Dnia 21/22-09-2002 odbyły się na zbiorniku Chańcza II Zawody w Wędkarstwie Nocnym.
Organizował je kol. Andrzej Bujak, który już od czwartku przebywał na terenie zarezerwowanym pod zawody i zadbał, aby nikt nie zajmował terenu. Zbiórka została zaplanowana na godz. 1400 w sobotę na zachodnim brzegu zbiornika ( dojazd przez miejscowość Życiny).
Oto lista zawodników:
1. Zdzisław Jabłoński 8. Wacław Ciepluch
2. Marek Tamborski 9. Robert Ciepluch
3. Zdzisław Krzyżański 10. Józef Zając
4. Stanisław Korban 11. Jan Adamczyk
5. Cezary Jankowski 12. Andrzej Długosz
6. Jan Chatys 13. Andrzej Kobyliński
7. Bartosz Grudzień 14. Michał Słoma
Po przybyciu na miejsce – z kol. Słomą Michałem przywitał nas kol. Bujak Andrzej, zapoznał z terenem zawodów i zaprosił do bazy głównej, gdzie na stoliku stały trzy okazałe i równie piękne puchary oraz statuetka przewidziana jako wyróżnienie za największą rybę.
Po przybyciu wszystkich zawodników nastąpiło uroczyste otwarcie zawodów, którego dokonał kol. Ciepluch Wacław. Regulamin zawodów przedstawił kol. Bujak Andrzej po czym zawodnicy rozeszli się na stanowiska. Walka była zacięta od początku. Wszyscy „ostro” zacinali i ryby lądowały w siatkach. Pod wieczór zrobiłem mały obchód konkurentów i stwierdziłem, że kol. Korban Stanisław wyraźnie prowadzi, a większość zawodników obstawiających prawe skrzydło ma dobre wyniki – o zgrozo , mieli więcej ryb ode mnie.
Gdy zrobiło się ciemno zarządzono krótką przerwę na gorący posiłek, który przygotował kol. Chatys Jan. Był to gulasz wieprzowy. Po posiłku strategie zawodników były różne. Większość wywiozła przynętę na sandacza łodzią udostępnioną przez kol. W. Cieplucha po czym jedni poszli spać inni czynnie łowili dalej.
Początek nocy zaowocował chóralnymi śpiewami pewnej rozbawionej grupy, które niesione wodą odbijały się od naszego brzegu. Wtórował im odgłos śpiewu sowy, który biegł z przeciwnego brzegu zbiornika. Za plecami w pewnym momencie dał koncert lis. Na koniec wiedziony chęcią pokazania swych możliwości rozpoczął solowy występ kol. Kwas Edward. Trwało to wszystko do północy po czym powoli wykonawcy wyciszali się. W każdym razie ja trwałem na stanowisku i starałem się łowić ile się da i co się da. Oczywiście nie obeszło się bez przygód ze sprzętem. Po zapadnięciu zmroku sprzęt zaczął się plątać, zaczepiać o zawady, których za dnia nie było można odczuć. Dobrze, że tym razem zabezpieczyłem się w kilka systemów oświetlenia stanowiska i mogłem wiązać nowe zestawy z haczykiem włącznie. W końcu opanowałem sytuację lecz zapadająca cisza okazała się zabójcza dla mojej strategii – zmorzył mnie sen.
