Zaloguj się do konta

Złoto tylko dla zuchwałych.

Był koniec sierpnia, może początek września. Nie pamiętam już dokładnie w którym to było miesiącu. Ważne, że zapowiadał się piękny dzień. Pierwsze promienie słońca, zaczęły leniwie wpełzać do mieszkania przez rozchylone lekko pionowe żaluzje. Wstałem z łóżka w całkiem dobrym nastroju, co jest u mnie raczej rzadko spotykane. Podreptałem do kuchni bacząc, by nie obudzić małżonki która po dość męczącym wieczorze, smacznie sobie spała. Otworzyłem okno i z zaciekawieniem spojrzałem na parking przed blokiem.
Od razu uśmiech zagościł na mojej twarzy, bo nic mnie tak nie nastraja, jak poranek który łaskocze duszę wesołymi promieniami słońca i świeżym tchnieniem znad budzących się łąk. Dzień zapowiadał się naprawdę cudownie.
Poprzedniego dnia, zadzwonił Kolega Miras z propozycją wspólnego wypadu na ryby. Byliśmy umówieni, więc ochoczo zacząłem przygotowywać wszystko, co zazwyczaj zabieram nad wodę. Uwinąłem się w pół godziny, po cichutku zamknąłem za sobą drzwi, wytaszczyłem graty na parking i z bananem na twarzy zapakowałem wszystko do mojego dziwnego pojazdu. Okularki na nos, rączki na kierownicę i……. „w drogę, w drogę miły bracie! Tam przygoda czeka na cię!” Kochani! Jak ja się czuję w takich chwilach?! Wszechogarniająca euforia, eksplodująca radość, obezwładniające szczęście, czyli to, co tygrysy lubią najbardziej: wolność, wolność i jeszcze raz wolność. Zasuwałem więc taki rozradowany moim wehikułem i uśmiechałem się do wszystkich mijanych kierowców, machając do nich co czas jakiś, a oni odwzajemniali moje pozdrowienie z miną zdającą się mówić:
- Coś ty taki szczęśliwy?...... Czy my się znamy?
Słońce już się nieco podniosło i świat nabierał barw. Jeszcze chwila i już po jakichś dziesięciu minutach byłem u Mirasa pod domem. Że jestem u niego stałym bywalcem, otworzyłem sobie bramę , wjechałem na podwórko i zamaszystym ruchem zadziałałem na klakson. Uczyniłem to z taką energią, że aż pękła osłona na kierownicy i przycisk klaksonu wystrzelił w powietrze, ukazując sprężyny. Sygnał eksplodował przerywając poranną ciszę. Zaczekałem chwilę, ale o dziwo nic się nie stało. Wygramoliłem się z auta i po metalowych schodkach wdrapałem się do drzwi. Dzwoniłem, wrzeszczałem, waliłem pięściami. Trwało to może ze dwie minuty, aż w końcu za drzwiami dało się wyczuć jakiś ruch. Drzwi otworzyły się, a w progu ujrzałem wstrząsające zjawisko. Miras stał z wzrokiem nieprzytomnie wbitym w moją pierś i mamrotał coś pod nosem:
- Aaa …… no……. Cześć….. to nooo… tego…… dobra.
Nie mogłem zrozumieć co bełkocze. No i tak sobie dalej stał i coś paplał bez składu. Był ubrany w podkoszulek, na nogach miał klapki z mikrogumy i spodnie dresowe a’la straż pożarna. Włosy miał rozkopane jak stóg siana po huraganie, na twarzy kilkudniowy zarost i przekrwione oczy. Od razu stanął mi przed oczami Ferdek Kiepski, naczelny bezrobotny czwartej Rzeczy Pospolitej. Ten widok zwalał z nóg. Wybuchnąłem śmiechem i zapytałem:
-Miras, skąd ty się urwałeś? Z choinki? Na ryby mieliśmy jechać! A ty jesteś chyba wczorajszy jak widzę!
Miras zerknął na mnie badawczo i chyba mu się coś przypomniało, bo w końcu zaskoczył:
-A…. No właśnie….. Na ryby….. Coś mi się przypomina. Tak ,tak , właśnie na ryby. Czekaj…. Zaraz. No wejdź do środka, nie stój tak. Grażyna kawkę zrobi… no chodź, bo śniadanie jakie muszę …...no.
