Idzie się do skarbnika i zgłasza chęci. Wypisuje on zaświadczeie o zdaniu egzaminu i kieruje dalej. Wspominając oczywiście by na temat przebiegu "egzaminu" z nikim nie rozmawiać. Płacić już nie trzeba przynajmniej nie we wszystkich okręgach. Tak wygląda wersja z zeszłego roku w jednym z kół. Jestem jej pewny w stu procentach. Oczywiście ile kół tyle możliwości, nikt tego nie kontroluje i nie panuje nad tym. Każda osoba funkcyjna odpowiadająca za to w danym kole zrobi to według siebie.
Jeśli ktoś próbuje ustalić jedną i nieomylną prawdę w tym temacie to czas cofnąć go do czasów przedszkola.
Ja zaś za napisanie tego trafię do piekła. Celę będę dzielił z wilkiem, tym od babci i czerwonego kapturka. Tylko mnie nie pytajcie co łączy egzamin na kartę wędkarską, piekło i te trzy postaci z ....
Pełna zgoda.
Egzamin w Kołach PZW to z mojego doświadczenia pełna fikcja.
A szkoda.
Jak już jest można przekazać trochę wiadomości prawnych dotyczących Amatorskiego Połowu Ryb.
Ale z drugiej strony, aby PZW mogła takie wiadomości przekazać sama musiałaby zacząć poprawnie stosować prawo dotyczące APR.
Witam. Proszę szanownych użytkowników o porady. Chcę na dniach przystąpić do egzaminu na kartę wędkarską i mam 2 pytania
1) Czy muszę uczyć się ostatecznie z Regulaminu Amatorskiego Połowu Ryb (RAPR) czy z czegoś innego? Bo wszędzie są sprzeczne informacje.
2) Jeśli mam uczyć się z RAPR to dlaczego tam nie ma (limity,wymiary) uwzględnionego np. Dorsza? (i sporo innych istniejących ryb) Rozumiem, że jeśli nie ma tam uwzględnionego Dorsza to mam się nim nie przejmować i nie zapamietywać limitów z nim związanych, itd? Tylko i wyłącznie gatunki ryb które są uwzględnione w RAPR?
P.S- Przepraszam za być może głupie pytania, ale jestem zielony. I tak, wiem, że wiele osób nazywa egzamin na kartę wędkarską farsą. Ale znając moje życiowe "szczęście" to pewnie akurat trafie na bardzo wymagającego egzaminatora/egzaminatorkę tak jak podczas zdawania egzaminu na prawo jazdy gdzie za każdym razem (są wybierani losowo) trafiałem na dwóch najbardziej wrednych egzaminatorów w moim WORD i podchodziłem 5 razy.
Z góry dziękuję za porady. Pozdrawiam.
Witam. Proszę szanownych użytkowników o porady. Chcę na dniach przystąpić do egzaminu na kartę wędkarską i mam 2 pytania
1) Czy muszę uczyć się ostatecznie z Regulaminu Amatorskiego Połowu Ryb (RAPR) czy z czegoś innego? Bo wszędzie są sprzeczne informacje.
2) Jeśli mam uczyć się z RAPR to dlaczego tam nie ma (limity,wymiary) uwzględnionego np. Dorsza? (i sporo innych istniejących ryb) Rozumiem, że jeśli nie ma tam uwzględnionego Dorsza to mam się nim nie przejmować i nie zapamietywać limitów z nim związanych, itd? Tylko i wyłącznie gatunki ryb które są uwzględnione w RAPR?
P.S- Przepraszam za być może głupie pytania, ale jestem zielony. I tak, wiem, że wiele osób nazywa egzamin na kartę wędkarską farsą. Ale znając moje życiowe "szczęście" to pewnie akurat trafie na bardzo wymagającego egzaminatora/egzaminatorkę tak jak podczas zdawania egzaminu na prawo jazdy gdzie za każdym razem (są wybierani losowo) trafiałem na dwóch najbardziej wrednych egzaminatorów w moim WORD i podchodziłem 5 razy.
Z góry dziękuję za porady. Pozdrawiam.
"Aby uzyskać kartę wędkarską, należy:
Przyswoić przepisy ustawy, rozporządzenia do ustawy o rybactwie śródlądowym ze szczególnym uwzględnieniem przepisów związanych z ochroną (wymiary i okresy ochronne) i zasadami wędkarskiego połowu ryb."
Tak mówi Wiki i ti jest prawda.
JK
Ryukon ! ten Czerwony kapturek był REWELACYJNY ! a tak na marginesie - mój egzamin to było jedne pytanie na które trudno było szukać odpowiedzi w rapr ale zdałem ,a pytanie brzmiało : po co jest wymiar ochronny (jak zdawałem miałem dziesięć lat)
A o co miałbym zapytać na egzaminie na kartę wędkarską dziesięciolatka?
Może o okres ochronny suma? Albo jak odróżnić 10 cm ukleję od tej samej wielkości bolenia?
