Zawsze trzeba wierzyć do końca

/ 4 komentarzy / 2 zdjęć


Przez cały tydzień nie mogłem doczekać się weekendu. Kiedy jednak rzeczony nadszedł, to wraz z nim fatalna pogoda: zimno, wietrznie i deszczowo. Sobotni wypad ze spinem nad Wisłę odpada. Niedziela rano - to samo. W niedzielę wieczorem bez zmian, z tym że ucichł wiatr. Zdzwaniamy się z bratem i szybka decyzja - mimo kiepskiej pogody i mżawki jedziemy na ryby, chociaż bardziej chodziło o rekonesans niż faktyczne aktywne obławianie miejscówek.
Około 18.30 dotarliśmy nad Wisłę i zaczęliśmy obławiać interesujące nas miejscówki. Wysoka majowa woda trochę pozmieniała układ dna i brzegu i przy obecnym stanie wody zrobiło się kilka naprawdę świetnych miejscówek. Nie przekładało się to niestety na brania, zaś sama woda wyglądała na wymarłą. Po pewnym czasie przenosimy się na obecnie odciętą od głównego nurtu odnogę. Tu trochę lepiej: siadły 2 małe okonki, ale nadal jest słabo. Powoli zniechęceni i masakrycznie pogryzieni przez komary myślimy o powrocie do domu, jednak brat podrzuca pomysł, aby przenieść się jakiś 1 km w dół rzeki i zajrzeć w jeszcze jedno miejsce. Parę lat temu rzeka zabierała tam dość mocna brzeg, usypano opaskę z kamieni i zrobiła się tam dość fajna rynienka. Brat był tam jakieś 2 tygodnie wcześniej i połowił niewielkich kleni.
Około 21 meldujemy się na nowej miejscówce. W drugim rzucie mam pobicie, brat w pierwszych pięciu rzutach wyciąga dwie rybki: okonia i klenika, ale to wszystko maleństwa. Przenosimy się trochę w dół opaski i obrzucamy woblerami rynienkę. Po kilku minutach czuję ładne uderzenie, a rybka pokazuje się przy powierzchni. Jest już dość ciemno więc nie jestem w stanie stwierdzić co to za gatunek. Ryba dość energicznie odchodzi na dość lekko ustawionym hamulcu i muruje do dna. Podkręcam hamulec, ale za cholerę nie mogę jej wyciągnąć. Sum? Jeżeli tak to lipa - bez przyponu, żyłka 0,2 - jak jest spory to nie mam szans. Postanawiam poluzować hamulec i ryba wychodzi do powierzchni. Jak się potem okazało - weszła w zaczep i stąd nie mogłem jej wyciągnąć pod powierzchnię. Po kilkunastu kolejnych sekundach naszym oczom pokazuje się piękny kleń. Szybkie podebranie, 2 fotki, mierzenie i rybka odzyskuje wolność. Miarka pokazuje równe 50 cm - moja nowa życiówka, złowiona mimo kiepskiej pogody i słabych wyników przez cały kilkugodzinny wypad. Jednak zawsze warto być nad wodą i do końca wierzyć w sukces.

 


4.7
Oceń
(13 głosów)

 

Zawsze trzeba wierzyć do końca - opinie i komentarze

kamil11269kamil11269
0
Dokładnie! Ja wczoraj czekałem na pierwszego karpia i jak się okazało jedynego karpia wyprawy od samego rana! Nęciłem od godziny 9, a o 16:20 ryba wzięła. Nie był duży, bo miał 46 cm, ale radość była wielka. Po całym dniu w końcu wziął. (2014-06-16 13:35)
DiabloDiablo
0
Ładny (2014-06-16 18:05)
kabankaban
0
W tym roku jeszcze "czterdziestki" nie przekroczyłem... . Pozdrawiam. (2014-06-16 19:31)
marciin 2424marciin 2424
0
Gratki :) ***** :) (2014-06-17 09:34)

skomentuj ten artykuł