W tym momencie wesołość mnie opuściła. Obrażonym głosem oznajmiłem:
-Ty wiesz co? Tobie się potentegowało. Nigdzie nie idę na żadną kawę! Miałem jechać na ryby, to jadę. Komórkę mam, ty też masz. Wiesz gdzie mnie szukać, jak co, to dzwoń.
Miras stał bez słowa, a ja trzasnąłem drzwiami mojego wiernego Tikacza i z piskiem opon pojechałem w wiadomym kierunku. Myślałem zły jak osa:
-No co za człowiek jak pragnę zdrowia?! Wie, że jestem punktualny jak się umawiam, a ten zapomina że miał jechać nad wodę! No nie mogę!
Tak zdenerwowany, złorzecząc na czym świat stoi jechałem dalej. Przejechałem może z dziesięć kilometrów i zacząłem zjeżdżać z góry. W tym miejscu zazwyczaj puszczam wodze fantazji, bo górka niezła i fajne esy floresy aż na sam dół. Byłem chyba już prawie na dole gdy nagle….. Jak coś nie trzaśnie! Łoskot był tak głośny, że mi serce stanęło! Przemknęło mi przez myśl, że koło odpadło. Autem zarzuciło niebezpiecznie, a warkot silnika zagłuszył przeciągły pisk opon, przerywany głośnym gruchotaniem. Auto szło bokiem, tylnymi kołami szorując pobocze. Kręciłem kierownicą starając się wyjść z poślizgu. Szybkie ruchy kółkiem w jakiś sposób odniosły skutek bo już prawie udało mi się wyprostować tor jazdy. Teraz sprzęgło, hamulec….. Hamulec! Boże! Nie ma hamulca! Auto wciąż samoczynnie dążyło do poślizgu niekontrolowanymi skokami. Jeszcze raz udało się wyprostować i już byłem u podnóża wzniesienia. Kiedy wytraciłem szybkość,
zredukowałem bieg do dwójki i wyhamowałem silnikiem. W końcu Tico się zatrzymało. Wyłączyłem zapłon.
Nastała cisza jak makiem zasiał. Taką ciszę znają tylko faraonowie we wnętrzu nieodkrytych jeszcze grobowców. Wszystko wokół trwało w bezruchu jakby czas się zatrzymał. Drżąc na całym ciele, wysiadłem z auta. Paraliż świata trwał. Powoli obszedłem Tico dookoła i ze zdumieniem stwierdziłem, że wszystkie cztery koła są na swoim miejscu. Dopiero po dokładniejszych oględzinach zauważyłem, że spod lewego, tylnego koła wycieka płyn hamulcowy. Nie mogłem się nawet domyślać jaka jest tego przyczyna, bo całkiem niedawno wymieniałem kompleksowo bębny hamulcowe, szczeki, tłoczki i wszystko co jest w kołach włącznie z łożyskami. Otrząsnąwszy się z letargu, zabrałem się do usuwania awarii. Wyjąłem hydrauliczny lewarek, poluzowałem śruby w kole, podniosłem auto i zdjąłem koło. Musiałem też zdjąć bęben hamulcowy. Ledwie zdążyłem wyciągnąć nogi spod auta żeby sięgnąć po młotek, kiedy całe ustrojstwo wydało dziwny dźwięk i ….. Bum! Lewarek przebił podłogę i Tkacz rymnął na asfalt. No cóż było robić? Udałem się do pobliskiego gospodarstwa i poprosiłem o kawał drąga. Używając tego narzędzia uniosłem lekko samochód i jedną nogą podsunąłem koło zapasowe pod zawieszenie. Przełożyłem odzyskany lewarek i jeszcze raz podniosłem wehikuł. W bębnie hamulcowym wszystko było pokruszone, a z części które zazwyczaj w nim są umiejscowione, pozostało trochę drobno zmielonych paprochów. Część po której ślizgają się szczęki, była kompletnie połamana. Dziś tłumaczę to faktem, że prawdopodobnie okładzina szczęk odspoiwszy się od jednej z nich, zablokowała bęben i spowodowała demolkę wszystkich tych części. Koło się zablokowało i spowodowało poślizg. No i co z takim fantem można w pojedynkę zrobić na drodze? Jak wracać do domu bez hamulców? Olśniło mnie! Kombinerkami obciąłem przewód hamulcowy od feralnego koła i za pomocą młotka zaklepałem jego koniec przykładając do elementów zawieszenia. Zagiąłem jeszcze raz kombinerkami i zaklepałem ponownie. To uszczelnienie wystarczyło, by odzyskać siłę hamowania w trzech pozostałych kołach. Usunąłem miazgę z bębna, wytarłem wszystko dokładnie, poskładałem do kupy i opuściłem auto z lewarka. Wszystko zajęło mi może czterdzieści minut.