Wbrew pozorom to pytanie nie jest wcale takie głupie jak się pozornie wydaje bo uczy myślenia i podejścia do wędkarstwa ,nie każdy daje tę samą odpowiedź a mało tego - jest kilka odpowiedzi i każda wydaje się być logiczna a prawidłowa jest tylko jedna :-)
Odpowiedź jest jedna i jest prosta. Skoro tych egzaminów nie ma to je należy znieść. U mnie w Okręgu idą w dobrym kierunku bo póki co znieśli opłaty za te "egzaminy" i są bezpłatne. Lecz rzecz nie polega na tym żeby iść bez końca ale w końcu dojść trzeba.:)))
Ustawa wymaga by nowy kandydat na wędkarza zdał egzamin.Nie określa natomiast zakresu wiedzy którą nalezy się wykazać.Głowę daję że gdyby egzaminatorzy chcieli to nikt egzaminu by nie zdał.Tylko jaki w tym sens,żeby nowym adeptom rzucać kłody pod nogi.
Dowiedziałem się już, że np. Dorsza nie ma ujętego w RAPR bo jest to ryba morska. Teraz trochę wstyd mi za te pytanie. Dobra, już wiele informacji przyswoiłem i jutro idę zdawać, nie ma co czekać. Jedyne czego się obawiam to jak mi będą pokazywać zdjęcia mniej znanych ryb i będę musiał podać ich nazwy. A te ryby czasami są do siebie tak podobne. Tego jedynie się obawiam.
Ustawę można zmienić zamiast debatować ile milionów czy setek tysiecy przyznać Rydzykowi. Jak najbardziej zgadzam się że nie należy utrudniać życia sobie nawzajem, więc po co te przepisy o egzaminach czy zmianie Koła skoro i tak nikt tego nie respektuje?
Nie moja głowa w tym ale patrząc na to z boku to się ociera o kiepską komedię. :)
Praktycznie cała Europa obywa się bez egzaminu oprócz Niemiec.
I tacy nie wyuczeni ludzie wędkują, łowią i są tam ryby. Normalnie cud ;-)
Ja to się obawiam, że wielu egzaminatorów też by nie zdało. Szcególnie jak by z nagła zadać im kilka pytań. W sklepie pytanie do młodego człowieka - kupujesz kotwiczki, spławiki żywcowe i wolframki a ile masz lat, że chesz na żywca łowić? Moje oczy były większe od spodów, jak zauważyłem kto zdaje pytanie...
JK
Romuald , płotkę od jazia to sie jeszcze w miarę da logicznie wytłumaczyć choćby z tego powodu że np. u nas na łowiskach niewystępował (pojawił się niedawno) i część łowiących tylko na tych łowiskach nie miała poprostu okazji tej rybki poznać a wiedzieli jedynie tyle ze to ryba rzeczna... ale najlepszym numerem jaki widziałem na własne oczy to jak koles wmawiał że to co ma w siacie to nie mały sandacz a medalowy jazgarz
Zdawałem egzamin w roku 1968 i do koła wędkarskiego musiał być wprowadzający,czyli starszy wędkarz który obserwował mnie nad wodą.Nie mógł być to ktoś z rodziny ale obcy,ja miałem takiego sąsiada,na egzamin szedłem dopiero po skończeniu 17-tu lat,gdy zacząłem pracować.W Zamościu z którego pochodzę karta młodzieżowa nie była wymagana,zresztą skarbnik gdy wcześniej chciałem zapisać się powiedział ze mogę stanąć przy wędkującym ojcu lub niedaleko innego znajomego wedkarza,Wędkowałem na dziko od 12-go roku życia czemu ojciec nie był przychylny ale dopiero jak zdałem egzamin dał mi swoje kije.Zaczynałem od kiłbików,płoteczek a opłacało sie wtedy GÓRSKIE i SPINNING osobno bo nie było możliwości na wcześniejsze szczupaki gdyż spinningowac można było od 18-ego roku życia,żywiec tez nie wchodził w grę,Taka obserwacja przez wprowadzającego dawała satysfakcję mnie i jemu gdyż dzięki jego upomnieniom i poradom kształtował się nasz wędkarski KRĘGOSŁUP czego brakuje tutaj na portalu niektórym młodym krytykującym wszystko i wszystkich.Pa
Czesław, to były inne czasy, inne pokolenia.
Za błędy ortograficzne dostawało się "pałę" a teraz gówniarz zasłania się dysortografią. Za zle zachowanie dostawało się piórnikiem albo linijką po łapach a teraz spróbuj dać dziecku klapsa, to gotowe wnieść sprawę do sądu o "przemoc domową"...
Niestety smutne, ale prawdziwe.
Członkiem PZW jestem nieprzerwanie od 1964 roku.W całej Polsce obowiązywały te same przepisy.Nie było kart wędkarskich,żadnych egzaminów ani osób wprowadzających.Obowiązek posiadania Karty wędkarskiej oraz egzaminy na nią wprowadziła ustawa w 1985 roku.Wszyscy,którzy byli członkami PZW w momencie wejścia w życie ustawy,Karty wędkarskie otrzymywali obligatoryjnie bez egzaminów.
