Reklama
  • bogly442009-03-08 15:57:54

    Wrześniowej niedzieli rok chyba był 2001 lub 2002, postanowiliśmy ze szwagrem zrobić kolejny wieczorny wypad na sandacza,dołączył do nas jeszcze kolega Marcin.Szwagier właśnie kupil Honde do swej motorówki także wiadomo było kto prowadzi i czyim sprzętem płyniemy.Łowiskiem naszym z racji tego że mieszkamy blisko, jest Odra poniżej Szczecina i Jez.Dąbie.Postaniwiliśmy,ze płyniemy na Odre "przeorać" wszystkie spady,rynny i wszelakie doły.Wypłynęliśmy około godz.16 tej,pogoda była wspaniała,cieplo,pochmurno,lekki wiatr chyba z zachodu.Niestety tylko pogoda dopisywała,biczowaliśmy wode gumami ,blachami ale żadnego sandacza nie było.Zrobiło się ciemniej,zmrok szybko zapadał,godzina była chyba 20,postanowiliśmy,że wracamy,dalej nie ma sensu rzucać.Przepłyneliśmy tor wodny,wpłynęlismy na Odre Wietline,tak nazywa się część rzeki przedzielona wyspą,w naszych rejonach nazywa sie ona "starą Odrą".Z rarcji tego ,że było juz ciemno,plyneliśmy na wolnych obrotach silnika,wiadomo,aby w cos plywajacego nie walnąć.Nagle slyszymy odglosy,cos jakby ktoś wrzucał ogromne kamienie do wody,plus jakby jaki,pierwsze co to jakaś ryba poluje,chyba sum...Natychmiast złożyliśmy wędki,no i biczujemy.Ja założyłem kopyto Relaxa,niebieski grzebiet z białym brzuchem na glowke 16 gr.z czarnym hakiem.Po kilku rzutach czuje na kilu ,że cos "siedzi",wali niesamowicie,krzycze(!!!) mam,mam,siedzi coś.Szwagier i kolega natychmiast zwinęli swoje sprzety i patrza co sie bedzie działo.Krzycze"dawaj podbierak" szwagier na to "kur...mać na przystani został",mówi do mnie "trzymaj" go ,ja już zdążyłem popuścić hamulec,bo widze,że nie przelewki,odjazdy to na wode to do brzegu(było chyba ze 30 m),w końcu stanowczy "odjazd w brzeg".Co wtedy myslalem?Sum.Jednak zastanawiało mnie dlaczego ryba ciągnie do brzegu w liście grążela,ale coż,pewnie do kryjówki,krzycze "idzie do brzegu,podnoś silnik".Silnik podniesli by nie daj Bóg zaplatała sie żyłka w śrube,szwagier z kolegą chwycili wiosła i pomagają łodzi płynąć do brzegu.Zyłki miałem ok.100 metrów ale palcem czułem prawie koniec(ostatnie zwoje),tymczasem ryba nie odpuszczała.Przeszła grążele,i cały czas ciągnie łodż wpomagana wiosłami.Pamiętam ,że brzeg był porośniety wierzbą,czuliśmy wszyscy witki na twarzach,ryba "szła" wzdłuż brzegu,w końcu odpuściła i wypłynęła znowu na otwarta wode.Było ciemno jak w przysłowiowej murzynskiej du...
    Ja sie tylko modlilem aby żyłka nie strzeliła,w końcu jakoś udało mi sie "podprowadzić rybe pod łódź,szwagier zdecydował,że podbierze rybe rękoma,"dawaj,dawaj,już prawie go mam" krzyczy,ja krzyczę "kur...tylko nie za żyłke",nagle odwraca się do mnie i krzyczy(nigdy tego nie zapomne)"Bogdan,SUM!!kur....jaki duży , dawaj jeszcze raz,złapie go pod paszcze",za następnym razem udało się, "sum" leżał a właściwie stał skulony na dnie łodzi.Szwagier z kolegą widząc co sie dzieje,wskoczyli na pokład dziobowy,ja usłyszałem" złapałeś go to go bierz".Stałem oniemiały widząc jeszcze bardziej od nas przerażonego.....bobra...,stał skulony drżąc ze strachu,w ogonie miał wbity mój hak....Natychmiast przypomniałem sobie scene z filmu z dzieciństwa"Niedzwiedz pana Adamsa",jak to bobra niósł trzymając go za ogon.Chwyciłem bobra ręką za ogon,on rozpostarł nogi szeroko,w ciemościach widziałem jego duże pazury,szybko wyjąłem hak z ogona i wyrzuciłem za burte.Staliśmy kilka dobrych minut bez słowa,potem się zaczęło,śmiechy,drwiny,i żal,że nie było kamery.Szwagier został" sumem",kolega z racji ucieczki na pokład "odważnym" ,a ja "łowcą bobrów".I tak jest do dziś.
    Sprzęt: kij Yorka,270,c.w.20-60,żyłka Mikado Prima(polecam)30
    Ps.jak mnie szwagier wkurzy ,to mówię mu"ty najpierw naucz się odróżniać bobra od suma",wtedy sie "zamyka"
    z racji tego ,że szwagier jest "wytrawnym (i zarozumiałym) wędkarzem",nie podaję nawet jego inicjałow(ŻAL MI GO)....Pozdrawiam

  • jmpolice 2009-03-08 19:40:54

    ciekawa chistoryjka pozdrawiam.



Reklama
Reklama