik podskoczył „z prędkościa swiatła”, na co ja krzyknąłem: „Marek masz branie!!!” W odpowiedzi usłyszalem “zatnij, ja teraz nie mogę”. No i zaciąłem !, tylko chyba troszeczkę za mocno. Naturalnie zerwałem zestaw i rybę (a w momencie zacięcia czułem ze była duża).Głupio mi było, Markowi chyba jeszcze bardziej ze złosci. Nie oszczedził mi słów “uznania”. Co gorsze na przyponie miał założony ok 7cm-wy kałalek ołówka z wydrążonym grafitem. Co powodowało, ze przynęta nie leżała na dnie, lecz unosiła się w wodzi. Przygotowanie takiego ołóka nie jest łatwe, no i nie ma juz w polsce takich producentów, którzy wytwarzaja je z zle wklejonymi grafitami ( co kiedys nie należało do rzadkości). Oszlifowana zewnętrzna strona wygladała jak tysiące innych gałązek w wodzie. Tak więc nie była to najmilsza chwila w tym dniu, przeprosilem Marka, a nawet zaproponowalem mu jedną z mych ryb. Naturalnie odmówił nie jest “mięsiarzem”, ale jak to Marek, długo jeszcze mruczał coś pod nosem. Mruczy jeszcze do dnia dzisiejszego (z uśmiechem) przy każdej okazji, a zwłaszcza jak coś wypijemy. Jego opis brzmi mniej wiecej tak: “… i wtedy widzę Sławka , zacina rybe moją wedką jakby chciał słonia zabić…” Nic ujać, nic dodać. Może i tak to wyglądało , ale ja chciałem tylko... zaciąć Troć.

Dokładnie rok póżniej byliśmy w tym samym miejscu, złowilismy po jednaj ładnej Troci, tym razem dzięki Bogu nie musiałem Markowi “pomagać” zacinać ryb.




 


5
Oceń
(10 głosów)

 

Zapomniane historie: Srebrne „Okonie“ - opinie i komentarze

aldentealdente
0
kiedyś srebrne "okonie"...dziś nasze srebrne skronie (2015-06-21 17:08)
slawekkiel17slawekkiel17
0
i siwe głowy... Jak ten czas leci. Rozmawiałem diś z Markiem w tym roku jeszcze nie był na rybach ( klopoty zdrowotne) powiedział, źe chetnie pojechałby z nami na "nockę" (2015-06-21 17:15)
marek-debickimarek-debicki
0
Trzymam kciuki, aby Kolega szybko się wykurował i życzę kolejnej udanej wyprawy z równie ciekawymi niespodziankami. Pozdrawiam (2015-06-22 21:11)

skomentuj ten artykuł