Zgadza się za moich czasów właśnie tak było (osobny znaczek na górskie i spinning) żywiec , spinning ,nocki ,dwa kije po osiemnastce no chyba że ktoś miał odznakę Młodzieżowego aktywisty wędkarskiego - wtedy prawa dorosłego... Miałem kiedys fajna przygodę : Spinningowałem na pewnym dość sporym zbiorniku i zauważyłem jak z przeciwległego brzegu ktoś biegnie , myślę pewnie brakło mu czegoś i grzeje do jakiegos kumpla ale po kilku minutach dobiegł i zdyszany zatrzymał się i zaczął drzec ryja że mi spinning wybije z głowy ,słyszał to mój towarzysz (starszy o dobre trzy dyszki) i przyłożył znacząco palec do ust - załapałem w mig i grzecznie gościowi podałem kartę nic nie mówiąc...minęło ładnych parę chwil zanim coś tam nabazgrał ciągle grożąc i przeklinając po czym stwierdził że zatrzymuje kartę i odbiorę ją po sądzie w kole . wtedy odezwał się kumpel - dawaj te papiery i wyp... jak c...u czytać nie umiesz (zebrał sie juz niezły tłum bo gość swoim krzykliwym monologiem wzbudził niezłą sensację a wychodziło na to ze niebył tam zbyt lubiany) ale gość burzył się nadal i niezamierzał karty oddać i to był jego bład bo został skontrolowany przez owego kolegę i to on skierował wniosek za pozostawienie zarzuconego sprzętu bez opieki a świadkowie sami chętnie się zgłaszali
Romuald55,na jakiej wiosce nie było egzaminu?gdzie nie było poręczającego?to teraz po 89-tym roku tak wszystko się zluzowało i stawiają ilość nad jakość i jeszcze kto nie miał wówczas dobrego sprzętu ten nie wędkował tak skutecznie jak teraz.Sprzęt trzeba było samemu kombinować a teraz byle chłystek chwali się MARKAMI i kłuje w oczy bogactwem.Ja dopiero na pocz.lat 80-tych kupiłem klejonkę KUBACKIEGO bo pracowałem ciężko i stać mnie było,żyłki,haczyki też się kupowało w sklepie KOLONIALNYM bo taki był a część sprzętu w KOMISIE.Składnica Harcerska też oferowała sprzęt dość dobrej jakości a bambusy były powszechne.Kołowrotki o ruchomej szpuli służyły do wszystkiego.Na wsiach kłusowali bo do miasta jeżdzili tylko do szkoły lub na targ a na katrę nie było stać każdego.Pozdro
Jeżeli Kolego masz taką dobrą pamięć jak twierdzisz,podziel sie z nami wiedzą ile np w latach 60-tych kosztował kołowrotek Rileh Rex w porównaniu do butelki wódki tzw strażackiej.Albo ile to było bochenków chleba.Powinieneś też pamiętać ile wynosiła składka normalna a ile dopłata na spining w roku np 1972.Sprzęt wędkarski w tamtych czasach był dostępny w każdym sklepie sportowym a nie w jakichś KOLONIALNYCH jak to określasz.Zreszta,weterani wędkarsstwa dobrze to pamietają.
A to,że jesteś wątpliwej jakości mieszczuchem,nie upoważnia Cię do wywyższania się ponad wieś.
Chłopie,w latach 60-tych miałem na dolniku nawijadełko z gwożdzi,5/6 m żyłki i szpagat.jeżeli nie wiesz co to były sklepy kolonialne z towarami z importu to żle,Żyłkę kupowałem na metry a haczyki na sztuki i musiałem dużo butelek nazbierać i kilkaset kilo truskawek przebrać w przetwórni aby coś sobie kupić.Pierwszy kołowrotek czeski o stałej szpuli kupiony w Zabrzu w komisie a używałem go do spławika bo umiałem sie takim posługiwać rzucając spod kija,mam go jeszcze do tej pory,ruskiego katańca też jeszcze mam a kołowrotki DDR-u były dostępne w sklepach sportowych,reksy ale w czasach póżniejszych.DDopłata za spinning wynosiła 30 zł a do muchy 50 i to się nie zmieniało bardzo długo.Pa
Kupić rexa ??? , przy dużym szczęściu rzucili delfiny 4,6 lub 8 (kto nim łowił było słychać z kilometra :-) ) czasem coś Czeskiego,potem dostęp był był troszkę lepszy ale tylko do tych co mieli górnika w rodzinie lub byli wstanie zapłacic na starcie razy trzy (podobnie z samochodami na talony) No jeszcze jak ktos miał kogos na kontrakcie w DD-Rze.przez pięć lat łowiłem na bambus "wypasiony" z toczoną drewniana rączka i kołowrotkiem o stałej szpuli w kolorze jak delfin 4
Widzisz Kolego,pamięć Cię zawodzi i to bardzo mocno.Twoje wyimaginowane wypowiedzi młodsi Koledzy wezmą za pewnik i nie będą wiedzieli jak to było w tamtych czasach.