Skoro odzyskałem hamulce na trzech kołach, postanowiłem nie wracać do domu. Trzasnąwszy drzwiami pojechałem dalej. Jechałem może jakieś dwie minuty, kiedy w nosie coś zaczęło mi wiercić. Wdychałem powietrze usiłując sobie przypomnieć, skąd ja znam ten zapach. No i znów olśnienie! To płyn do spryskiwaczy. Zatrzymałem się na poboczu i szukałem miejsca, gdzie nastąpił wyciek. Po chwili zlokalizowałem uszkodzenie. Nad pedałami, pod kolumną kierownicy, zwisał swobodnie przewód, z którego ciurkiem sączył się płyn. Kiedy tańczyłem na drodze, musiałem tak wierzgać nogami, że wyrwałem przewód i uszkodziłem złączkę. Poszukałem więc kawałka drewna, za pomocą scyzoryka ze skrzynki wędkarskiej zaostrzyłem jego koniec i wbiłem go w końcówkę przewodu, zaślepiając w ten sposób otwór i zamykając wyciek płynu. Teraz, wnerwiony już dość poważnie, zasiadłem za kierownicą. Zasiadłem….. ale przy okazji zahaczyłem rękawem o uszkodzoną pokrywę klaksonu, która teraz rozpadła się całkowicie, a klakson zaczął wyć przeraźliwie. Wył i nie przestawał. Odgiąłem więc styki na kierownicy i uciszyłem łobuza. No taki pech! Ale w końcu miałem cel, by znaleźć się jak najszybciej nad wodą, więc pojechałem dalej.
Reszta trasy upłynęła już spokojnie i bez dalszych problemów dotarłem na miejsce. Zacząłem się rozpakowywać. Przy tej okazji zajrzałem na tył samochodu. O zgrozo! Wszystkie robaki rozlazły się po siedzeniach i podłodze. W trakcie zdarzeń na drodze, torba z przynętami przewróciła się a worek z zanętą dopełnił spustoszenia gniotąc opakowania z robalami, przez co odzyskały wolność. No nic - pozbierałem wszystko i zaniosłem sprzęt na łowisko. Byłem tak wściekły, że nie potrafiłem uzbroić zestawów. Ręce mi się trzęsły, ale wreszcie udało mi się jakoś dokonać zbrojenia. Na jeden hak założyłem pęk czerwonych, kopanych robaków, a na drugi powędrowała moja tajna broń czyli specjalnie sfermentowana, gotowana kukurydza i tradycyjne trzy białe robaki. Zaaplikowałem pod upatrzoną kępkę krzaczorów dwie rakietki spec-zanęty i plums…… plums…… zestawy umieściłem w żądanym miejscu.
Aaaaaaaaaa - jeszcze rejestr wypełniłem. Dobrze, że mi się w ogóle o nim przypomniało, bo z pewnością był to pechowy dzień i trzeba się było liczyć z wizytą jakiegoś nawiedzonego kanara któremu na próżno by było tłumaczyć, że bywają sytuacje, kiedy można zapomnieć o buchalterii. Wypełniłem więc papiery, otworzyłem browara i zadowolony z siebie zasiadłem w fotelu. Tak sobie siedziałem i pochłaniałem uspokajający widok srebrnych iskierek skaczących po wodzie, gdy usłyszałem znajomy odgłos. To Kolega Miras zbliżał się nieuchronnie swoim białym Golfem kombi. Łupnął drzwiami od auta i zawołał ze skarpy:
-Te! Mirek! Co żeś się niecnoto taki naburmuszony urwał? Bierze co w ogóle?
Ze stoickim spokojem odparłem:
-Nie. Nic nie dyga.
A na to Kolega Miras, z właściwą dla siebie powściągliwością rzucił:
-Ty! Ale musiał któryś wariat kręcić młynki z tej górki za kościołem! Mówię ci, taaaakie czarne pasy na szosie, a pokręcone!!!Cholera! No ale złomu nie było kurka widać, tylko na dole jakaś plama była. Musieli odholować…..
