Reklama
  • MłodyWronki2010-06-04 00:51:23

                Jest dzień 1 czerwca. Przypadkiem spotkałem mojego młodszego kolegę wędkarza. Korzystając z okazji oczywiście rozmawiamy o naszej wspólnej pasji. Nagle, nawet nie wiem skąd padła propozycja wspólnego wypadu na ryby. Umówiliśmy się na czwartek bo to przecież dzień wolny od pracy. Wstępnie postanowiliśmy jechać po obiedzie. Co i jak dokładnie mieliśmy dogadać telefonicznie.

     

                W końcu przyszedł ten dzień oczekiwany tak niecierpliwie. Wstaję ok. godziny 6.30. Jem śniadanie, ubieram garnitur i lecę w pośpiechu do kościoła. Tak się akurat złożyło, że była msza za moją niedawno zmarłą mamę. Po kościele czas zrobić obiad. I tak też było. Niestety kolega tak jak nie dzwonił tak nie zadzwonił.

     

                Jest godzina 14. Zaczęło się kombinowanie gdzie i z kim jednak wybrać się w ten dzień na ryby. W końcu przekonałem starszego brata na wspólny wypad nad małe jeziorko naszego znajomego. Niestety jednak nie doszło do tego wyjazdu.

     

                Zrezygnowany położyłem się do popołudniowej drzemki. I tak zleciało do godziny 16.30. Nagle budzi mnie telefon od Mateusza: „za 10 minut jestem po ciebie”. No ok. Nawet nie zdążyłem zapytać dlaczego tak późno dzwoni.

     

                No i przyjechał tak jak mówił. W pośpiechu zabrałem tylko spławikówkę i torbę z „akcesoriami”. Wsiadam w auto i jedziemy. W połowie drogi nad wodę zorientowaliśmy się, że nie mamy żadnej zanęty, a na przynętę jest tylko kukurydza z puszki. W sumie to się tym nie przejąłem, bo zawsze można miło spędzić czas nad wodą. Jednak nie nastawiałem się optymistycznie na to, że coś złapiemy.

     

                No i w końcu jesteśmy na łowisku. Przejście od samochodu do stanowiska zajęło nam jakieś 20 minut. Dawno nie przechodziłem w tak ekstremalnych warunkach. Ale udało się dojść cało i „sucho”.

    Jest godzina 18 i w tym Momocie spławiki lądują do wody. Siedliśmy blisko siebie, raczej nastawieni bardziej na rozmowę, niż na ryby. No i tak sobie rozmawiamy o tym i o tamtym.

    Tak zleciało ok. 30 minut. Aż w końcu jest pierwsze branie. Zacinam i jest ok. 20cm płoć. Delikatnie odhaczam i do wody. W sumie to już stwierdziliśmy, że trafiliśmy na totalne bezrybie. Jednak w niczym to nie przeszkadza. Jesteśmy wędkarzami typu „lepiej siedzieć i odpoczywać nad wodą , niż w domu przed durną telewizją”.  Siedzimy i siedzimy, gadamy i gadamy aż tu nagle moje drugie branie. Zacinam i czuję, że to coś „lepszego”. Nawet delikatnie zaczęła się wysuwać moja 16 z kołowrotka. Mateusz za podbierak się bierze i po chwili mamy na brzegu ładnego lina. Hmm… W tym momencie nasza rozmowa ustała i zaczęło się wędkowanie. Siedzimy wpatrzeni w te spławiki I co jakiś czas coś się dzieje. Po pewnym czasie udaje mi się znów wyholować linka. Była już 20. No ale nie można być egoistą, więc padają słowa: „teraz twoja kolej i jedziemy” Niestety, albo raczej stety kolej znów padła na mnie. Zacinam. Jest. Czuje mocny opór. Żyłka wyjeżdża. Niestety przypon nie wytrzymał. Wiąże nowy haczyk, a Mateusz w końcu zacina. Jest 3 lin. No to jeszcze po jednym rzucie i lecimy. Ja już nic więcej nie złowiłem, ale kolega ma małego krąpia. Zwijamy wędki no i w drogę do domu. Sami nie wierzyliśmy w to co się stało. Złapaliśmy 3 liny z marszu. Nigdy takie coś mi się nie zdarzyło. Oby tak dalej rybki brały.

  • Sebastian Kowalczyk 2010-06-04 01:48:23

    „lepiej siedzieć i odpoczywać nad wodą , niż w domu przed durną telewizją”
    Dokładnie :)



Reklama
Reklama