Złoty Karaś na parceli – Alburnus Team w Międzyrzecu Podlaskim

/ 1 komentarzy / 6 zdjęć


Maraton wędkarski w Międzyrzecu Podlaskim odkryliśmy w ubiegłym roku. Pierwszy start naszej drużyny zakończył się 7 miejscem przy wyniku około 20 kg. Wówczas w naszych siatkach dominowała drobna płoć, okoń, wzdręga, ukleja, mały leszczyk. Ryby powyżej 15 cm. można by policzyć na palcach. Wąska zarośnięta zatoczka, w której przyszło nam wtedy wędkować okazała się nie być specjalnie reprezentatywną, więc i wyciągnięte po starcie wnioski i przygotowana na 2011 rok taktyka i zanęta nie były specjalnie trafione. Ale cóż – my wędkarze uczymy się całe życie.

Drogę z Kielc do Międzyrzeca pokonaliśmy szybciej, niż przewidywaliśmy niesieni nadzieją na dobry wynik.. W myśl tworzącej się nowej świeckiej tradycji Michał w tym samym sklepie co rok wcześniej zakupił lalkę dla córy, zgrzewkę napoju na bazie wody i pewnej popularnej rośliny dla teamu i udaliśmy się w miejsce zbiorki – do stanicy przy ul. Zahajkowskiej na kawę i przygotowane przez organizatorów śniadanko.
Do losowania zostało oddelegowane etatowe dziecko szczęścia (sam wiekopomny moment wyciągania numerka 27 uwieczniono na zdjęciu).
Na samej „parceli” ( ta zasłyszana podczas losowania nazwa stanowiska bardzo przypadła nam do gustu:)) czekała mnie niespodzianka – poznałem wędkarza z portalu, z którym korespondowałem przed zawodami. Andrzej (amusz) jako stały bywalec łowiska i jeden z organizatorów udzielił nam kilku cennych wskazówek, a później w znacznym stopniu przyczynił się do powstania tego wpisu użyczając zdjęć, za które jeszcze raz serdecznie dziękuję.
Po przygotowaniu zanęty, jokersa, rozłożeniu zestawów i wygruntowaniu łowiska czekaliśmy niecierpliwie na rozpoczęcie zawodów. Janusz wybrał miejsce na skraju po prawej stronie i jak się okazało miał nosa, bo tylko u niego ryba była praktycznie cały czas w łowisku. Ja z Michałem nęciłem pod bata na 10 metrze za pasem trzcin, licząc na to, że łowiąc w tym samym miejscu skupimy drobną rybę nie pozwalając jej się rozproszyć po rozległym stanowisku. Pierwsze rzuty i pierwsze drobne ryby: słonecznice – pod ochroną, ukleje – nie klasyfikowane, wzdręgi – mocno niewymiarowe, a po przegruntowaniu okoniki też oczywiście bez wymiaru. Od czasu do czasu płotka 7 – 10 centymetrów. Już po godzinie szczęki nam opadły. Spadł również deszcz, który z krótkimi przerwami towarzyszył uczestnikom prawie do końca imprezy. Zarzucone z boku gruntówki darzyły sporadycznie żałośnie małym leszczykiem.
Z utęsknieniem wyglądaliśmy słońca i w końcu około 15 to ukazało się, ale o dziwo nie zza ciężkich chmur okrywających niebo nad międzyrzecką żwirownią, a z głębi wody! Chwilę przed tym spławik na moim zestawie lekko się wynurzył i po zacięciu zaczął uciekać wgłąb zbiornika. Ryba sprawdzała wytrzymałość 0,07 przyponu i elastyczność cienkiej szczytówki w 7 metrowym Temptationie. Po trzech, czterech odjazdach złoty dysk znalazł się w świetle obręczy trzymanego przez Michała podbieraka i mieliśmy wreszcie „słońce” w rękach. Piękny złocisty karaś ucieszył nas niezmiernie, zwłaszcza że organizatorzy maratonu corocznie fundują nagrodę dla łowcy największego okazu tego gatunku (było nie było patrona Koła w Międzyrzecu Podlaskim). Przy wieczornym ważeniu okazało się, że rybka waży 620g. więc nadzieje na zwycięstwo w tej klasyfikacji były jak najbardziej uzasadnione.
Wieczór powitał nas, a jakże - deszczem i zgrają komarów, którym ulewa zdawała się wcale nie przeszkadzać. Michał próbował łowić jeszcze pełnym zestawem ze świetlikiem, ale po kilku nie punktowanych wzdręgach i dwóch małych płotkach wydłubanych przez pół godziny, w końcu się poddał i podobnie jak reszta drużyny przeszedł na pikery. W nocy oprócz dudnienia deszczu i brzęczenia komarów słychać było tylko sygnalizatory przy wędkach Janusza, który złowił w sumie kilkanaście leszczy po 200 do 500 g. U nas robaki na hakach nawet nie tknięte. Michał spał, ja przerzucałem – bez żadnych efektów, Janusz łowił. Chyba trafił w noclegownię. Około 3 nad ranem u Janusza na chwilę „stanęło”. Za to u mnie kilka brań i wreszcie mam trzy leszczyki i płotkę. Budzę Michała – on też zaczyna punktować. U mnie znowu plaża. Do dziewiątej doławiam z gruntu tylko jedną zabłąkaną żyletkę. Zdesperowany Michał zarzuca w łowisko Janusza ryzykując splątanie zestawów i to opłaca się, bo od czasu do czasu wyciąga leszczyka. Nie udaje mu się niestety przechytrzyć największego, który spina się w trzcinach przy brzegu. Jeszcze walczymy, mając jednak świadomość, że to wszystko za mało, by myśleć o przyzwoitej lokacie. Deszcz przestał padać i suszymy przemoczone ubrania, torby i pokrowce. Cisza przed burzą? Oczywiście! O 11, na godzinę przed zakończeniem łowienia przetacza się nad nami nawałnica mocząc doszczętnie wszystko i wszystkich. Nawet solidna wiata na terenie ośrodka żeglarskiego nie daje schronienia. Wiatr jest na tyle mocny, że wyrywa jeden z parasoli (wbity jak zwykle solidnie w ziemię gumowym młotkiem) i ciska go w toń jeziora. Po dwudziestu minutach równie nagle jak się pojawiła burza mija i znów zaczyna dogrzewać słońce. W samo południe koniec łowienia. Składamy przemoczony majdan pokornie czekając na ostateczne upokorzenie – komisję wagową. Janusz jako jedyny uratował twarz – ma w sumie osiem kilo, Michał cztery i pół, ja trzy... Pocieszamy się, że z pustego to i Salomon nie naleje, ale żyłka zawodnicza bierze górę i widać rozczarowanie na markotnych twarzach. Po zjedzonym w restauracji obok biura zawodów obiedzie, przed ogłoszeniem nieoficjalnych wyników mamy informację od Andrzeja, że mój karaś jest największy w swoim gatunku. Chociaż tyle. Drużynowo jesteśmy oczywiście w du...(żym odwrocie). Nieoficjalne wyniki i kolejna niespodzianka – jestem indywidualnie na 3 miejscu, Janusz na 6. Trzy nagrody na przegranych zawodach ? Chyba nie jest źle. Później już tylko wręczenie pucharów, dyplomów i nagród. Losowanie łódki... Nie, tego farta by było za wiele. Zakończenie zawodów i długa droga do domu.
I wreszcie odpoczynek w suchym łóżeczku. Piję ciepłą herbatę wspominając deszcz, komary, błoto, nawałnicę, tonący parasol, przemoczone ciuchy, żałosny wynik wagowy i obiecuję sobie, że za żadne skarby nie wybiorę się już na wędkarski maraton.
Przynajmniej przez najbliższe pięć... dni. A w sobotę hajda panowie szlachta do Nielisza!