Poza terenem zarezerwowanym dla zawodów ulokował się kol. Krzysztof z Kielc. Aby dojść do swego stanowiska musiał przejść przez teren naszych zawodów. Jego samochód zaparkowany był obok mojego na co wyraziłem zgodę. Ok. godz. 2 w nocy, gdy kończyłem godzinną drzemkę zainteresował się ogniskiem, które rozpaliłem. Gdy zauważył, że już nie śpię podszedł do mnie i zaczął opowiadać o swojej pasji wędkarskiej. Mówił , a ja słuchałem; - Ja bywam tu co tydzień od wiosny, aż do pierwszych lodów. Rok temu dało się złowić okazy „sandała” (jak określał sandacza) lecz w tym roku zdarzają się jedynie kilowe sztuki i to rzadko. To jest pasja, gdy po pracy wyjadę w sobotę to wracam w niedzielę wieczorem. Listopadowe połowy to nie przelewki, gdy na moim małym pontonie wypływam z przynętą to jest wtedy tak wysoka fala, że po powrocie mam całe plecy mokre. Bywają takie zimne wieczory, że gdy grzeję nogi przy ognisku to przez gumiaki, aż parzy, a na plecach mam szron. Czasem, gdy ktoś wędkuje dłużej tak przez kilka dni i nocy to zdarzają się „prawe brania”.
Czy wie pan co to są „ prawe brania”? – zapytał.
Powiedziałem, że nie wiem ( bo takie pojęcie usłyszałem pierwszy raz). Prawe brania – kontynuował – są wtedy, gdy długie wędkowanie sprawia, że spławik na fali sam zaczyna wskazywać brania. Wtedy najlepiej położyć się i przespać.
Oczywiście rozmowa jeszcze trwała i z każdą chwilą byłem coraz bardziej pewny, że trafił mi się człowiek wprost uzależniony od wędkowania. Ale na swoje usprawiedliwienie opowiedział jak to rok temu w Święta Wielkanocne przesiedzieli z kumplami na Chańczy i mino śnieżycy brały leszcze. W świąteczny poniedziałek nadal łowili. Przyjechał ktoś maluchem. Wysiadł z niego jegomość w garniturze w krawacie - ot jakby dopiero co wstał od świątecznego stołu. Podszedł do wędkujących i zadał wiadome pytanie: - Czy biorą?
No jest trochę – odpowiedzieli. Na co jegomość stwierdził, że wędkarstwo to choroba... Nie wiedzieli o co mu chodzi i co mają odpowiedzieć, gdy nagle jegomość w garniturze otworzył bagażnik wyciągnął wędkę i w tym garniturze zaczął łowić.
Wiele ciekawych opowieści popchnęło czas, a rzadkie brania były okrasą tego wędkarskiego festynu. W końcu wędkarz z Kielc poszedł do swoich wędek.
Księżyc schował się za linią lasu i nie wiadomo kiedy zaczął się wschód słońca. Poprzedził go jednak niesamowity spektakl mgieł. Słupy pary wyglądały jakby wyrastały wprost z jeziora, a lekka bryza przesuwała je w stronę brzegu. Od czasu do czasu słupy mgły łączyły się tworząc bardzo gęstą zasłonę, która po chwili unosiła się odsłaniając gładką powierzchnię wody. Kaczki rozpoczęły swe wędrówki po jeziorze i ryby zaczęły częściej pluskać. Zrobiło się widno. Jak na złość im było jaśniej tym brania stawały się rzadsze. Był taki okres kiedy wydawało się, że ryby się gdzieś wyniosły. Zacząłem rzucać zanętę często i dużo. Po pewnym czasie brania się rozpoczęły lecz były bardzo rzadkie.
W taki sposób dotrwałem do godz. 1100. Zawody zakończyły się. Z rybami – pełen czarnych myśli - udałem się do wagi.
Prowadził kol. Korban St. Za nim był kol. Ciepluch W. Po zważeniu moich ryb( były płocie , jazgarze i okoń) okazało się, że zdobyłem trzecie miejsce! Kol. Słoma Michał (debiutant jako członek Koła i jako uczestnik zawodów nocnych) złowił największą rybę zawodów i otrzymał statuetkę.
Kol. Ciepluch W. przed zawodami powtarzał często, że pokaże nam jak się łowi ryby. Nie mam nic do dodania – dotrzymał słowa.
Dla mnie jest to i tak wielki sukces, gdyż poprawiłem lokatę w porównaniu z ubiegłorocznymi zawodami na Chańczy dotyczy to także wzrost skuteczności tzn. rok temu zdobyłem 1700 punktów w tym roku 1720.