-Eee, nic nie widziałem,- odparowałem.
Miras rozkładał sprzęt, a ja popijałem piwko. Nagle poczułem wibrację w kieszeni. Wysupłałem telefon i odebrałem połączenie. W słuchawce usłyszałem moją żoneczkę, która pytała:
-Halo. Jak tam? Miejscówkę miałeś wolną?
Odparłem spokojnie:
-Jasne, ale nic się nie rusza w tej wodzie…….
Wtym samym momencie swinger jak nie wyrżnie w kij, aż się echo poniosło. Telefon wypadł mi z rąk a ja poderwałem się do kija. Nie zdążyłem zareagować, a swinger opadł bezwładnie. Chciałem usiąść z powrotem, ale znów nastąpiło uderzenie. Żyłka zaczęła się wywijać ze szpuli z głośnym terkotem. Miras już bez właściwej dla siebie powściągliwości krzyknął:
-Zacinaj! Mirek zacinaj na litość boską!
Już byłem przy kiju…. Już złapałem za uchwyt i……….. Spokojnie uniosłem kij jedną ręką, podkręcając jednocześnie hamulec. Miras patrzył na mnie jak zaczarowany. Spokojnie poprawiłem chwyt. Po akcji wędziska widać było, że mamy do czynienia z niezłym u-bott’em! Kilka ruchów korbką, pompa , znowu podciągnięcie, a ryba raz w lewo, raz w prawo i znów wprost na kij. Usiłowałem nie dopuścić do luzowania, bo haczyk był raczej niewielki. Znów pompa, i znów od kija! I tak w kółko. Miras stał jak posąg i obserwował, a ja to podprowadzałem zdobycz, to pozwalałem jej odchodzić. Wreszcie, po niezłej jeździe podprowadziłem smoka do brzegu. No ale jak to zwykle bywa w takich przypadkach, podbierak okazał się być poskładany, więc krzyknąłem:
-Miro! Podbierak rozłóż! W pokrowcu jest! W środkowej kabzie!
Miras skoczył jak oparzony, a ja, na sztywnym kiju, w pobliżu brzegu, trzymałem smoka na haczyku. Prosiłem rybę:
- Spokojnie…. Nie rzucaj mi się tu teraz!
Mirek dopadł do mnie z okrzykiem:
-Mam! Mam! Już …...podciągnij!
Już po chwili mieliśmy ładne lądowanie. Naszym oczom ukazał się piękny amur. Rozłożyliśmy na trawie mokrą derkę i ułożyliśmy na niej rybę. Zawinęliśmy ją derką, by mieć pewniejszy uchwyt i by ryba się nie poobijała. Mirek przyniósł miarkę i dokonaliśmy wymiarowania.
Mirek spojrzał na mnie, a ja na niego i w jednym momencie wyrecytowaliśmy :
- OSIEM… DZIESIĄT!
W tym miejscu następuje przerwa, ponieważ zgodnie z moją zasadą, że każdy ma swój rozum, postanowiłem zrobić z rybą to, co właśnie zrobiłem, a pozostanie to moją słodką tajemnicą. Ważne, że do końca dnia udało się jeszcze dokonać lądowania ładnego karpia, ślicznego lina, a Kolega Miras, dla urozmaicenia repertuaru, wytargał szczupaczka jeśli pamiętam siedemdziesięciocentymetrowego i dwa leszki koło pięćdziesiątki.
Do dzisiejszego dnia, Kolega Miras nie ma pojęcia, co się działo zanim przybyliśmy nad wodę. No chyba, że przeczyta moje opowiadanie. No ale przyznacie mi chyba rację, że ten amur musiał być nagrodą od sił wyższych, rządzących tym padołem łez. Ten hol, wynagrodził mi wszystkie pechowe wydarzenia dnia. Nie muszę chyba opowiadać, co działo się wieczorem u Kolegi Mirasa. Ważne, że i my i nasze żoneczki, mieliśmy niezły ubaw, kiedy śpiewaliśmy przy gitarze:
-”Hej Samantha! Hej Samantha,
Kiedy wiatr ci gra na wantach,
Gdy rysujesz wody taflę
Moje serce masz pod gaflem”…
Kończąc, życzę Wam wszystkim zachowania zimnej krwi w każdej sytuacji, bo gdy odzywa się zew natury, to niechybny znak, że czeka na nas taaaaaaaaaka ryba. Połamcie kije.