Ja piszac poprzednio otworzyłem legitymację PZW,ceglastego koloru w oprawie płuciennej na przypadkowej stronie.1972. Przyklejone są znaczki...ciemny seledyn NORMALNA 150zł i pamarańczowy SPINNING 50 zł.Takie były opłaty.Dodatkowo można było wykupić pozwolenie na wędkowanie na wodach Państwowych Gospodarstw Rybackich /PGR/ ZA 20 zł na oddzielnym druku.Te opłaty obowiązywały w całej Polsce do roku 1975.Od roku1976 do 1982 200 zł plus 100 spining.1983 500 + 500 zł.Póżniej ceny rosły wraz z inflacją i w roku 1992 płaciło się już 60000 zł za wody nizinne.To taka ciekawostka.
Rileh Rex w latach 60-tych kosztował 50 zł.Była to równowartość 6 bochenków chleba+2 zł lub butelka wódki+1 zł.
Dla ścisłości , ja opisałem lata ok. 78-85 ale jeżeli rex był taki tani (może i był) ale na pewno był trudno dostępny przynajmniej tu u nas ,tak na marginesie to kilka dni jeździłem po sklepach ze sprzętem RTV za TOSCĄ 303 i lipa za to był jedyny gramofon (niestety nie działał) i po tygodniu wymielili na sprawny :-) tosce w końcu dopadłem za dodatkowa opłata oczywiście.
no to chyba kosztował 500 lub nauczyciel zarabiał 120 - wtedy wychodziłoby nie całe pół pensji mniej więcej a z Twoich wyliczeń wynika że n za te pensję można by było ich kupić 24 a to drogo niejest więc cos tu nie gra
Bajzel ze wszystkim zrobił się po Gierkowskiej reformie ADMINISTRACYJNEJ,powstały nowe okręgi i namnożyło się kół.Przed reformą w każdym mieście było jedno koło i tylko sekcje w zakladach pracy.Okręgi wprowadzały swoje dodatkowe regulaminy a koła miały osobowość prawną,rządziły się pieniędzmi po swojemu.Teraz wszystko jest w gestii okręgu,nawet zarybianie.Ja teraz widzę jak było w latach 60/70/80 -tych siermiężnie.Mam jeszcze kołowrotek muchowy który mi przywiózł z Francji kolega rok 84-ty,Abu,dla leniwych, nawija się sznurek automatycznie,sprężyną.A reksy to były marnej jakości kołowrotki,miałem ich kilka a porozdawałem je dziadkom na Pogoriach,rozlatywały się szpule,żle nawijały żyłkę,trzeba było robić podkładki pod szpulą żeby chodziły równo.Wolałem kołowrotki muchowe a jeszcze w latach 80-tych wędkowałem blisko brzegu albo wtedy już z łódki.Pokazały się nasze PREKSERY,były o niebo lepsze od reksów. a na KARTĘ G w sklepach górniczych kupiłem sobie trochę nowego sprzętu, Shakespira,japońskie kołowrotki z zakrytą szpulą i żyłki.Jak pokazały się czeskie tokozy to można było poczuć że zbliża się europa a sprzęt lepszej jakości pokazał się w sklepach wędkarskich,miałem tego tyle że jeszcze teraz robię na ogródku pod oknem konstrukcje pod kwiatki.Mam starą kartę z początku lat 80-tych i póżniejsze,stara ZAMOJSKA gdzieś przepadła i są znaczki jak pisze ROMUALD55 na których widać gnającą inflację ale to nie znaczy że nie było nas stać na opłacenie karty.Opłacałem kartę już w grudniu na następny rok bo zacząłem wędkować na lodzie a do skarbnika nie było kolejek,można było płacić u niego w domu,znaczki były już po 15-tym grudnia.Pozdro
Rozj....ś mnie tym komentem - DZIĘKI !!! ,rozpocząłem drugą serię napromieniowania na maszynie o największej mocy ,czuje się tak jakbym wypił skrzynkę browca i zasnął na cały dzień na słońcu a potem mnie ktoś przeżuł i wypluł ale jak to przeczytałem to pojawił się usmiech na mej mordzie i jak mi odbije to jeszcze dziś ruszę cztery litery nad wodę (w końcu nastepna dawka dopiero rano ) :-)
A o co miałbym zapytać na egzaminie na kartę wędkarską dziesięciolatka?
Może o okres ochronny suma? Albo jak odróżnić 10 cm ukleję od tej samej wielkości bolenia?
Tak nieco z półuśmiechem a trochę dla rozluźnienia ale jakbyś mnie zapytał o te rzeczy około roku 96' jak zdawałem swój egzamin na kartę mając lat rzeczone właśnie około 10, to bym Ci jednym tchem odpowiedział :)
Witam jak wygląda egzamin na kartę wędkarską? ile jest pytań i o co są pytania
Naucz się na pamięć http://www.pzw.org.pl/pliki/prezentacje/1/cms/szablony/73/pliki/rapr.pdf.Niezależnie od ilości pytań, ich treści i formy, na pewno zdasz.
cały egzamin ogranicza sie najczęściej do zapłacenia za niego :(
cały egzamin ogranicza sie najczęściej do zapłacenia za niego :( To jest największa bolączka naszego Związku... ;>
To są proszę Panów insynuacje.
Egzamin na kartę wędkarską nie można porównać do matury ale coś niecoś trzeba wiedzieć.
I tutaj kol.Romuald ma racje że coś trzeba wiedzieć najczęściej to poprostu trzeba wiedzieć komu dać flaszke .
