Łowieniem rybek zaraził mnie mój wójek i dziadek, miałam moze 5 lat jak dostałam swoją pierwszą bambusową wędkę, z kołowrotkiem zrobionym ze szpuli do żyłki, spławik z piórka.... Pamiętam jak przy wyjazdach na wies szukało się gęsich piór, na spławiki. Trochę dziwne zajęcie dla blond dziewczynki z warkoczykami - ale jaka fajna przygoda! Jakoś ani mój brat, ani kuzynostwo nie miało zacięcia do tej zabawy, za to mnie wójek zabierał o 5 nad ranem na łódkę i uczył jak i gdzie szukać rybek :)) Byłam jedynym dzieckiem, które nie marudziło i w ciszy podzielało pasję najstarszych w rodzinie. Jednym z ulubionych łowisk mojego Taty i wójka były rozlewiska gdzies w okolicach Dominikowa, nie powiem gdzie, bo nie mam pojęcia - to było jakieś 30 lat temu. Tata i wójek w woderach szli na połowy, a ja zostawałam przy aucie ze swoją "cudowną" bambusówką, ciastem na rybki, które sama robiłam pod okiem wójka i tak przez kilka godzin bawiłam się w łowienie uklejek, płotek itp - oczywiście wszystkie wrzucając zpowrotem do wody. Nad tymi rozlewiskami pierwszy raz zobaczyłam liny, piekne ryby, widok ten pamiętam po dziś dzień. Uparłam się że je złowię. podsuwanie im przynęty pod "sam nos" nie dało żadnych efektów. Wójek stwierdził, że tej ryby tak łatwo się nie łowi, jeśli zobaczy mnie na brzegu, to nie weźmie, jeśli będzie widziała spławik i żyłkę - też nic z tego nie będzie. Kolejne wypady nad to miejsce - to moje podchody brzdąca w celu zlowienia tej pięknej rybki - nigdy mi się nie udało. Zawsze było to wyzwaniem i takim "czymś" w pamięci - że lin to niesamowicie inteligentna ryba i wyzwanie. Minęło wiele lat i wiele innych zajęć... oraz brak czasu na wędkowanie. Dopiero jakies 2 lata temu, przypadkiem zrobiłam kartę wędkarską. Zaraziłam hobby mojego małżonka. Od jakiegos roku wszystki weekendy spędamy nad wodą. Wczoraj wybraliśmy się na Gunicę, na okonki, płotki i uklejki. Tak na sportowo :)) Znudzona ciągłym wyciąganiem drobnicy, zarzuciłam gruncik z haczykiem "na rekiny" :)) Przypon z czarnej plecionki, czarny haczyk i rosówka. Padły 2 ładne okonie po 20 cm, potem bicia na szczytówce, ale tak jakby drobnica biła o żyłkę, be konkretnego brania. Zostawiłam gruncik w wodzie i bawiłam się spławikiem. Po jakiejś godzinie, zauważyłam, że szczytówka zaczyna inaczej pracować, lekkie bicia, jakby coś "próbowało" podjadać. Ponieważ haczyk był duży, stwierdziłam, że trzeba poczekać na dużą rybę... bicie, bicie i zacięcie. Po drugiej stronie okazało się że to piękny lin - 25 cm !!! mój pierwszy, nie nastawiałam się na tą rybkę, nie sądziłam że wogóle sa w tym miejscu. Cieszyłam się jak dziecko!
ja linki łowiłem na początku kwietnia były całkiem niezłe rezultaty niebyły to jakieś okazy ale trafiały się takie czterdziestki od 2 do 4 sztuk dziennie miedzy nimi trafiały się karasie całkiem przyzwoite nawet trafił się karpik moim zdaniem to niezłe wyniki jak na wiosenną zasiadkę .
Łowieniem rybek zaraził mnie mój wójek i dziadek, miałam moze 5 lat jak dostałam swoją pierwszą bambusową wędkę, z kołowrotkiem zrobionym ze szpuli do żyłki, spławik z piórka.... Pamiętam jak przy wyjazdach na wies szukało się gęsich piór, na spławiki. Trochę dziwne zajęcie dla blond dziewczynki z warkoczykami - ale jaka fajna przygoda! Jakoś ani mój brat, ani kuzynostwo nie miało zacięcia do tej zabawy, za to mnie wójek zabierał o 5 nad ranem na łódkę i uczył jak i gdzie szukać rybek :)) Byłam jedynym dzieckiem, które nie marudziło i w ciszy podzielało pasję najstarszych w rodzinie. Jednym z ulubionych łowisk mojego Taty i wójka były rozlewiska gdzies w okolicach Dominikowa, nie powiem gdzie, bo nie mam pojęcia - to było jakieś 30 lat temu. Tata i wójek w woderach szli na połowy, a ja zostawałam przy aucie ze swoją "cudowną" bambusówką, ciastem na rybki, które sama robiłam pod okiem wójka i tak przez kilka godzin bawiłam się w łowienie uklejek, płotek itp - oczywiście wszystkie wrzucając zpowrotem do wody. Nad tymi rozlewiskami pierwszy raz zobaczyłam liny, piekne ryby, widok ten pamiętam po dziś dzień. Uparłam się że je złowię. podsuwanie im przynęty pod "sam nos" nie dało żadnych efektów. Wójek stwierdził, że tej ryby tak łatwo się nie łowi, jeśli zobaczy mnie na brzegu, to nie weźmie, jeśli będzie widziała spławik i żyłkę - też nic z tego nie będzie. Kolejne wypady nad to miejsce - to moje podchody brzdąca w celu zlowienia tej pięknej rybki - nigdy mi się nie udało. Zawsze było to wyzwaniem i takim "czymś" w pamięci - że lin to niesamowicie inteligentna ryba i wyzwanie. Minęło wiele lat i wiele innych zajęć... oraz brak czasu na wędkowanie. Dopiero jakies 2 lata temu, przypadkiem zrobiłam kartę wędkarską. Zaraziłam hobby mojego małżonka. Od jakiegos roku wszystki weekendy spędamy nad wodą. Wczoraj wybraliśmy się na Gunicę, na okonki, płotki i uklejki. Tak na sportowo :)) Znudzona ciągłym wyciąganiem drobnicy, zarzuciłam gruncik z haczykiem "na rekiny" :)) Przypon z czarnej plecionki, czarny haczyk i rosówka. Padły 2 ładne okonie po 20 cm, potem bicia na szczytówce, ale tak jakby drobnica biła o żyłkę, be konkretnego brania. Zostawiłam gruncik w wodzie i bawiłam się spławikiem. Po jakiejś godzinie, zauważyłam, że szczytówka zaczyna inaczej pracować, lekkie bicia, jakby coś "próbowało" podjadać. Ponieważ haczyk był duży, stwierdziłam, że trzeba poczekać na dużą rybę... bicie, bicie i zacięcie. Po drugiej stronie okazało się że to piękny lin - 25 cm !!! mój pierwszy, nie nastawiałam się na tą rybkę, nie sądziłam że wogóle sa w tym miejscu. Cieszyłam się jak dziecko!
ja na lina wybieram się końcem kwietnia
ja linki łowiłem na początku kwietnia były całkiem niezłe rezultaty niebyły to jakieś okazy ale trafiały się takie czterdziestki od 2 do 4 sztuk dziennie miedzy nimi trafiały się karasie całkiem przyzwoite nawet trafił się karpik moim zdaniem to niezłe wyniki jak na wiosenną zasiadkę .