Dobranoc.

WYNIKI XII MARATONU WĘDKARSKIEGO W MIĘDZYRZECU PODLASKIM


Klasyfikacja drużynowa – wystartowało 29 drużyn:

1. STIHL ........................................................29530 pkt
2. PZW Amur Radzyń Podlaski...................26740 pkt.
3. PZW Pocztowiec II Biała Podlaska..........22290 pkt.
4. WKS San Przemyśl .....................................22240 pkt.
5. PZW Złoty Karaś I Międzyrzec Podlaski....21340 pkt.
6. PZW Pocztowiec I Biała Podlaska .............19560 pkt.
10. Alburnus Team Kielce.............................. 15730 pkt.
jak ja nie lubię wpisywać nas pod kreską ;)


Klasyfikacja indywidualna (największa ryba) – 87 zawodników:

1. Michał Dąbrowski z Parczewa - szczupak 2400g.
2. Andrzej Łętek z Sędziszowa Małopolskiego - karp 1050g.
3. Artur Mikołajczyk z Kielc - złoty karaś 620g.
4. Radosław Kopeć z Łukowa - leszcz 580g.
5. Marcin Kiryło z Łukowa - leszcz 560g.
6. Paweł Grzegorzewski z Przemyśla - leszcz 510g.
6. Janusz Świat z Kielc - leszcz 510g.

Największego „Złotego Karasia” złowił Artur Mikołajczyk z Kielc - 620g.

Ponadto uhonorowano najlepszą wśród pań Elżbietę Laszuk z Białej Podlaskiej, seniora zawodów Leszka Rączkę z Radzynia Podlaskiego i najmłodszego uczestnika maratonu Michała Janusiewicza.

Wszystkim w imieniu Alburnus Team Kielce serdecznie gratuluję.

Pełne wyniki i więcej informacji o zawodach na stronie organizatora – Koła PZW Złoty Karaś w Międzyrzecu Podlaskim - http://www.zlotykaras.pl/web/index.php?option=com_content&task=view&id=52&Itemid=1

 


4.8
Oceń
(18 głosów)

 

Złoty Karaś na parceli – Alburnus Team w Międzyrzecu Podlaskim - opinie i komentarze

PiciuPiciu
0
Bardzo dobry opis, a co do wyniku to za rok będzie lepszy. Ode mnie *****
(2011-08-03 09:18)

skomentuj ten artykuł