Idzie się do skarbnika i zgłasza chęci. Wypisuje on zaświadczeie o zdaniu egzaminu i kieruje dalej. Wspominając oczywiście by na temat przebiegu "egzaminu" z nikim nie rozmawiać. Płacić już nie trzeba przynajmniej nie we wszystkich okręgach. Tak wygląda wersja z zeszłego roku w jednym z kół. Jestem jej pewny w stu procentach. Oczywiście ile kół tyle możliwości, nikt tego nie kontroluje i nie panuje nad tym. Każda osoba funkcyjna odpowiadająca za to w danym kole zrobi to według siebie.
Jeśli ktoś próbuje ustalić jedną i nieomylną prawdę w tym temacie to czas cofnąć go do czasów przedszkola.
Ja zaś za napisanie tego trafię do piekła. Celę będę dzielił z wilkiem, tym od babci i czerwonego kapturka. Tylko mnie nie pytajcie co łączy egzamin na kartę wędkarską, piekło i te trzy postaci z ....
Pełna zgoda.
Egzamin w Kołach PZW to z mojego doświadczenia pełna fikcja.
A szkoda.
Jak już jest można przekazać trochę wiadomości prawnych dotyczących Amatorskiego Połowu Ryb.
Ale z drugiej strony, aby PZW mogła takie wiadomości przekazać sama musiałaby zacząć poprawnie stosować prawo dotyczące APR.
Witam. Proszę szanownych użytkowników o porady. Chcę na dniach przystąpić do egzaminu na kartę wędkarską i mam 2 pytania
1) Czy muszę uczyć się ostatecznie z Regulaminu Amatorskiego Połowu Ryb (RAPR) czy z czegoś innego? Bo wszędzie są sprzeczne informacje.
2) Jeśli mam uczyć się z RAPR to dlaczego tam nie ma (limity,wymiary) uwzględnionego np. Dorsza? (i sporo innych istniejących ryb) Rozumiem, że jeśli nie ma tam uwzględnionego Dorsza to mam się nim nie przejmować i nie zapamietywać limitów z nim związanych, itd? Tylko i wyłącznie gatunki ryb które są uwzględnione w RAPR?
P.S- Przepraszam za być może głupie pytania, ale jestem zielony. I tak, wiem, że wiele osób nazywa egzamin na kartę wędkarską farsą. Ale znając moje życiowe "szczęście" to pewnie akurat trafie na bardzo wymagającego egzaminatora/egzaminatorkę tak jak podczas zdawania egzaminu na prawo jazdy gdzie za każdym razem (są wybierani losowo) trafiałem na dwóch najbardziej wrednych egzaminatorów w moim WORD i podchodziłem 5 razy.
Z góry dziękuję za porady. Pozdrawiam.
Jeśli jesteś ciekaw, to o dorszu masz wszystko tutaj
https://pl.wikipedia.org/wiki/Dorsz_atlantycki
Witam. Proszę szanownych użytkowników o porady. Chcę na dniach przystąpić do egzaminu na kartę wędkarską i mam 2 pytania
1) Czy muszę uczyć się ostatecznie z Regulaminu Amatorskiego Połowu Ryb (RAPR) czy z czegoś innego? Bo wszędzie są sprzeczne informacje.
2) Jeśli mam uczyć się z RAPR to dlaczego tam nie ma (limity,wymiary) uwzględnionego np. Dorsza? (i sporo innych istniejących ryb) Rozumiem, że jeśli nie ma tam uwzględnionego Dorsza to mam się nim nie przejmować i nie zapamietywać limitów z nim związanych, itd? Tylko i wyłącznie gatunki ryb które są uwzględnione w RAPR?
P.S- Przepraszam za być może głupie pytania, ale jestem zielony. I tak, wiem, że wiele osób nazywa egzamin na kartę wędkarską farsą. Ale znając moje życiowe "szczęście" to pewnie akurat trafie na bardzo wymagającego egzaminatora/egzaminatorkę tak jak podczas zdawania egzaminu na prawo jazdy gdzie za każdym razem (są wybierani losowo) trafiałem na dwóch najbardziej wrednych egzaminatorów w moim WORD i podchodziłem 5 razy.
Z góry dziękuję za porady. Pozdrawiam.
"Aby uzyskać kartę wędkarską, należy:
Przyswoić przepisy ustawy, rozporządzenia do ustawy o rybactwie śródlądowym ze szczególnym uwzględnieniem przepisów związanych z ochroną (wymiary i okresy ochronne) i zasadami wędkarskiego połowu ryb."
Tak mówi Wiki i ti jest prawda.
JK
Janusz, nie napisałeś tylko, że prawda często mija się z rzeczywistością i praktyką.
A to już zupełnie inna sprawa :-)
JK
Ryukon ! ten Czerwony kapturek był REWELACYJNY ! a tak na marginesie - mój egzamin to było jedne pytanie na które trudno było szukać odpowiedzi w rapr ale zdałem ,a pytanie brzmiało : po co jest wymiar ochronny (jak zdawałem miałem dziesięć lat)
A o co miałbym zapytać na egzaminie na kartę wędkarską dziesięciolatka?