Kol. Korban Stanisław był i tym razem poza zasięgiem rywali.
Niestety nie posiadam żadnych fotografii z tych zawodów.
Moje Koło powstało w 1970 roku i od tego okresu prowadzimy Kronikę Koła w której dokumentujemy najważniejsze dokonania w każdym roku działalności. Po tylu latach prowadzenia jej przez kilku kolegów, uzbierało się trochę historii pisanej i fotek. Szczególnie dla starszych członków Naszego Koła jest to "kawał wędkarskiego życia". Przypuszczam, że materiał kolegi @Mijagi jest wypisem z takiej Kroniki.
ja rozumię kronika, czyli- kiedy kto z kim w jakim celu,wszystko podparte paroma fajnymi fotkami,a nie jakieś opowieści dziwnej tresci o dupie maryny to nie kronika ,a pamiętnik
Dnia 21/22-09-2002 odbyły się na zbiorniku Chańcza II Zawody w Wędkarstwie Nocnym.
Organizował je kol. Andrzej Bujak, który już od czwartku przebywał na terenie zarezerwowanym pod zawody i zadbał, aby nikt nie zajmował terenu. Zbiórka została zaplanowana na godz. 1400 w sobotę na zachodnim brzegu zbiornika ( dojazd przez miejscowość Życiny).
Oto lista zawodników:
1. Zdzisław Jabłoński 8. Wacław Ciepluch
2. Marek Tamborski 9. Robert Ciepluch
3. Zdzisław Krzyżański 10. Józef Zając
4. Stanisław Korban 11. Jan Adamczyk
5. Cezary Jankowski 12. Andrzej Długosz
6. Jan Chatys 13. Andrzej Kobyliński
7. Bartosz Grudzień 14. Michał Słoma
Po przybyciu na miejsce – z kol. Słomą Michałem przywitał nas kol. Bujak Andrzej, zapoznał z terenem zawodów i zaprosił do bazy głównej, gdzie na stoliku stały trzy okazałe i równie piękne puchary oraz statuetka przewidziana jako wyróżnienie za największą rybę.
Po przybyciu wszystkich zawodników nastąpiło uroczyste otwarcie zawodów, którego dokonał kol. Ciepluch Wacław. Regulamin zawodów przedstawił kol. Bujak Andrzej po czym zawodnicy rozeszli się na stanowiska. Walka była zacięta od początku. Wszyscy „ostro” zacinali i ryby lądowały w siatkach. Pod wieczór zrobiłem mały obchód konkurentów i stwierdziłem, że kol. Korban Stanisław wyraźnie prowadzi, a większość zawodników obstawiających prawe skrzydło ma dobre wyniki – o zgrozo , mieli więcej ryb ode mnie.
Gdy zrobiło się ciemno zarządzono krótką przerwę na gorący posiłek, który przygotował kol. Chatys Jan. Był to gulasz wieprzowy. Po posiłku strategie zawodników były różne. Większość wywiozła przynętę na sandacza łodzią udostępnioną przez kol. W. Cieplucha po czym jedni poszli spać inni czynnie łowili dalej.
Początek nocy zaowocował chóralnymi śpiewami pewnej rozbawionej grupy, które niesione wodą odbijały się od naszego brzegu. Wtórował im odgłos śpiewu sowy, który biegł z przeciwnego brzegu zbiornika. Za plecami w pewnym momencie dał koncert lis. Na koniec wiedziony chęcią pokazania swych możliwości rozpoczął solowy występ kol. Kwas Edward. Trwało to wszystko do północy po czym powoli wykonawcy wyciszali się. W każdym razie ja trwałem na stanowisku i starałem się łowić ile się da i co się da. Oczywiście nie obeszło się bez przygód ze sprzętem. Po zapadnięciu zmroku sprzęt zaczął się plątać, zaczepiać o zawady, których za dnia nie było można odczuć. Dobrze, że tym razem zabezpieczyłem się w kilka systemów oświetlenia stanowiska i mogłem wiązać nowe zestawy z haczykiem włącznie. W końcu opanowałem sytuację lecz zapadająca cisza okazała się zabójcza dla mojej strategii – zmorzył mnie sen.
