Zaloguj się do konta

Żarnowieckie potwory

Żarnowieckie potwory
 
O jeziorze Żarnowieckim słyszałem już dwa lata temu za sprawą mojego kolegi Marcina. Niestety brak czasu i sprawy zawodowe nie pozwoliły odwiedzić zbiornika wcześniej. Legendy o ponad 130 cm szczupakach działały na moją wyobraźnię i nie pozwalały na spokojny sen. Stwierdziłem, że chyba tylko tam mogę pobić swoją „życiówkę”. Musiałem odwiedzić Żarnowiecw tym roku!
Po przeanalizowaniu kalendarza wytypowaliśmy długi weekend majowy. Był to idealny moment by zapolować na metrowe ryby. Szczupaki odpoczywały całą zimę i tylko czekały na nasze gumowe kąski. 6 godzin jazdy z Warszawy i meldujemy się nad taflą jeziora. Zrzucamy naszą łódź na wodę i wypływamy na krótki zwiad w celu namierzenia ryb oraz zaznaczenia punktów GPS. Zapisy są bardzo obiecujące, mnóstwo ławic i stojące obok nich drapieżniki na kantach. Spływamy na kolację, gdzie spotykamy całe grono wędkarzy, którzy podobnie jak my o świcie ruszą na podbój wody.
Poranny falstart ….
Punkt piąta jesteśmy na przystani, pakujemy nasz sprzęt i płyniemy na miejscówki. Do godziny 12 zamierzamy łowić metodą castingowową oraz spinningową, a po południu spróbujemy swoich sił w trolingu. Cały nasz plan niestety pokrzyżowała pogoda, która umożliwiła nam wędkowanie tylko przez dwie godziny. Podmuchy wiatru do 90 km/h i bałwany na wodzie zmusiły nas do kapitulacji. Ze smutnymi twarzami spłynęliśmy do przystani i oczekiwaliśmy na poprawę pogody.
Magiczny moment :
Po południu wiatr trochę osłabł, decydujemy się na wypłynięcie. Mieliśmy w końcu porządnie przetestować kombinezony Daiwy z membraną gore-tex. Warunki do testów w tym momencie były „znakomite”. Podmuchy wiatru, co jakiś czas podnosiły krople wody z jeziora uniemożliwiając rzucanie nawet ciężkimi przynętami, które lądowały po rzucie pod naszymi nogami, do tego padał deszcz i grad, wszyscy wracali do przystani, tylko nie my, ale przecież Team Daiwa nie wymięka! Nie przyjechaliśmy tutaj po to by siedzieć w pensjonacie. Pogoda skazuje nas na metodę trolingową. Szybko przewiązujemy zestawy, ja wybieram kije Daiwa Prorex XR w wersji castingowej do 120 gramów i do kompletu multiplikator tatula, Marek wyciąga najgrubszy kaliber, a mianowicie Daiwe Lexę do 175 gramów i Dawie Ryoge 1520, niesamowity jest ten mały mocarz, a ta terkotka podczas walki ryby to czysta poezja dla ucha. Na multikach mamy nawiniętego nowego J-braida grand 8- splotowego o średnicy 0,24 mm. Jako przypon stosujemy długi około metrowy przypon z grubego fluorocarbonu i wrzucamy nasze 250 gramowe trouty i hybrydowe swimbaity, ja siadam na podeście i obserwuje szczytówki, a Marek steruje. Po godzinie pływania mamy pierwsze potężne branie. Zrywam się z „bocianiego gniazda” i lecę zwinąć zestawy, by ułatwić Markowi hol. Ryba jest duża ma ponad metr, niestety przy burcie trzepie pyskiem i spina się… walczymy dalej. Nie minęło 15 minut, a na moim Prorexie obserwuje delikatne branie. Zacinam i czuję pulsujący ciężar. Charakter walki wskazuje na godnego przeciwnika, holuję spokojnie, powoli. Daję rybie wyszaleć się daleko od łodzi, Marek zwija w tym czasie pozostałe zestawy. Prorex pięknie wygięty po dolnik, ale czuję, że przy odjeździe mam czym zatrzymać szczupaka. Po kilku minutach mamy olbrzymią rybę przy burcie. Jest rekordowa, może mieć 120 cm !!! Zapięta jest za jeden grot. Serce wali, ręce się trzęsą, a nogi uginają, takiej ryby jeszcze nie widziałem na żywo. Naprowadzam na podbierak, który w domu wydawał się olbrzymi, a teraz jest mały. Na szczęście udaje się Markowi podebrać krokodyla. JEST!!! Głośny okrzyk rozbrzmiewa od Nadola po Lubkowo. Patrzymy się na siebie i nie wierzymy, szczupak jest ogromny i wręcz kwadratowy, widać nie próżnował po tarle. Szybkie mierzenie i mam swój rekord życiowy 124 cm ! „Życiówka” pobita o 9 cm w Polsce. Robimy kilka fotek i wypuszczamy „madame” do jej środowiska. Odpływa majestatycznie i powoli znika w żarnowieckich głębinach. Nasza radość jest olbrzymia. Plan wykonaliśmy w 100 %. Wytrwałość i walka do ostatnich chwil została wynagrodzona. Do zmroku zostało nam jeszcze pół godziny. W tym czasie łowimy jeszcze jedną małą rybę i wracamy do przystani. Tego dnia nie zapomnę do końca życia.

Pozdrawiam Jakub

Opinie (2)

SVT

Pękne i wiem że są potwory. Gratulacje. [2019-05-24 21:57]

barrakuda81

Tam i tylko tam...Tak powinny wygladać polskie wody PZW a jest inaczej.Szkoda:-( Piękna przygoda. [2019-05-24 23:38]

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za komentarze Internautów.

Czytaj więcej