Byłem parę lat temu nad pewnym jeziorkiem w Borach Tucholskch nad małym jeziorkiem. Nęciłem jak na dużym mazurskim jeziorze na leszcza. Ziemniaki podgotowane w mundurkach na cztery części i tak przez 3 tygodnie. Wyniki nie specjalne, płoć rozmiarów nie powalających - żadnego leszczyka. Ostatniego popołudnia ponton na wodę i ustawiam się w najgłębszym miejcu jeziorka /6-7m/, kukurydza na haczyk i jakoś nie specjalnie, parę płotek - za mało by brać do domu. Słońce już zaszło i powoli kończy się dzień. Mówię sobie, nawet 3-4 płoteczki mnie nie podratują! Zakładam więc ziemniaczka na haczyk /jakoś zębami oddzieliłem słuszny kawałek/, który zmieniłem na większy. Zapalę i pożegnam się w ciszy z tą wspaniałą krainą. Nagle spławik poszedł pod wodę. Tnę, nic bez oporu. Nerwowo zakładam następny kawałek ziemniaka, po paru minutach to samo, spławik zdecydowanie idzie pod wodę zacinam i pusto. Rzucam kolejny raz i teraz czekam z zacięciem. Obserwuję spławik, który idzie pod wodę a następnie się na chwilę pod wodą zatrzymuje a następnie w drugiej fazie ponownie gwałtownie znika w głębinie - tnę. Nie ma oporu i pusto. Robi się cholera coraz ciemniej. Zmiana koncepcji. Duży hak, słuszna cała ćwiartka ziemniaka, spławik 10g. To samo. Spławik idzie pod wodę i chwilę pod nią stoi, po pewnym czasie gwałtownie przesuwa się w bok i znika - tnę i nic, bez oporu. Wpadam pierwszy raz na rybach w panikę bo, no właśnie bo. Bo to jest ostatni dzień mojego urlopu, bo właśnie zaczyna się noc i zaczynam ledwo widzieć spławik - a tu takie brania!! I co? No i nic. Pół ziemniaka na haczyku to samo. Zrobiło się tak ciemno, że o kiju spłynąłem. Nocą, podczas powrotu, a raczej do dzisiaj wspominam tą niesamowitą przygodę. Co to było?
Byłem tam przypadkiem ponownie na tum jeziorku 2 lata temu. Pływałem z najdroższą kajakiem. Przepływając koło jedynej wysepki z trzcin wypłoszyłem rybę, pewnie wygrzewającą się na słoneczku. Fale gwałtownie wypłoszonej, uciekającej i tak dużej ryby spowodowały panikę na kajaku. Tylko kontem oka i w ułamku sekundy widziałem karpia olbrzyma. Gdyby to on brał mi uprzedmio na wędkę, i ponton i wędka i ja nie mielibyśmy szans.
Rozmawiałem o zdarzeniu ze znajomym leśniczym. On nie wędkarz, ale o "poniemieckich" dzikich karpiach zasłyszanych od miejscowych wędkarzy wspomniał. Ja w tych "poniemieckich" oczywiście nie wierzę, ale miejscowi poławiają głównie 20-30 cm linki a na te większe ryby się nie zasadzją.
Jeziorko jest koło Śliwic, przy Łobodzie. Tam kiedyś było pole namiotowe.
Byłem parę lat temu nad pewnym jeziorkiem w Borach Tucholskch nad małym jeziorkiem. Nęciłem jak na dużym mazurskim jeziorze na leszcza. Ziemniaki podgotowane w mundurkach na cztery części i tak przez 3 tygodnie. Wyniki nie specjalne, płoć rozmiarów nie powalających - żadnego leszczyka. Ostatniego popołudnia ponton na wodę i ustawiam się w najgłębszym miejcu jeziorka /6-7m/, kukurydza na haczyk i jakoś nie specjalnie, parę płotek - za mało by brać do domu. Słońce już zaszło i powoli kończy się dzień. Mówię sobie, nawet 3-4 płoteczki mnie nie podratują! Zakładam więc ziemniaczka na haczyk /jakoś zębami oddzieliłem słuszny kawałek/, który zmieniłem na większy. Zapalę i pożegnam się w ciszy z tą wspaniałą krainą. Nagle spławik poszedł pod wodę. Tnę, nic bez oporu. Nerwowo zakładam następny kawałek ziemniaka, po paru minutach to samo, spławik zdecydowanie idzie pod wodę zacinam i pusto. Rzucam kolejny raz i teraz czekam z zacięciem. Obserwuję spławik, który idzie pod wodę a następnie się na chwilę pod wodą zatrzymuje a następnie w drugiej fazie ponownie gwałtownie znika w głębinie - tnę. Nie ma oporu i pusto. Robi się cholera coraz ciemniej. Zmiana koncepcji. Duży hak, słuszna cała ćwiartka ziemniaka, spławik 10g. To samo. Spławik idzie pod wodę i chwilę pod nią stoi, po pewnym czasie gwałtownie przesuwa się w bok i znika - tnę i nic, bez oporu. Wpadam pierwszy raz na rybach w panikę bo, no właśnie bo. Bo to jest ostatni dzień mojego urlopu, bo właśnie zaczyna się noc i zaczynam ledwo widzieć spławik - a tu takie brania!! I co? No i nic. Pół ziemniaka na haczyku to samo. Zrobiło się tak ciemno, że o kiju spłynąłem. Nocą, podczas powrotu, a raczej do dzisiaj wspominam tą niesamowitą przygodę. Co to było?
Byłem tam przypadkiem ponownie na tum jeziorku 2 lata temu. Pływałem z najdroższą kajakiem. Przepływając koło jedynej wysepki z trzcin wypłoszyłem rybę, pewnie wygrzewającą się na słoneczku. Fale gwałtownie wypłoszonej, uciekającej i tak dużej ryby spowodowały panikę na kajaku. Tylko kontem oka i w ułamku sekundy widziałem karpia olbrzyma. Gdyby to on brał mi uprzedmio na wędkę, i ponton i wędka i ja nie mielibyśmy szans.
Rozmawiałem o zdarzeniu ze znajomym leśniczym. On nie wędkarz, ale o "poniemieckich" dzikich karpiach zasłyszanych od miejscowych wędkarzy wspomniał. Ja w tych "poniemieckich" oczywiście nie wierzę, ale miejscowi poławiają głównie 20-30 cm linki a na te większe ryby się nie zasadzją.
Jeziorko jest koło Śliwic, przy Łobodzie. Tam kiedyś było pole namiotowe.
Acha. powiadomcie koniecznie o sukcesach
Połamania
pzantecki@op.pl