Poza terenem zarezerwowanym dla zawodów ulokował się kol. Krzysztof z Kielc. Aby dojść do swego stanowiska musiał przejść przez teren naszych zawodów. Jego samochód zaparkowany był obok mojego na co wyraziłem zgodę. Ok. godz. 2 w nocy, gdy kończyłem godzinną drzemkę zainteresował się ogniskiem, które rozpaliłem. Gdy zauważył, że już nie śpię podszedł do mnie i zaczął opowiadać o swojej pasji wędkarskiej. Mówił , a ja słuchałem; - Ja bywam tu co tydzień od wiosny, aż do pierwszych lodów. Rok temu dało się złowić okazy „sandała” (jak określał sandacza) lecz w tym roku zdarzają się jedynie kilowe sztuki i to rzadko. To jest pasja, gdy po pracy wyjadę w sobotę to wracam w niedzielę wieczorem. Listopadowe połowy to nie przelewki, gdy na moim małym pontonie wypływam z przynętą to jest wtedy tak wysoka fala, że po powrocie mam całe plecy mokre. Bywają takie zimne wieczory, że gdy grzeję nogi przy ognisku to przez gumiaki, aż parzy, a na plecach mam szron. Czasem, gdy ktoś wędkuje dłużej tak przez kilka dni i nocy to zdarzają się „prawe brania”.
Czy wie pan co to są „ prawe brania”? – zapytał.
Powiedziałem, że nie wiem ( bo takie pojęcie usłyszałem pierwszy raz). Prawe brania – kontynuował – są wtedy, gdy długie wędkowanie sprawia, że spławik na fali sam zaczyna wskazywać brania. Wtedy najlepiej położyć się i przespać.
Oczywiście rozmowa jeszcze trwała i z każdą chwilą byłem coraz bardziej pewny, że trafił mi się człowiek wprost uzależniony od wędkowania. Ale na swoje usprawiedliwienie opowiedział jak to rok temu w Święta Wielkanocne przesiedzieli z kumplami na Chańczy i mino śnieżycy brały leszcze. W świąteczny poniedziałek nadal łowili. Przyjechał ktoś maluchem. Wysiadł z niego jegomość w garniturze w krawacie - ot jakby dopiero co wstał od świątecznego stołu. Podszedł do wędkujących i zadał wiadome pytanie: - Czy biorą?
No jest trochę – odpowiedzieli. Na co jegomość stwierdził, że wędkarstwo to choroba... Nie wiedzieli o co mu chodzi i co mają odpowiedzieć, gdy nagle jegomość w garniturze otworzył bagażnik wyciągnął wędkę i w tym garniturze zaczął łowić.
Wiele ciekawych opowieści popchnęło czas, a rzadkie brania były okrasą tego wędkarskiego festynu. W końcu wędkarz z Kielc poszedł do swoich wędek.
Księżyc schował się za linią lasu i nie wiadomo kiedy zaczął się wschód słońca. Poprzedził go jednak niesamowity spektakl mgieł. Słupy pary wyglądały jakby wyrastały wprost z jeziora, a lekka bryza przesuwała je w stronę brzegu. Od czasu do czasu słupy mgły łączyły się tworząc bardzo gęstą zasłonę, która po chwili unosiła się odsłaniając gładką powierzchnię wody. Kaczki rozpoczęły swe wędrówki po jeziorze i ryby zaczęły częściej pluskać. Zrobiło się widno. Jak na złość im było jaśniej tym brania stawały się rzadsze. Był taki okres kiedy wydawało się, że ryby się gdzieś wyniosły. Zacząłem rzucać zanętę często i dużo. Po pewnym czasie brania się rozpoczęły lecz były bardzo rzadkie.