Może o okres ochronny suma? Albo jak odróżnić 10 cm ukleję od tej samej wielkości bolenia?
Wbrew pozorom to pytanie nie jest wcale takie głupie jak się pozornie wydaje bo uczy myślenia i podejścia do wędkarstwa ,nie każdy daje tę samą odpowiedź a mało tego - jest kilka odpowiedzi i każda wydaje się być logiczna a prawidłowa jest tylko jedna :-)
Odpowiedź jest jedna i jest prosta. Skoro tych egzaminów nie ma to je należy znieść. U mnie w Okręgu idą w dobrym kierunku bo póki co znieśli opłaty za te "egzaminy" i są bezpłatne. Lecz rzecz nie polega na tym żeby iść bez końca ale w końcu dojść trzeba.:)))
Ustawa wymaga by nowy kandydat na wędkarza zdał egzamin.Nie określa natomiast zakresu wiedzy którą nalezy się wykazać.Głowę daję że gdyby egzaminatorzy chcieli to nikt egzaminu by nie zdał.Tylko jaki w tym sens,żeby nowym adeptom rzucać kłody pod nogi.
Dowiedziałem się już, że np. Dorsza nie ma ujętego w RAPR bo jest to ryba morska. Teraz trochę wstyd mi za te pytanie. Dobra, już wiele informacji przyswoiłem i jutro idę zdawać, nie ma co czekać. Jedyne czego się obawiam to jak mi będą pokazywać zdjęcia mniej znanych ryb i będę musiał podać ich nazwy. A te ryby czasami są do siebie tak podobne. Tego jedynie się obawiam.
Ustawę można zmienić zamiast debatować ile milionów czy setek tysiecy przyznać Rydzykowi. Jak najbardziej zgadzam się że nie należy utrudniać życia sobie nawzajem, więc po co te przepisy o egzaminach czy zmianie Koła skoro i tak nikt tego nie respektuje?
Nie moja głowa w tym ale patrząc na to z boku to się ociera o kiepską komedię. :)
Praktycznie cała Europa obywa się bez egzaminu oprócz Niemiec.
I tacy nie wyuczeni ludzie wędkują, łowią i są tam ryby. Normalnie cud ;-)
Ja to się obawiam, że wielu egzaminatorów też by nie zdało. Szcególnie jak by z nagła zadać im kilka pytań. W sklepie pytanie do młodego człowieka - kupujesz kotwiczki, spławiki żywcowe i wolframki a ile masz lat, że chesz na żywca łowić? Moje oczy były większe od spodów, jak zauważyłem kto zdaje pytanie...
JK
Co się Kolego martwisz rozpoznawaniem ryb.Ja znam takich,których dopiero mandaty nauczyły odróżnić płotkę od jazia.
Romuald , płotkę od jazia to sie jeszcze w miarę da logicznie wytłumaczyć choćby z tego powodu że np. u nas na łowiskach niewystępował (pojawił się niedawno) i część łowiących tylko na tych łowiskach nie miała poprostu okazji tej rybki poznać a wiedzieli jedynie tyle ze to ryba rzeczna... ale najlepszym numerem jaki widziałem na własne oczy to jak koles wmawiał że to co ma w siacie to nie mały sandacz a medalowy jazgarz
Zdawałem egzamin w roku 1968 i do koła wędkarskiego musiał być wprowadzający,czyli starszy wędkarz który obserwował mnie nad wodą.Nie mógł być to ktoś z rodziny ale obcy,ja miałem takiego sąsiada,na egzamin szedłem dopiero po skończeniu 17-tu lat,gdy zacząłem pracować.W Zamościu z którego pochodzę karta młodzieżowa nie była wymagana,zresztą skarbnik gdy wcześniej chciałem zapisać się powiedział ze mogę stanąć przy wędkującym ojcu lub niedaleko innego znajomego wedkarza,Wędkowałem na dziko od 12-go roku życia czemu ojciec nie był przychylny ale dopiero jak zdałem egzamin dał mi swoje kije.Zaczynałem od kiłbików,płoteczek a opłacało sie wtedy GÓRSKIE i SPINNING osobno bo nie było możliwości na wcześniejsze szczupaki gdyż spinningowac można było od 18-ego roku życia,żywiec tez nie wchodził w grę,Taka obserwacja przez wprowadzającego dawała satysfakcję mnie i jemu gdyż dzięki jego upomnieniom i poradom kształtował się nasz wędkarski KRĘGOSŁUP czego brakuje tutaj na portalu niektórym młodym krytykującym wszystko i wszystkich.Pa
Czesław, to były inne czasy, inne pokolenia.
Za błędy ortograficzne dostawało się "pałę" a teraz gówniarz zasłania się dysortografią. Za zle zachowanie dostawało się piórnikiem albo linijką po łapach a teraz spróbuj dać dziecku klapsa, to gotowe wnieść sprawę do sądu o "przemoc domową"...
Niestety smutne, ale prawdziwe.
Członkiem PZW jestem nieprzerwanie od 1964 roku.W całej Polsce obowiązywały te same przepisy.Nie było kart wędkarskich,żadnych egzaminów ani osób wprowadzających.Obowiązek posiadania Karty wędkarskiej oraz egzaminy na nią wprowadziła ustawa w 1985 roku.Wszyscy,którzy byli członkami PZW w momencie wejścia w życie ustawy,Karty wędkarskie otrzymywali obligatoryjnie bez egzaminów.
