Zaskakujący scenariusz wędkarskiej majówki

/ 3 komentarzy / 5 zdjęć


Na rozpoczęcie sezonu zaprosiłem do siebie brata.
Miał przyjechać z drugiego końca Polski, by wreszcie przekonać się osobiście o wędkarskiej atrakcyjności Odry, o której do tej pory tylko słyszał.
Pierwszy maja okazał się totalną klapą. Cały dzień machania ciężkimi gumami dał tylko jedną rybkę – bratu uwiesił się niewielki sandaczyk.
Wieczorem zacząłem się mocno zastanawiać, który odcinek mu jutro pokazać, by tym razem złowił przyzwoitą rybę i uwierzył w moje o Odrze opowieści, które na razie wyglądały na mocno naciągane.
Wybrałem odcinek dość dobrze poznany. Wiedziałem, że brat zapoluje na szczupaka, bo to jego majowa ryba numer jeden. By się więc nie dublować i nie poprawiać po sobie, chciałem skupić się na innym gatunku. Tylko co wybrać – jazie, klenie, okonie… a może bolenie. Jak zwykle w takich sytuacjach, decyzje pozostawiłem do ostatniej chwili. Rzut oka na wodę niczego nie podpowiedział. Chcąc nie chcąc zabrałem nad wodę dwa kije. Brat sukcesywnie czesał klatki ciężkimi gumami oddalając się coraz bardziej. Ja natomiast skradając się do każdego miejsca niemal na czworaka, próbowałem przechytrzyć jakiegoś klenika, a gdy ten się nie pokazywał, brałem do ręki cięższy kij i omiatałem okolicę boleniowym woblerkiem. Około południa dogoniłem brata, który zrobił sobie obiadową przerwę. Nie zdziwiło mnie, że otworzył już sezon. Konsekwencja się opłaciła. Miał na koncie szczupaka 67 cm i 30 cm okonia. U mnie wciąż zero.
Kanapki znikały szybko, a humory dopisywały. Odra pokazała się bratu z jak najlepszej strony. Cieszyłem się Jego sukcesem, bo przede wszystkim zależało mi by poczuł na kiju odrzańską rybę. Gdy postanowiliśmy ruszać dalej obiecałem sobie, że jeszcze tylko na jednej główce poświęcę czas na klenie, a jeśli te się nie odezwą, to przejdę na cięższy kij, którego nie wypuszczę już z rąk do końca dnia. Od najbliższej główki dzieliła mnie interesująca prostka, upstrzona wieloma warkoczykami, wirkami i mikrocofkami, tworzącymi się wśród zalanych traw. Założyłem na agrafkę mojego niezawodnego na takie miejsca woblerka – „Brzula” – 3 cm czarną imitację owada. Pierwszy rzut wzdłuż brzegu, kilka wolniutkich obrotów korbką i potężny strzał, któremu towarzyszył równie okazały wir. Nawet nie zdążyłem zareagować, a żyłeczka już smętnie zwisała. Oględziny jej końca nie pozostawiają wątpliwości. Moim kleniowo-jaziowym woblerkiem zainteresował się porządny szczupak. Dosyć tego! Składam lekki kij, by mnie już nie kusił i zaczynam obławiać to miejsce dużym ripperem na porządnej plecionce, zabezpieczonym porządnym wolframem. W ten sposób obławiam po kolei wszystkie miejsca, główki, prostki, klatki… i kończę dzień z jednym 29 cm okoniem na koncie.
Trzeciego maja żegnam brata i postanawiam odbić sobie wcześniejsze niepowodzenia.
Ruszam nad Odrę z postanowieniem, że tym razem w końcu otworzę sezon jak należy. Znając możliwości i charakter rzeki zakładam, że o wiele większe prawdopodobieństwo sukcesu da mi nastawienie się na bolenia niż na szczupaka. Pomny jednak wczorajszych doświadczeń, biorę dwa kije. Jeden z plecionką o wytrzymałości 6 kg – pod bolenia i drugi dwa razy mocniejszy, pod szczupaka. Cały dzień czeszę klatkę po klatce w poszukiwaniu jednych i drugich. Robię to z taką determinacją, że w końcu zapuszczam się na nieznane jeszcze rejony. Znajduję kolejną interesująca prostkę na końcu której zauważam dwa piękne ataki drapieżnika. Przekonany, że to boleń podkradam się na odległość rzutu i posyłam tam „ołówka Gębskiego” – kilka rzutów nic nie daje. Zmieniam na Hermesa. Gdy dopinam agrafkę słyszę kolejny atak. Patrzę na wodę i widzę tylko wir, który po tym ataku pozostał. Podaję woblerka, którego prowadzę agresywnie z sekundowymi przerwami – czasami