W.K - freeghost

Opinie (13)

użytkownik

I znów to samo, pały bez komentarza. Ech... głupich nie sieją, rodzą się sami. [2012-03-16 12:32]

jacenty75

Wiem, że to niestety jedynie "walka z wiatrakami" ale odemnie dla równowagi 5*****. Przeczytałem, podobało mi się więc dlaczego nie? Pozdrawiam i gratuluje autorowi "lekkiego pióra". [2012-03-16 14:23]

ryukon1975

Pięć. 5***** [2012-03-16 18:03]

manix123

Rybki ,samochód,piwo kolega po imprezie coś tu nie rozumiem pała [2012-03-17 19:23]

sapek

A sie uśmiałem, też kiedyś Tikaczem jeździłem i też mi się kiedyś okładziny do bębna przykleiły, dojechałem na 3ch kołach prawie do warsztatu :) A rybek, jak zwykle, tylko pogratulować :) Jutro moja pierwsza wiosenna wyprawa, zobaczymy co dzień przyniesie. [2012-03-17 20:31]

Zander51

Od czasu pierwszego czytania tego tekstu, co dostrzegłem Tikacza ( a rzadki to już widok ), to mimochodem patrzyłem mu na buciory...Dyrektorka jednej ze szkół miała Tico i chyba czytała ten tekst, bo jeździ już Fiatem Punto. [2012-03-18 07:09]

użytkownik

GHOSTMIR :D Jakże sie cieszę, że wróciłeś ;) Liczę na to, że wszystkie twoje wpisy pojawią się na nowo i będę mógł znów je czytać ;) [2012-03-18 10:43]

użytkownik

Kolego manix123 skąd wysnułeś podobne wnioski? Po jakiej imprezie niby ja byłem? Czy meczący wieczór z małżonką musi oznaczać chlanie? Może dla ciebie tak, ale ja z żonką mam wiele ciekawych rzeczy do robienia wieczorem i chlać nie musimy - tobie radzę to samo, bo takie małżeńskie chlanie źle się odbija na rodzinie. Po drugie samochód i piwo nie muszą się wcale gryźć ze sobą. Wszystko jest dla ludzi i trzeba wiedzieć na co sobie można pozwolić. Ja tobie radzę w tej materii uważać, bo widzę, że mnie mierzysz swoją miarą. Nie pij więcej i nie siadaj za kółko, a komentarz jeśli chcesz zostawić, to napisz coś mądrego. Pałę przyjmuję z uśmiechem, bo otrzymanie pały od podobnego pacjenta może wywołać jedynie uśmiech... politowania. [2012-03-18 11:24]

manix123

Prawda w oczy kole! [2012-03-21 11:48]

Roxola

Bardzo ciekawie piszesz, wszystkie Twoje opisy przygód są bardzo dobre. Mam prośbę... nie reaguj na wpisy które nie komentują tego co napisałeś, gwiazdki również są bez sensu. Ocena nie polega na tym, aby kliknąć na gwiazdkę. Ale przyznam..., Twój komentarz również jest inny jak niektóre :) I tak trzymaj. Pozdrawiam i zostawiam ***** [2012-03-22 00:45]

użytkownik

Manix123 - twój atrybut to skopany beret - no comment. Poszukaj sobie równego intelektualistę biedny człowieczku. Połamania życzę. [2012-03-22 05:50]

camelot

Za ten artykuł redakcja powinna Ci sprezentować nowy samochód ! - Póki co - nie widziałem go nawet chyba na pierwszej stronie ? - Pewnie szanowni moderatorzy mają tajemny układ z pałkarzami ? Chyba, że przeoczyłem ? Pozdrawiam serdecznie ! ***** [2012-04-20 01:21]

PM

Haha, dobry tekst :) z tym tikaczem niezłe przygody miałeś. Po takich problemach to mogą człowieka uratować przed kur**cą tylko rybki, spokój i zimne piwko. Gratuluję chłodnego umysłu, luzu i dobrego "pióra". Ode mnie 5. [2012-06-11 13:08]

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za komentarze Internautów.

Czytaj więcej