Zgadza się za moich czasów właśnie tak było (osobny znaczek na górskie i spinning) żywiec , spinning ,nocki ,dwa kije po osiemnastce no chyba że ktoś miał odznakę Młodzieżowego aktywisty wędkarskiego - wtedy prawa dorosłego... Miałem kiedys fajna przygodę : Spinningowałem na pewnym dość sporym zbiorniku i zauważyłem jak z przeciwległego brzegu ktoś biegnie , myślę pewnie brakło mu czegoś i grzeje do jakiegos kumpla ale po kilku minutach dobiegł i zdyszany zatrzymał się i zaczął drzec ryja że mi spinning wybije z głowy ,słyszał to mój towarzysz (starszy o dobre trzy dyszki) i przyłożył znacząco palec do ust - załapałem w mig i grzecznie gościowi podałem kartę nic nie mówiąc...minęło ładnych parę chwil zanim coś tam nabazgrał ciągle grożąc i przeklinając po czym stwierdził że zatrzymuje kartę i odbiorę ją po sądzie w kole . wtedy odezwał się kumpel - dawaj te papiery i wyp... jak c...u czytać nie umiesz (zebrał sie juz niezły tłum bo gość swoim krzykliwym monologiem wzbudził niezłą sensację a wychodziło na to ze niebył tam zbyt lubiany) ale gość burzył się nadal i niezamierzał karty oddać i to był jego bład bo został skontrolowany przez owego kolegę i to on skierował wniosek za pozostawienie zarzuconego sprzętu bez opieki a świadkowie sami chętnie się zgłaszali
Romuald55,na jakiej wiosce nie było egzaminu?gdzie nie było poręczającego?to teraz po 89-tym roku tak wszystko się zluzowało i stawiają ilość nad jakość i jeszcze kto nie miał wówczas dobrego sprzętu ten nie wędkował tak skutecznie jak teraz.Sprzęt trzeba było samemu kombinować a teraz byle chłystek chwali się MARKAMI i kłuje w oczy bogactwem.Ja dopiero na pocz.lat 80-tych kupiłem klejonkę KUBACKIEGO bo pracowałem ciężko i stać mnie było,żyłki,haczyki też się kupowało w sklepie KOLONIALNYM bo taki był a część sprzętu w KOMISIE.Składnica Harcerska też oferowała sprzęt dość dobrej jakości a bambusy były powszechne.Kołowrotki o ruchomej szpuli służyły do wszystkiego.Na wsiach kłusowali bo do miasta jeżdzili tylko do szkoły lub na targ a na katrę nie było stać każdego.Pozdro
Jeżeli Kolego masz taką dobrą pamięć jak twierdzisz,podziel sie z nami wiedzą ile np w latach 60-tych kosztował kołowrotek Rileh Rex w porównaniu do butelki wódki tzw strażackiej.Albo ile to było bochenków chleba.Powinieneś też pamiętać ile wynosiła składka normalna a ile dopłata na spining w roku np 1972.Sprzęt wędkarski w tamtych czasach był dostępny w każdym sklepie sportowym a nie w jakichś KOLONIALNYCH jak to określasz.Zreszta,weterani wędkarsstwa dobrze to pamietają.
A to,że jesteś wątpliwej jakości mieszczuchem,nie upoważnia Cię do wywyższania się ponad wieś.
Chłopie,w latach 60-tych miałem na dolniku nawijadełko z gwożdzi,5/6 m żyłki i szpagat.jeżeli nie wiesz co to były sklepy kolonialne z towarami z importu to żle,Żyłkę kupowałem na metry a haczyki na sztuki i musiałem dużo butelek nazbierać i kilkaset kilo truskawek przebrać w przetwórni aby coś sobie kupić.Pierwszy kołowrotek czeski o stałej szpuli kupiony w Zabrzu w komisie a używałem go do spławika bo umiałem sie takim posługiwać rzucając spod kija,mam go jeszcze do tej pory,ruskiego katańca też jeszcze mam a kołowrotki DDR-u były dostępne w sklepach sportowych,reksy ale w czasach póżniejszych.DDopłata za spinning wynosiła 30 zł a do muchy 50 i to się nie zmieniało bardzo długo.Pa
Kupić rexa ??? , przy dużym szczęściu rzucili delfiny 4,6 lub 8 (kto nim łowił było słychać z kilometra :-) ) czasem coś Czeskiego,potem dostęp był był troszkę lepszy ale tylko do tych co mieli górnika w rodzinie lub byli wstanie zapłacic na starcie razy trzy (podobnie z samochodami na talony) No jeszcze jak ktos miał kogos na kontrakcie w DD-Rze.przez pięć lat łowiłem na bambus "wypasiony" z toczoną drewniana rączka i kołowrotkiem o stałej szpuli w kolorze jak delfin 4
Widzisz Kolego,pamięć Cię zawodzi i to bardzo mocno.Twoje wyimaginowane wypowiedzi młodsi Koledzy wezmą za pewnik i nie będą wiedzieli jak to było w tamtych czasach.