to działa, jednak nie tym razem. Grzebię w pudełku szukając czegoś ciekawego i w końcu decyduje się założyć zapomnianą już polską wahadłówkę o nazwie „Płoć”. Wspaniała blaszka, wprost stworzona do obławiania niezbyt głębokich, wartkich odcinków. Pierwszy długi rzut wzdłuż brzegu. Gaszę przynętę dłonią wcinając ją niemal bezgłośnie pod wodę i zaczynam prowadzić w boleniowym tempie. Gdy przynęta wpływa w obszar polowania drapieżnika czuję wreszcie porządne kopnięcie w kij, na które odpowiadam równie mocnym zacięciem. Pierwszy majowy hol jest trochę nerwowy, ale udany. Niestety to nie jest boleń. Na tej płytkiej prostce polowanie urządził sobie niemal 70 cm sandacz. Znowu więc nie udało mi się otworzyć sezonu. Słońce zaczyna zachodzić, postanawiam wracać do samochodu, od którego sporo się oddaliłem. Idąc ze spuszczoną głową docieram w końcu do auta i coś mnie tknęło. Rok temu, całkiem blisko tego miejsca, kilkakrotnie widziałem ataki boleni w pewnym wyłomie w brzegu. Dziś nawet nie zajrzałem w to miejsce. Postanawiam więc obłowić je szybko na do widzenia. Podkradam się i przykucam kilka metrów od brzegu w wysokiej trawie. Chwilę obserwuję wodę, która wydaje się martwa. No cóż – spróbować zawsze warto. Zaczyna się ściemniać, więc na agrafkę zakładam perłowego, lekko opalizującego woblera. Pierwszy rzut pod prąd. Przynęta ląduje kilka metrów powyżej wspomnianego wyłomu. Włączam od razu piąty bieg i doprowadzam przynętę pod szczytówkę. Kolejnych kilka rzutów to wachlarz rozkładający się w stronę głównego nurtu. Nic. Pewnie ich nie ma, myślę sobie, ale wyłom wciąż nie daje mi spokoju. Spróbuję jeszcze raz trochę głębiej. Już się nie chowam, bo i przed kim miałbym to robić. Stoję wyprostowany na brzegu rzeki i przymierzam się do rzutu. Precyzyjnie podana przynęta spada trzy metry powyżej wyłomu. Nie gaszę przynęty, a co tam – niech narobi hałasu. Wobler głośno wpada do wody, a ja tym razem wrzucam czwórkę i prowadzę go metr pod wodą. Gdy przynęta jest kilka metrów ode mnie widzę jak od strony środka rzeki wystrzeliwuje w jego kierunku srebrzysta torpeda. Kopnięcie na krótkiej plecionce jest kosmiczne. Boleń wyskakuje w powietrze i spada z hukiem. Króciutki odjazd z prądem i kapituluje. Na tym kiju nie ma po prostu szans. Jest niewielki, ma niespełna 60 cm, ale jakże cieszy. Wreszcie otworzyłem majowy sezon tak jak chciałem. Po zmierzeniu i sfotografowaniu wypuszczam rapkę i postanawiam wykonać jeszcze jeden rzut na pożegnanie. Kopiuje niemal poprzedni rzut. Kilka obrotów korbką i kolejny strzał, tym razem o wiele dalej ode mnie boleń przewala się na powierzchni wody i odpływa wolny. Ten był chyba większy. Nic to, rzucę jeszcze raz. Teraz rzucam 5 m dalej w stronę głównego nurtu. Robię pół obrotu korbką i znowu strzał, którego nawet nie zdążyłem zaciąć.
W miejscu tym tkwiłem niemal do zupełnych ciemności, jednak nic już się więcej nie wydarzyło.
P.S. Następnego dnia z tym samym woblerkiem na końcu zestawu, uganiałem się za boleniami do zmroku. Miałem tylko jedno walnięcie, niemal w takim samym, jak wyżej opisane miejscu i niemal o tej samej porze. Po krótkim holu okazało się, że tym razem woblera prowadzonego na czwartym biegu zaatakował szczupak! Tak więc czwartego maja mogłem z czystym sumieniem powiedzieć, że spinningowy sezon mam otwarty jak należy, chociaż w jego otwieraniu więcej było przypadkowości niż ukierunkowanego wędkarstwa :)

 


4.8
Oceń
(27 głosów)

 

Zaskakujący scenariusz wędkarskiej majówki - opinie i komentarze

lowca Hubertlowca Hubert
0
Super opis...!!! (2010-05-08 22:36)
tukamiltukamil
0
Fantastyczny tekst! Gratuluje umiejętności wędkarskich i piśmienniczych :) (2010-05-10 17:10)
u?ytkownik38843u?ytkownik38843
0
No i to jest opis wędkarskiej przygody na 5!!!
(2010-05-10 21:14)

skomentuj ten artykuł