W taki sposób dotrwałem do godz. 1100. Zawody zakończyły się. Z rybami – pełen czarnych myśli - udałem się do wagi.
Prowadził kol. Korban St. Za nim był kol. Ciepluch W. Po zważeniu moich ryb( były płocie , jazgarze i okoń) okazało się, że zdobyłem trzecie miejsce! Kol. Słoma Michał (debiutant jako członek Koła i jako uczestnik zawodów nocnych) złowił największą rybę zawodów i otrzymał statuetkę.
Kol. Ciepluch W. przed zawodami powtarzał często, że pokaże nam jak się łowi ryby. Nie mam nic do dodania – dotrzymał słowa.
Dla mnie jest to i tak wielki sukces, gdyż poprawiłem lokatę w porównaniu z ubiegłorocznymi zawodami na Chańczy dotyczy to także wzrost skuteczności tzn. rok temu zdobyłem 1700 punktów w tym roku 1720.
Kol. Korban Stanisław był i tym razem poza zasięgiem rywali.
Niestety nie posiadam żadnych fotografii z tych zawodów.
ciekawy artykuł
Kolego Andrzeju @Mijagi, relacja z zawodów okey, ale to raczej materiał na blog niż na forum.
Chyba, że źle zrozumiałam i na forum mamy to komentować...... trudno mi teraz się do tego odnieść.
Jeżeli to pomyłka, to skopiuj tekst, wstaw na blog i napisz do moderatora prośbę o usunięcie z forum.
Jeżeli się mylę to sorki.......
a wystarczyło napisać 5 zdań ,a na koniec wyniki
a wystarczyło napisać 5 zdań ,a na koniec wyniki
Wtedy by nie było "Kroniki Koła.:)
Nawiasem mówiąc pierwszy raz słyszę takie określenie."Kronika Koła" ? Cóż to jest ?
Człowiek się uczy cale życie.
Ja już to raz gdzieś kiedyś czytałem... ale nie pamiętam u jakiego usera.
Moje Koło powstało w 1970 roku i od tego okresu prowadzimy Kronikę Koła w której dokumentujemy najważniejsze dokonania w każdym roku działalności. Po tylu latach prowadzenia jej przez kilku kolegów, uzbierało się trochę historii pisanej i fotek. Szczególnie dla starszych członków Naszego Koła jest to "kawał wędkarskiego życia".
Przypuszczam, że materiał kolegi @Mijagi jest wypisem z takiej Kroniki.
Rzeczywiście, tak jak piszesz Zbyszku widzę, że jest to relacja z 2002 roku, ale dlaczego znalazła się na forum?
Zobaczymy, może autor wątku napisze, czym się kierował i jaki był cel... hmmm
ja rozumię kronika, czyli- kiedy kto z kim w jakim celu,wszystko podparte paroma fajnymi fotkami,a nie jakieś opowieści dziwnej tresci o dupie maryny to nie kronika ,a pamiętnik
ogólnie fajnie
wpis z sierpnia 2011r o zawodach z 2002r -- a pierwszy komentarz i dalsza dyskusja po ponad pół roku (*_*)
Ale numer... tego 2011 roku nie widziałam :) no dobre, dobre ......to teraz nawet wiem, kto nas tak urządził.
;)
Ale numer... tego 2011 roku nie widziałam :) no dobre, dobre ......to teraz nawet wiem, kto nas tak urządził.
;)
Ja również nie zauwazyłem:)
Dlatego we wczesniejszym komentarzu napisałem, że już to gdzieś czytałem ... :_)
Łukasz wiesz jak się cieszę, że nie tylko ja okazałam się blondynką :)))
Łukasz wiesz jak się cieszę, że nie tylko ja okazałam się blondynką :)))
Etammm z blondynkami to jest mit :)