Ja piszac poprzednio otworzyłem legitymację PZW,ceglastego koloru w oprawie płuciennej na przypadkowej stronie.1972. Przyklejone są znaczki...ciemny seledyn NORMALNA 150zł i pamarańczowy SPINNING 50 zł.Takie były opłaty.Dodatkowo można było wykupić pozwolenie na wędkowanie na wodach Państwowych Gospodarstw Rybackich /PGR/ ZA 20 zł na oddzielnym druku.Te opłaty obowiązywały w całej Polsce do roku 1975.Od roku1976 do 1982 200 zł plus 100 spining.1983 500 + 500 zł.Póżniej ceny rosły wraz z inflacją i w roku 1992 płaciło się już 60000 zł za wody nizinne.To taka ciekawostka.
Rileh Rex w latach 60-tych kosztował 50 zł.Była to równowartość 6 bochenków chleba+2 zł lub butelka wódki+1 zł.
Dla ścisłości , ja opisałem lata ok. 78-85 ale jeżeli rex był taki tani (może i był) ale na pewno był trudno dostępny przynajmniej tu u nas ,tak na marginesie to kilka dni jeździłem po sklepach ze sprzętem RTV za TOSCĄ 303 i lipa za to był jedyny gramofon (niestety nie działał) i po tygodniu wymielili na sprawny :-) tosce w końcu dopadłem za dodatkowa opłata oczywiście.
Muszę Cię Kolego Ryśku wyprowadzić z błędu.50 zł za Rexa to nie było tanio.Dla przykładu nauczyciel zarabiał ok 1200 zł.
no to chyba kosztował 500 lub nauczyciel zarabiał 120 - wtedy wychodziłoby nie całe pół pensji mniej więcej a z Twoich wyliczeń wynika że n za te pensję można by było ich kupić 24 a to drogo niejest więc cos tu nie gra
Bajzel ze wszystkim zrobił się po Gierkowskiej reformie ADMINISTRACYJNEJ,powstały nowe okręgi i namnożyło się kół.Przed reformą w każdym mieście było jedno koło i tylko sekcje w zakladach pracy.Okręgi wprowadzały swoje dodatkowe regulaminy a koła miały osobowość prawną,rządziły się pieniędzmi po swojemu.Teraz wszystko jest w gestii okręgu,nawet zarybianie.Ja teraz widzę jak było w latach 60/70/80 -tych siermiężnie.Mam jeszcze kołowrotek muchowy który mi przywiózł z Francji kolega rok 84-ty,Abu,dla leniwych, nawija się sznurek automatycznie,sprężyną.A reksy to były marnej jakości kołowrotki,miałem ich kilka a porozdawałem je dziadkom na Pogoriach,rozlatywały się szpule,żle nawijały żyłkę,trzeba było robić podkładki pod szpulą żeby chodziły równo.Wolałem kołowrotki muchowe a jeszcze w latach 80-tych wędkowałem blisko brzegu albo wtedy już z łódki.Pokazały się nasze PREKSERY,były o niebo lepsze od reksów. a na KARTĘ G w sklepach górniczych kupiłem sobie trochę nowego sprzętu, Shakespira,japońskie kołowrotki z zakrytą szpulą i żyłki.Jak pokazały się czeskie tokozy to można było poczuć że zbliża się europa a sprzęt lepszej jakości pokazał się w sklepach wędkarskich,miałem tego tyle że jeszcze teraz robię na ogródku pod oknem konstrukcje pod kwiatki.Mam starą kartę z początku lat 80-tych i póżniejsze,stara ZAMOJSKA gdzieś przepadła i są znaczki jak pisze ROMUALD55 na których widać gnającą inflację ale to nie znaczy że nie było nas stać na opłacenie karty.Opłacałem kartę już w grudniu na następny rok bo zacząłem wędkować na lodzie a do skarbnika nie było kolejek,można było płacić u niego w domu,znaczki były już po 15-tym grudnia.Pozdro
Żeby nie było że nie pamietam tamtych czasów - Jo ! 1978 rok
Wipisz, wymaluj pierwowzór Krzysia i Kubusia Puchatka :)))
Rozj....ś mnie tym komentem - DZIĘKI !!! ,rozpocząłem drugą serię napromieniowania na maszynie o największej mocy ,czuje się tak jakbym wypił skrzynkę browca i zasnął na cały dzień na słońcu a potem mnie ktoś przeżuł i wypluł ale jak to przeczytałem to pojawił się usmiech na mej mordzie i jak mi odbije to jeszcze dziś ruszę cztery litery nad wodę (w końcu nastepna dawka dopiero rano ) :-)
A o co miałbym zapytać na egzaminie na kartę wędkarską dziesięciolatka?
Może o okres ochronny suma? Albo jak odróżnić 10 cm ukleję od tej samej wielkości bolenia? Tak nieco z półuśmiechem a trochę dla rozluźnienia ale jakbyś mnie zapytał o te rzeczy około roku 96' jak zdawałem swój egzamin na kartę mając lat rzeczone właśnie około 10, to bym Ci jednym tchem odpowiedział :)
Pozdrawiam